RELACJA NA ŻYWO 

PRZEZ STANY POPŚWIADOMOŚCI – DZIENNIK POKŁADOWY (V)

Przed wami rzecz niezwykła – dziennik Radka Teklaka, prowadzony podczas podróży po Stanach Zjednoczonych. O założeniach i celach podróży „Przez Stany POPświadomości” przeczytacie tutaj, a teraz pora na Radka i jego opowieść o tym jak trafili do biura samego STEPHENA KINGA!!!!

 

Piątego dnia, piątego dnia. Niebo ozdabiam w klucze plemion ptasich…

Dzisiaj był very special day. Odwiedzaliśmy Bangor, dom rodzinny Stephena Kinga. Nie wiem, czy wam przepisywać z wikipedii teksty o setkach miliardów sprzedanych egzemplarzy, tłumaczeniach na kilka tysięcy języków świata, siedmiu tysiącach ekranizacji i adaptacji jego prozy, i bilionie dolarów, które zarobił na swoich książkach… Właściwie przepisałem, sorry.

Prozą Kinga interesuję się trochę, nie za dużo, może trochę się jaram, właściwie do granic psychofaństwa, ale staram się nie przekraczać, i nie uczę się jego tekstów na pamięć. Nie ukrywam, że chociaż cała nasza podróż jest czymś arcygenialnym pod względem trasy i szukanych tropów, to trzema największymi atraktorami były dla mnie, w kolejności od trzeciego miejsca: Nowy Orlean, Nowy Jork, Bangor.

Tak, wiem, NYC jest stolicą świata, Nowy Orlean stolicą bluesa i jazzu, ale nic nie poradzę na to, że jednak to niepozorne zadupie w stanie Maine, było dla mnie najbardziej wyczekiwanym punktem całej wyprawy. Dom Kinga. Dla mnie duża sprawa.

Ale zaczęliśmy niepozornie. Od wizyty w studio Stephena Kinga, którą załatwił nam Ketchum. Wiecie, jak to ziom z ziomem.

Czaicie, pobyt w Bangor zaczęliśmy od wizyty w CHOLERNYM STUDIO STEPHENA KINGA. W miejscu, w którym załatwia wszystkie swoje biznesy. Od razu wyjaśniam: zobowiązaliśmy się do nieujawniania adresu tego miejsca, niepublikowania żadnych zdjęć w internecie, czy to z zewnątrz studia, czy ze środka, i ogólnie na temat lokalizacji raczej morda w kubeł. Łamiąc którykolwiek z tych punktów, narazilibyśmy na duże nieprzyjemności naszą przewodniczkę. Marsha jest przemiła, pracuje z Kingiem 27 lat, zna go pewnie prawie tak samo dobrze jak Tabitha, raczej nie będziemy jej robić trzody. Nie jesteśmy tacy.

To zaskakujące, jak niewiele z tych minut zapamiętałem. W zasadzie chyba tylko ten moment, w którym spytałem Marshy, czy mogę usiąść w fotelu Kinga. Po czym to zrobiłem, cudem tylko nie dostając wylewu z wrażenia

Przyczyny takiej konspiracji są oczywiste – psychofani. Według słów Marshy, do ich poprzedniego studia przychodzili ludzie jeszcze dziwniejsi od tych, o których pisze King. To ja mu się w zasadzie nie dziwię, że po zmianie lokalizacji, raczej nie życzy sobie tego, żeby cały świat poznał nową miejscówkę. Jasne, odpowiednio zdeterminowany psychopata sobie poradzi, ale po co ułatwiać tym zdeterminowanym mniej.

W studio Stephen King nie pisze swoich książek. Miejsce to służy mu do załatwiania swoich wszystkich interesów. Recepcja, kilka pomieszczeń, w tym gabinet pisarza. W gabinecie dwie strefy. Na biurku biznes, na półkach, ścianach, stoliku i kanapie pamiątki. Podpisane piłki golfowe, popiersie niezbyt zadowolonego Pennywise’a na wieży ciśnień, gipsowa maska klauna, nagrody, kubek z Kingdom Hospital, na półkach chyba wszystkie jego książki, klaps z filmu The Mist, jeszcze więcej nagród, poduszki z Żółwiem i Różą, kij bejsbolowy i dziwna laska, stojące przy szafie i obrazy, mnóstwo obrazów. Annie Wilkes z młotem w rękach, stojąca za Kingiem, robi doskonały nastrój.

Byłem w takiej gorączce, że nie pamiętam o czym opowiadała Marsha. Naprawdę, nie pamiętam prawie niczego, poza historią o psychopatach. Ciekawe co by się stało, gdybym stanął przed samym Kingiem. Niechybnie masywna amnezja, omdlenie, deska na glebę i pęknięta potylica.

Wieczorem reszta składu próbowała rekonstruować moją pamięć, ale bezskutecznie. Czarna dziura. Opowiedzieli mi o tym, że biuro obsługuje Marsha i jeszcze jedna dziewczyna, przez dwa dni w tygodniu każda z nich pracuje z domu, co oznacza, że widzą się raz w tygodniu, i że za kilka miesięcy Marsha odchodzi z pracy. Co oznacza, że będzie ciekawe, wakujące stanowisko. Anyone? Problem czytelników polega na tym, że na wieść o tym, że odchodzi, King stwierdził, że jak tak, to on też rezygnuje. Trochę przypał.

Według wskazań z mojej komórki (przy zdjęciach), wizyta trwała 25 minut. To zaskakujące, jak niewiele z tych minut zapamiętałem. W zasadzie chyba tylko ten moment, w którym spytałem Marshy, czy mogę usiąść w fotelu Kinga. Po czym to zrobiłem, cudem tylko nie dostając wylewu z wrażenia.

Kojarzycie? Jestem o jedno dotknięcie tyłka od Stephena Kinga. Nie mam więcej pytań.

Oczywiście jestem zbyt dobrze wychowanym człowiekiem na to, żeby kroić jakieś drobiazgi z kosza na śmieci, jumać obrazy ze ścian, stargać jedną z książek z półki czy wydrzeć pustą kartkę z jego notesu, leżącego na biurku. Dlatego musiałem się zadowolić skromnym kamyczkiem sprzed biura. Ruszyliśmy na drugi punkt programu.

Ponieważ Kinga nie było w Bangor, mogliśmy podjechać kamperem prawie pod sam dom. Bo on kamperów się boi, a my nie jesteśmy tacy. Znaczy poprawka, sześć osób podjechało kamperem, my z Agatą przybujaliśmy się Mustangiem cabrio. Stylówka nienaganna.

Natomiast chwilę potem z mojej nienagannej stylówki nie zostało nic. Najpierw przyszedł do nas czarny kot, który zaczął się łasić, więc się rozkleiłem, a potem byłem już jak groupie, roadie i psycho w jednym.

Nie da się z tym domem zrobić zbyt wiele, bo chociaż mógłbym, to przecież nie wtargnę na posesję, gdyż droga wiedzie w przód, i w przód, a w przypadku wtargnięcia mocno bym przystopował. Dlatego ograniczyłem się do zrobienia kilku zdjęć domostwa, do tego kilka samojebek, kilka grupowych i można było jechać dalej. Przy czym ja dalej w rozdygocie i rozszczebiotany niczym grupa pensjonarek.

Pluję sobie w brodę, że nie wziąłem z Polski balonika i wstążki, bo chociaż zdaję sobie sprawę z tego, że takie zdjęcie robiło sobie przed jego domem tysiąc osób, to co mnie pozostali obchodzą, trzeba było pamiętać, głupi ja. Dobrze, że przynajmniej z koszulką trafiłem.

Po domu Kinga, pojechaliśmy obejrzeć wieżę ciśnień…

To nie tak, że nagle zainteresowałem się hydrauliką. Wspomniana wieża, to był kolejny punkt obowiązkowy, bo obiecałem sobie, że muszę ją zobaczyć i obiecałem zrobić jej zdjęcia, i młody Stan Uris po raz pierwszy spotkał w niej To, pod postacią utopionych dzieci, i w ogóle.
Wieża ciśnień to mroczna i monumentalna budowla z początku wieku, nieco górująca nad miastem. Dodatkowej radości przysporzył mi fakt, że tuż obok znajduje się fontanna dla ptaków, na której obserwował je Stan Uris (znowu ten dzieciak uprzykrzony).
Tuż obok fontanny, stoi ławka. Wyobraziłem sobie, że jest to właśnie ta ławka, na której King siadał, pisząc To, i patrząc na fontannę wymyślił sobie cały wątek ornitologiczny w książce. Siadłem i ja. Natchnienie nie spłynęło, ale po raz kolejny jestem o jedno dotknięcie tyłka od Stephena Kinga.

Na koniec zostawiliśmy sobie najbardziej mroczny kawałek, czyli poszukiwanie studzienki kanalizacyjnej, w której pewnego dnia King wyobraził sobie klauna z balonikami. Mam zdjęcia wszystkich pieprzonych studzienek kanalizacyjnych w Bangor. Po czym poznaliśmy, że jesteśmy przy tej właściwej? Jako jedyna nie była okrągła a kwadratowa. Kombinowaliśmy nad nią tak długo, że staliśmy się prawdopodobnie lokalną atrakcją/sensacją. Zdjęcia na stojąco, w przykucu, na leżąco, wisząc, z drugiej strony ulicy, z drzewa, zewsząd. Fotograficzny overkill.

Papierowe okręciki (mój nazwałem ORP Radkowiecki) chwilę postały na szczebelkach, po czym wrzuciliśmy je z Kubą do studzienki. Nieznającym książki podpowiem, że papierową łódeczkę puszczał Georgie, brat Billy’ego, jednego z głównych bohaterów książki To. Bo chociaż King natrzaskał kilkanaście, jeżeli nie kilkadziesiąt książek związanych jakoś z Bangor, tak Derry z Tego jest mu chyba najbliższe.

Kilkanaście metrów od studzienki, już przy innej, znaleźliśmy zawór. Myślę sobie, że to był taki prezent pożegnalny od Pennywise’a, pewnie wyczuł lekko podekscytowanych Słowian, a jako istota wiedząca dość dużo wyczuł, że u nas ekscytacja łatwo przechodzi we wkurw i możemy go za chwilę wywlec za pompony z kanałów, strzelić trzy razy z nosa na gumce, i odstawić na posterunek. Zawór dostałem od znalazców w prezencie, teraz się zastanawiam jak go przewieźć przez granice.

 

Kolejnym, przedostatnim punktem programu (czas nas gonił, trasa się sama nie zrobi), był cmentarz Mount Hope, na którym kręcono sceny do filmu Pet Sematary. Pierwszą rzeczą, jaką zobaczyłem po podjechaniu na parking, była ciężarówka należąca do firmy R.M. Flagg. Trochę mi ze szczęścia nogi zmiękły.

Randall Flagg występuje w kilku książkach Kinga, jako główny wróg, siewca chaosu. Pojawia się w nich pod różnymi imionami. Te książki należą do moich ulubionych. Jest to Bastion, Oczy Smoka i cykl Mrocznej Wieży. Mocniej i mocniej.

Filmowa część ekipy, przesadziła ogrodzenie (do bramy był hektar, a czas goni) i poszła robić materiał o filmie, my z Agatą udaliśmy się na mniejszy cmentarzyk, leżący po drugiej stronie ulicy. Jestem pewien, że z rury, którą zobaczycie na jednym ze zdjęć, dobiegał głos grożący Klubowi Frajerów.

W drodze powrotnej, na poboczu zobaczyłem rozjechaną wiewiórkę. Trochę tego było nadto, Derry dało mi za dużo sygnałów. Strach jest, czas wyjeżdżać.

W drodze do Salem, już pod Bangor, zatrzymaliśmy się w truckstopie Dysart’s. To w tym miejscu King wpadł na pomysł opowiadania Trucks aka Maximum Overdrive. Stałem się w tym momencie roztworem przesyconym, wrażeń wystarczy mi na najbliższy kwartał

Garść impresji.

Nie wiem, czego dodają do wody w Stanach, ale… Mydło pieni się bardziej, spłukuje się dłużej, a skóra po kąpieli pozostaje cudownie gładka. Tak jakby pompowali do wodociągów oliwkę dla dzieci, albo co?

Tradycję dolewania kawy w lokalach, zajazdach, austeriach, karawanserajach, oberżach i karczmach przeflancuję na grunt polski natychmiast i bez pytania. Mom, please!

Stacja benzynowa plus diner plus truck stop plus przystanek Greyhounda. Wszystko, czego potrzebuje podróżny, w jednym miejscu. Prysznic w tym przybytku był czymś tak pięknym, że jeszcze mam łzy w oczach. Kosztował dwa i pół dolara. Dostałem trzy ręczniki i klucz. W pokoju kąpielowym zastałem ławkę, wieszaki, zlew, klozet oraz natrysk. Pod natryskiem PIEPRZONA PÓŁKA NA MYDŁO. A jakbyś człowieku zapomniał swojego, to obok PIEPRZONEJ PÓŁKI NA MYDŁO był dystrybutor mydła w piano-płynie.
Po zakończeniu ablucji, ręczniki wrzuciłem do kosza na brudy, oddałem klucz i zwrócono mi pięć dolarów kaucji. Czyli jakbym się uparł i chciał być tani, za 7,50 miałbym trzy ręczniki i się wykąpał.

Wyszło taniej niż w Mikołajkach na rejsie. Uszanowanko.

Wszyscy się do mnie uśmiechają i pozdrawiają. Wystarczy półsekundowy kontakt wzrokowy i następuje zestaw obowiązkowy: uśmiech, hi, how are you, fine, thanks. Czy wy wiecie, jakie to jest miłe? Jestem zachwycony i jaram się w opór.

 

Monolith Video
Poprzedni

Wrota zaświatów - Nicolas Cage kontra duchy [recenzja] [film] [horror]

Heon Hwa Choe DB
Następny

Heon Hwa Choe - słodkie fantasy i sci-fi z Korei Południowej [galeria]

Radek Teklak

Radek Teklak

Do niedawna analizowałem w korporacji. Od niedawna, ku mojemu zdziwieniu, przestałem i dobrze mi z tym. W wolnych godzinach, których ostatnio więcej, oddaję się pielęgnacji roślin, lekturze i pisaniu dla ludzi.
W dalszym ciągu uważam, że najfajniej jest jak są kobiety, zimne piwo i nie za głośna muzyka.
Lubię mówić długo i bez przerwy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz