RELACJA NA ŻYWO 

PRZEZ STANY POPŚWIADOMOŚCI – DZIENNIK POKŁADOWY (VII)

Przed wami rzecz niezwykła – dziennik Radka Teklaka, prowadzony podczas podróży po Stanach Zjednoczonych. O założeniach i celach podróży „Przez Stany POPświadomości” przeczytacie tutaj, a teraz pora na Radka i jego opowieść o Rockym Balboa i ulicach Filadelfii

 

Siódmego dnia siódmego dnia. Ogarnął wszechświat jasny żar południa…

Do Filadelfii przyjechaliśmy wyłącznie z powodu Rocky’ego. Każdy zna tę historię. Historię takiej niezłomności i uporu, że każdy trener rozwoju osobistego powinien opowiadać ją cierpiącym na kryzys wieku średniego i wypalenie zawodowe biznesmenom.

Nikt nie chciał Stallone’a w filmie. Agenci mówili mu ‘sorry, no bonus’ jakiś tysiąc razy. Zastawił biżuterię żony. Za dwajścia pięć dolarów sprzedał swojego psa, i jak wielokrotnie później powtarzał, był to najgorszy dzień jego życia.
Gdy napisał scenariusz zainspirowany walką Muhammada Ali’ego z Chuckiem Wepnerem, jego życie jakoś radykalnie się nie zmieniło. Producenci mówili, że tak głupiego, przewidywalnego i oczywistego scenariusza, nie przyjmie do realizacji nikt w tym mieście. A jak już znaleźli się chętni, to nie chcieli, żeby Stallone w Rockym grał. Proponowali mu worki dolarów, a ten się uparł, że jest nie tylko scenarzystą, ale i aktorem. Kto normalny nie przyjąłby 325 tysięcy papieru za sam scenariusz? Zwłaszcza, gdyby od wielu miesięcy żywił się trocinami i kitem z szyb?

Finalnie Sly przystał na transakcję wiązaną. Zagrasz, ale ponieważ ryzykujemy, za scenariusz dostaniesz 35 tysięcy dolarów. Zainkasował hajsy i zamiast pójść w końcu na steka, odstał kilka dni pod monopolem, gdzie sprzedał swego psa, licząc na to, że jego nowy właściciel się pojawi. Pojawił się. Był cwany, więc wytargował od Stallone’a 15 tysięcy (za psa, kojarzycie? za psa) i rolę w filmie. Zagrał. Pies też.

Resztę znamy, trzy Oscary, siedem nominacji, Złoty Glob i ponad 220 milionów zarobionych dolarów. Jeżeli ta historia nie wytoczyła wam łzy z oka, to znaczy, że macie serce z drewna.

Na Filadelfię mieliśmy jeden dzień, w związku z czym daliśmy radę ograć trzy duże rzeczy. Miasto powitało nas pogodą prosto z piekła, upał i duchota, najlepsze możliwe kombo.

Punkt pierwszy to schody, po których Rocky wbiega po to, by na ich szczycie wyrzucić triumfalnie rękę w górę. Ja, z moim kolanem, to sobie mogłem po nich jedynie wczłapać, co uczyniłem, pieczołowicie akcentując każdy stopień. Na górze ręki nie wyrzucałem, bo to byłoby słabe. Jak następnym razem przyjadę do Filadelfii, będę miał nową bioniczną nogę, i wtedy sobie powbiegam, poskaczę i powyrzucam. Chwilowo mówcie mi kuternóżka. Zresztą nawet gdybym mógł wbiec, to w połowie bym padł. Bo wspominałem, jaka była pogoda? No właśnie 451 Fahrenheita w cieniu. I duszno.
Natomiast pozostała część ekipy, no to zupełnie inna sprawa. W celu zrobienia dobrych ujęć fotograficznych i filmowych, wbiegali i zbiegali tyle razy, że zaczęło mi się w głowie kręcić. Na szczycie schodów podskakiwali, ręce do góry, no zajaranie maksymalne. Nie wiem jak dla Agaty, ale dla Bartka to był drugi najważniejszy dzień w życiu, dla Kuby jakoś też. Ta radość w oczach dziecka, bezcenna.

(rany, jak jest gorąco)

Nawet dałem się namówić do tej jednej pozy, ale wstydliwie, w kapturze i tyłem do aparatu. Bo jednak nie wbiegłem. Za to w bluzie prawie dostałem udaru, pomimo tego, że migawka taka szybka.

Gdy szok minął, zaczęliśmy się zastanawiać, czy to aby nie jakiś dzienny pociąg z mięsem, i czy nas nie wywiozą na prodżekty, gdzie mili ludzie obiorą nas z narządów do kości.

Punkt drugi, to pomnik Rocky’ego. Kolejki i sprytni, czarnoskórzy biznesmeni, którzy pomogą ci w wykonaniu zdjęcia twoją komórką i sprzedadzą zimną buteleczkę wody za dwa piejsiąt, w tym skwarze jak darmo. No i taniej niż na Wall Street. Natrzaskaliśmy tam jakiś tysiąc zdjęć i ruszyliśmy, niczym Drużyna Pierścienia, na Italian Market. Wszystko śladami Rocky’ego. I koszmarnego upału.

Minęło trzydzieści albo trzysta minut i już dwa smarowania kolana maścią na bóle dalej, oczom naszym ukazał się targ. Zamknięty. Na szczęście ostały się jakieś trzy stragany, dzięki czemu chłopaki mogli kupić dwa jabłka i odegrać kolejną scenę z filmu. Jak ktoś oglądał, to pozdro dla kumatych. Jak nie, to niech obejrzy, bo abstrahując od tych wszystkich Oscarów, Rocky’ego wypada po prostu znać. Jako wiecie, taką bardziej uniwersalną i ponadczasową historię o pokonywaniu przeszkód i własnych słabości.

Gdy Bartek z Kubą biegali, mnie udało się w końcu kupić Bud Light Lime do kolejnego testu, który niedługo będziecie mogli zobaczyć w ramach cyklu ‘Radzio radzi’. W sumie to nie tajemnica, mogę wytłumaczyć o co chodzi. Piję, jem i próbuję te rzeczy, które są jakoś osadzone w popkulturze (nowojorskie hotdogi, ćwierćfunciak z serem, Twinkies), albo są bardzo amerykańskie (pralnia, diner). Ewentualnie możecie też liczyć na test kompletnie od czapy, bo w sumie czemu nie.

Wróćmy do Filadelfii. Byliśmy sto przecznic od domu, mieliśmy puste butelki po wodzie, pół paczki papierosów, okulary przeciwsłoneczne, kolano prawie mi się nie zginało, trzeba było wypróbować komunikację miejską. Agata poszła pytać kierowcę autobusu czekającego na swój kurs o to, jak to się tutaj odbywa (multipas, automat biletowy, karta, gotówka, bilon, cygaro, koniak, kokota). Okazało się, że papierowe owszem. Ustawiliśmy się karnie na przystanku. Autobus linii 32 przejechał. Nie zdążyliśmy na niego machnąć, bo wytrynił się zza dwudziestki siódemki bez orientu. Reszta grupy zaczęła się lekko wzbudzać, ja tonem niepozostawiającym żadnych wątpliwości co do mojego nastroju, wywarczałem soczyste, dresiarskie ‘no żesz ku/yrwa’. Kolejny kwadrans, ławki nie ma, zaraz coś zdewastuję.

WTEM! Podszedł do nas kierowca autobusu, który stał na przystanku, i chyba się zorientował, że nie jesteśmy ukontentowani. Następnie wytłumaczył, że trzeba machać, i że kolega pewnie nie zauważył, że machamy, ale nie ma zmartwienia, za chwilę rusza następny, bo to popołudniowe godziny szczytu i żebyśmy poczekali, to on nam da bilety, i w ogóle zero zgryzot, koleś.

Po czym wrócił z tymi pieprzonymi kartonikami i dał nam je za darmo.

ZA DARMO.

Ale dlaczego?

Czegoś nie zrozumiałem na początku, bo jak to tak, za darmo. Normalnie to za darmo w ryj się obrywa. Gdy szok minął, zaczęliśmy się zastanawiać, czy to aby nie jakiś dzienny pociąg z mięsem, i czy nas nie wywiozą na prodżekty, gdzie mili ludzie obiorą nas z narządów do kości. Czyjaś mniej prawdopodobna wersja była taka, że filadelfijski ZTM się nie wywiązał, turyści niezadowoleni i lekko zagubieni, trzeba im pomóc, szeregowy pracownik wykazał inicjatywę, wszyscy są zadowoleni.

Aczkolwiek dalej nie rozumiałem, dlaczego on jest uczynny, miły i daje nam coś za darmo. Pewnych różnic kulturowych nie da się przepracować w tydzień. Nawet jak się ma otwartą głowę i gdzieś zagranico wcześniej było.

Wsiedliśmy do następnej trzydziestki dwójki, Lambert wytłumaczył gdzie jedziemy, kierowiec powiedział, że nie ma zmartwienia, koledzy, powiem wam gdzie wysiaść. A jak już dojechaliśmy na miejsce, to wypuścił nas przed przystankiem, bo po co mamy bez sensu się cofać do naszej ulicy, skoro może nam ułatwić.

Dobrze, że się w tej intrydze nie połapałem (to zmęczenie i upał), bo pewnie przy wyjściu bym się wypieprzył na twarz z wrażenia. Dopiero później mi wytłumaczono, że nie ma zmartwienia, koleś, mogę ciebie wypuścić na przykład przed przejściem dla pieszych, po co masz bez sensu chodzić.

To społeczeństwo nie ma najmniejszego sensu. Oni się uparli, żeby mnie zmiękczyć. Całe moje dorosłe życie, to nieustająca walka z absurdami naszej polskiej duszy. Wszędzie, gdzie tylko mogę sobie teraz wyobrazić, było pod górę i w zgodzie z wewnętrznymi, nieznanymi nikomu regulaminami instytucji. Dzięki czemu człowiek się zahartował, uodpornił na wszystko i w kraju świetnie sobie daję radę. Niestety, nikt mnie nie ostrzegł, że tutaj oni sobie obmyślili taki system, żeby sobie bez sensu nawzajem pomagać i być ogólnie, tak raczej frontem niż dupą do bliźniego.

Zdziwiony pytam, dlaczego?

Zmyla mnie to cały czas. Wrócę do Polski i będę jak miękka fajka. Będę musiał się uczyć miejskiego survivalu i biurowego aikido od początku. Obiecuję wam, że żywcem się nie dam.

Na szczęście, dla równowagi, dwie godziny wcześniej prawie ktoś był dla mnie nieuprzejmy. Otóż na poczcie odbyłem taki oto dialog:
-Dzień dobry.

-Dzień dobry, czym mogę służyć.

-Chciałbym kupić znaczki pocztowe.

-Ile?

-No właśnie chodzi o to, że do Polski i wie pani…

-Proszę pana, ILE?

-Cztery.

-Cztery osiemdziesiąt and have a nice day.

Zupełnie nie rozumiem jak oni funkcjonują. Po pierwsze powinna się mnie zapytać czy na list, czy na kartkę. Następnie czy normalny, czy priorytet. Potem, gdyby list, ile waży. Dalej czy krajowy, czy zagraniczny. Następnie…

Wychodzi na to, że oni w tym kraju mają jeden rodzaj znaczków, na które możesz wysłać list choćby na Antarktydę. Ja się poddaję, to przecież nie ma prawa działać. Gdybym używał hasztagów, to teraz pewnie użyłbym pewnie jakichś takich: Polak zagranico dziwi się światu, barbarzyńca w ogrodzie albo ale głupi ci Amerykanie. Ale nie użyję, gdyż nie używam.

No i oczywiście pani z poczty nie była dla mnie niemiła, coś sobie próbowałem wmawiać, żeby poczuć się jak w domu. Bardzo również żałuję, że nie sfociłem tej poczty z wewnątrz. Dzięki temu zrozumielibyście, że w takim wnętrzu każdemu ma prawo odjebać.

Garść impresji

Ale dlaczego?

 

baner stany popswiadomosci

WAB
Poprzedni

Krew nie woda – krwista prawda o polskiej polityce [recenzja]

Sigmasquared
Następny

Dzika Banda, czyli zapiski z krainy obłędu

Radek Teklak

Radek Teklak

Do niedawna analizowałem w korporacji. Od niedawna, ku mojemu zdziwieniu, przestałem i dobrze mi z tym. W wolnych godzinach, których ostatnio więcej, oddaję się pielęgnacji roślin, lekturze i pisaniu dla ludzi.
W dalszym ciągu uważam, że najfajniej jest jak są kobiety, zimne piwo i nie za głośna muzyka.
Lubię mówić długo i bez przerwy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz