RELACJA NA ŻYWO 

PRZEZ STANY POPŚWIADOMOŚCI – DZIENNIK POKŁADOWY (VI)

Przed wami rzecz niezwykła – dziennik Radka Teklaka, prowadzony podczas podróży po Stanach Zjednoczonych. O założeniach i celach podróży „Przez Stany POPświadomości” przeczytacie tutaj, a teraz pora na Radka i jego opowieść o świętych z Bostonu i wiedźmach z Salem.

Szóstego dnia szóstego dnia. Poszły zwierzęta dzikie w ziemskie bory…

Na początek może wyjaśnię. Stany zwiedzamy na dwa samochody: kamper i Mustang convertible. Kamper to Szato aka Chateau, Mustang to Interceptor. I ma składany dach. W Kamperze jedzie siedem osób, w Mustangu Agata, dobry duch orbitujący wyprawy. Łatwiej wam będzie zrozumieć tę notkę.

Salem owszem, ale w telewizji ładniej wyglądało. Najbardziej chyba znaną historią związaną z tym miastem, są jego czarownice. Znaczy oczywistą rzeczą jest to, że kija tam, a nie czarownice, ale znacie purytańskich braci. Dziewczyny bawiły się patykami, przyszli kolesie w śmiesznych czapkach i huśtawka. Zachowania odbiegające od normy, huśtawka. Zatrucie sporyszem, huśtawka. Wizyta zielarki u chorego dziecka, huśtawka. Wendetta, huśtawka. Albowiem nic tak nie straszy człowieka pełnego bojaźni bożej, jak podejrzenie, że kobieta (no bo przecież nie mężczyzna) jest opętana przez diaboła. John Hathorne aka Hanging Judge aka Sędzia Wieszatiel jest smutnym symbolem takiego dziwnego postrzegania wiary.

Po tym jak w mieście upadł przemysł, Salem żyje wyłącznie z czarownic. Muzea, sklepy, domy, stragany i budki z pamiątkami, nastawione są na jak najskuteczniejsze golenie turystów. Oczywiście dałem się zgolić. Trudno się oprzeć bransoletce z kolorowego paracordu.

Tak bez ściemy, Salem nie stanowiło na mapie mojej podróży jakiegoś specjalnie ekscytującego punktu, i nie powodowało szybszego bicia serca. Pospacerowałem, pooglądałem, zrobiłem kilka zdjęć galionom, jakimś konstukcjom z kukurydzy i wikliny, obejrzeliśmy dom, w którym urodził się Nathaniel Hawthorne, Dom o siedmiu szczytach też zobaczyliśmy, poklikaliśmy zdjęcia starej zabudowy, zaś na koniec zostawiliśmy sobie wizytę na Gallows Hill, które kiedyś było miejscem publicznych egzekucji. Tutaj z przykrością stwierdzam, że domniemanych czarownic nie palono, tylko wieszano. W sumie logiczne, skoro oblubienica diabła jest ognioodporna, to ciekawe ile wytrzyma bez powietrza. Nie wytrzymywały zbyt długo.

Dzisiaj na Wzgórzu jest boisko i huśtawki dla dzieci. Jak się zna historię tych nieszczęsnych kobiet, skojarzenia powodują ciarki na plecach. Rzecz jasna się pohuśtaliśmy, mnie zemdliło, napięcie spadło. Okolica jest jednak bardzo przygnębiająca, na jakimś zadupiu, turystom nie chce się tam wchodzić, nic właściwie nie upamiętnia faktu, że tutaj wieszano winne i ‘winne’. Potencjał turystyczny zerowy, nawet nie znaleźliśmy żadnej tabliczki informującej, że to tutaj. Jasne, trochę na uboczu, ale aż taka marnacja potencjału wydaje mi się nieamerykańska.

Z Salem wystartowaliśmy do Bostonu, żeby przespacerować się niektórymi śladami jego Świętych. Logistycznie temat był trudny do ogrania, bo kamper taki wielki, ale Przypadek przyszedł nam z pomocą. GPS za późno zasygnalizował skręt w lewo, kamperem ciężko się wbijać przed rozpędzone osobówki, bo kamper taki wielki. Rerouting w wykonaniu sprawcy zamieszania zasugerował nam najpierw u-turn, który nie mógł się udać, bo kamper taki wielki, a następnie wbitkę w tak wąską uliczkę, że na bank byśmy tam utknęli, bo kamper taki wielki. Miałoby to pewnie dobre strony, bo przyłączyliby nam prąd, kanalizację, nadali numer kwatery i moglibyśmy wystąpić o natychmiastową naturalizację.

Wszelkie próby ominięcia centrum spełzły na niczym, dzięki czemu, niczym największe przychlasty swiata, przetoczyliśmy się przez główną bostońską ulicę imprezową. W korku. Z pootwieranymi oknami, zimnymi łokciami i całym pieprzonym dobrodziejstwem inwentarza. Robiąc za improwizowaną, lokalną atrakcję turystyczną, turlaliśmy się majestatycznie ulicą, robiliśmy sobie zdjęcia z ludźmi czekającymi przed lokalami, udzielaliśmy wywiadów stacjom telewizyjnym i rozgłośniom radiowym, uruchomiliśmy ruchomy punkt sprzedaży kawy i wina, i ogólnie było tak bardzo wesoło, jak tylko sobie możecie wyobrazić, a nawet trochę bardziej. Samojebek mam chyba z miljord.

Po zaimprowizowanym zwiedzaniu, dojechaliśmy na punkt zbiórki. To było jedno z miejsc, które zainspirowało Dennisa Lehana do napisania Rzeki Tajemnic, której adaptacja filmowa w reżyserii Eastwooda skosiła Oscara. No biggie.

Miejsce dosyć szemrane, kawałek od nas stał wóz, do którego podjeżdżały na chwilę inne wozy, po czym szybko odjeżdżały. My, w naszym kamperze, wyglądaliśmy jak niezbyt udana zasadzka DEA. Pogapiliśmy się w wodę, a że było jeszcze sporo czasu, postanowiliśmy zaatakować Boston.

Podzieliliśmy się zatem na grupy i wróciliśmy do centrum. Część składu z buta, ja załapałem się na przejazd z Agatą i Bartkiem, dzięki czemu obejrzeliśmy miasto w najlepszy z możliwych sposobów. Z wnętrza Mustanga ze złożonym dachem. Wiatr we włosach, zimny łokieć, Gogol Bordello z głośników (Spotify nie działał, bo internet skromny i nie dało się pojechać Dropkickami) i rura.

Jakie to jest śliczne miasto. No, na pewno ta jego część, którą zjechaliśmy. Niskie kamienico-domy, wąskie ulice, schludne chodniczki, zielono, eleganckie sklepiki i rzemiosło, tak ładnie, że aż się chce to obić białym sajdingiem i obstawić szyldozą, żeby było bardziej jak w domu.
Na Beacon Hill wszyscy dostaliśmy migotania przedsionków, rzadko kiedy widuje się tak piękną, nieostetancyjnie drogą miejscówkę.

Wysoka zabudowa z jakimś zamysłem, podwójny most Świętokrzyski, zadbane brzegi, instytucje zaufania publicznego nad wodą, bajka, w której chciałbym mieszkać.

Udało nam się podjechać do miejsca, które w 1997 władze miasta uznały oficjalną lokalizacją Boston Tea Party. Oczywiście było zamknięte. Takie uroki zwiedzania miasta po zmroku, do tego w weekend. Oficjalnie powiem, że pachniało tam herbatą, tej wersji się trzymam. Dwa herbaciane klipry, które cumują nieopodal są śliczne, wyglądają jakby miały za chwilę zerwać sznurki i ruszyć w kolejny rejs. Oczywiście było za ciemno, żeby je fotografować. Na koniec samojebka przy rzeźbie Samuela Adamsa (‘weźmy go nie przewróćmy, bo nas zamkną!’) i ponowny kruzing, już na miejsce zbiórki z grupą pieszą.

Podczas tej wycieczki, praktycznie codziennie spełniam jakieś swoje marzenie. Piąta Aleja, Wall Street, NYSE, Central Park, Biblioteka Publiczna, Jack Ketchum i autografy, urodziny w Nowym Jorku, fotel i dom Stephena Kinga, a teraz siedzę i piję Guinnessa w irlandzkim pubie, w centrum Bostonu. Zaczęło mi szarpać klatkę piersiową. Jak pół godziny później, przy drugiej szklance, na scenę wyszedł miejscowy Janko Muzykant i pojechał Whisky in the jar, byłem zrobiony cały i do dna. Tak bardzo bolało, że musimy po kwadransie wychodzić. Poczucie obowiązku wygrało, trasa sama się nie zrobi, droga w przód, i w przód, te rzeczy.

Spostrzeżenie na marginesie: pomimo zwiedzania w tempie sprinterskim, udaje mi się nasycać Ameryką. Momentami nawet się cieszę, że tak gonimy, bo gdy zwalniamy, przytrafia mi się roztwór przesycony, i nie mogę oddychać. Fantastyczny kraj.

Providence ma na Lovecrafta wyjebane. Ale tak konkretnie i bardzo, że aż nie wierzę. Jego dom, to dom jak każdy inny, żadne muzeum spuścizny twórcy, tylko normalny dom, w którym ktoś mieszka. Jak sobie nie sprawdzicie w internetach, nikt was do niego nie pokieruje, bo nikt nie wie kto to Lovecraft i gdzie mieszkał.

Drugie spostrzeżenie na marginesie: napiwki. Powodowany polskimi odruchami, dałem barmanowi w tym pubie, odliczoną kwotę. Czegoś się żachnął. Pracownicy sektora usługowego naprawdę się starają, niepozostawienie napiwku jest oznaką cebuli. Po bostońskiej wpadce, wynikającej ze zmęczenia i zamyślenia, liczę procenty jak pojebany. Każda z obsługujących mnie do tej pory osób, zasłużyła.

Nocleg na truck stopie i trudne decyzje. Część ekipy prze kamperem do Providence, część wraca Interceptorem do Bostonu, żeby obejrzeć Church of the Covenant, Trinity Church i 80 Newbury Street, czyli miejsca, w których kręcono Świętych z Bostonu. Załapałem się do grupy bostońskiej, czego trochę żałuję, a trochę nie żałuję.

Trasę zrobiliśmy w końcu do wtóru Dropkicków. Na Newbury zaparkowaliśmy dwa numery obok, trochę się zmieniło, poremontowali, zaprosili aliganckie sklepy, pootwierali modne lokale, ładnie jak w ruskiej bajce. Stojący naprzeciwko Covenant ładny, jak cały Boston. Krótki spacer do Trinity, jeszcze ładniej. Samo Trinity śliczne. Jak Boston.

W zasadzie mógłbym odmieniać słowo ‘ładny’ przez wszystkie rodzaje i przypadki, i te znane polszczyźnie, i te, które sam powymyślałem podczas spaceru po tym mieście, ale nie będę, bo to nie ma sensu. Jak kiedykolwiek będziecie na Wschodnim wybrzeżu, rozważcie dzień na zwiedzanie Bostonu. Tak bardzo warto.

Po dwóch godzinach, uiściliśmy haniebnie wysoki rachunek za parking, i ruszyliśmy w pościg za Szato. Do Providence, miasta H.P. Lovecrafta, giganta literatury, króla horroru, twórcy mitologii Cthulhu, samotnika z…

Tutaj wstawcie sobie filmowy dźwięk igły szorującej w poprzek ścieżki na płycie winylowej.

Providence ma na Lovecrafta wyjebane. Ale tak konkretnie i bardzo, że aż nie wierzę. Jego dom, to dom jak każdy inny, żadne muzeum spuścizny twórcy, tylko normalny dom, w którym ktoś mieszka. Jak sobie nie sprawdzicie w internetach, nikt was do niego nie pokieruje, bo nikt nie wie kto to Lovecraft i gdzie mieszkał.

Na cmentarzu, na grób pisarza, zaprowadził nas Lambert, który jako kierowca Szato, dotarł do Providence przed nami, i już wiedział, gdzie iść.

Sam grób zobaczycie na zdjęciu, przynajmniej ktoś był na tyle mily, że postawił przy nim macki.

W samym mieście jest jeszcze tablica pamiątkowa, jakiś placyk jego imienia i tyle. Niby jest jeszcze dom, który wprost zainspirował go do napisania opowiadania Przeklęty Dom, ale to już naprawdę tyle.

Zobaczyłem dom, w którym mieszkał Lovecraft na zdjęciu wykonanym przez członka grupy Szato, i mając do wyboru spacer do niego, albo obiado-kolację, postanowiłem wypiąć się na powinności nerdzie, i zjeść.

Jak mówiłem, ta wyprawa pozwala mi codziennie spełniać jakieś marzenie. W Providence zobaczyłem grób Lovecrafta, a godzinę później zjadłem w typowym amerykańskim dinerze z lat sześćdziesiątych. Siadłem przy czteroosobowym stoliku i poczułem się jak w Powrocie do przyszłości.

Gdy przestaliśmy już piszczeć, zamówiłem w tym najbardziej amerykańskim dinerze, najbardziej amerykańskie jedzenie. Cola, hamburger, frytki pół na pół z krążkami cebulowymi i czekoladowy szejk. Pieprzyć dietę, gdy chodzi o spełnianie marzeń.
Przez najbliższe pół godziny miałem być najszczęśliwszym misiem świata.

Jutro Filadelfia.

 

Garść impresji

Ich kawa medium, to pół litra. Jak chcecie małą, to bierzcie małą, jak dużą, to medium, jak wiadro, które ciężko dopić, to large.

Uważajcie też na kawę regular. Trzy cukry, trzy mleka i kawa, taki to regular.

Amerykanie trochę mi nie dowierzają, jak im mówię, że kawa ma być czarna, bez niczego.

Dawno zapomniana u nas sztuka szewska, tutaj jakoś żyje. Ich buty mają dwa rozmiary: długość i szerokość. Stałem w sklepie i chciałem śpiewać, niestety mój rozmiar jakiś cham rozkompletował, a w dwóch różnych ubarwieniach tego samego modelu wyglądałbym zbyt niesymetrycznie.

Boston to najładniejsze miasto, jakie w życiu widziałem. Piękne dla oka, nadaje się przy okazji do mieszkania. Jak nie wiecie, o co mi chodzi, poczytajcie o Wenecji.

Od dzisiaj, wszystkich którzy będą się przy mnie mądrzyć na temat zajebistego stanu amerykańskich dróg, będę bez litości wyśmiewać. Ich stan jest kiepski. Za to ich sieć mają imponującą.

Wzruszające są ich tabliczki z informacją, że ten ‘bardzo stary budynek z 1845 roku’…

Mają natomiast szczęście, że nie dotknęły ich bezpośrednio dwie wojny światowe, a największym zagrożeniem dla ich spuścizny, są turyści, deweloperzy i kapitaliści. Dzięki temu mogą o nią odpowiednio zadbać.

Ubikacje z wysoko stojącym lustrem wody, nie przestają mnie frikować. Cały czas mam wrażenie, że są zapchane i po mojej wizycie zdarzy się nieszczęście.

Guinness w bostońskim irlandzkim pubie smakuje lepiej. Nie dlatego, że jest lepszy od tego, serwowanego w Warszawie. To coś w powietrzu musi być.

Galony, uncje, stopy i funty są śmieszne. Ich notacja daty jeszcze bardziej. Powoli przywykam.

Fantastyczny kraj, fantastyczni ludzie. Donoszę, że przestało mnie dziwić, że wszyscy są tu dla mnie mili, odpłacam im podobną monetą.

baner stany popswiadomosci

SF Norge
Poprzedni

Trollowym mostem do popkultury

Nasza Księgarnia
Następny

Opowieści tajemnicze i szalone - upiorny duet [recenzja]

Radek Teklak

Radek Teklak

Do niedawna analizowałem w korporacji. Od niedawna, ku mojemu zdziwieniu, przestałem i dobrze mi z tym. W wolnych godzinach, których ostatnio więcej, oddaję się pielęgnacji roślin, lekturze i pisaniu dla ludzi.
W dalszym ciągu uważam, że najfajniej jest jak są kobiety, zimne piwo i nie za głośna muzyka.
Lubię mówić długo i bez przerwy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz