RELACJA NA ŻYWO 

PRZEZ STANY POPŚWIADOMOŚCI – DZIENNIK POKŁADOWY (X)

Przed wami rzecz niezwykła – dziennik Radka Teklaka, prowadzony podczas podróży po Stanach Zjednoczonych. O założeniach i celach podróży „Przez Stany POPświadomości” przeczytacie tutaj, a teraz pora na Radka i jego opowieść o wizycie na planie Banshee, słuchaniu Dead Kennedys i innych przyjemnych rzeczach, które robi się w USA.

 

Dziesiąta się błąkasz, przesiąkasz od jointa…

Przeglądasz, przeciągasz i zgrywasz na kompakt (04.10)

 

Drugi dzień w Waszyngtonie był fatalny. Po spacerze poprzedniego dnia, znowu łupała mnie rzepka, na dodatek od rana lało. Stoczyłem ze sobą ciężką walkę i zdecydowałem, że zostaję w Szato. Punkty programu tego dnia były świetne, ale moja noga nie jest gotowa na duże kilometraże co dzień. Z krwawiącym sercem wręczyłem swoją kurtkę przeciwdeszczową naszemu kamerzyście, i oddałem się ponurym rozmyślaniom o huraganie, reumatyzmie, bólach egzystencjalnych. I zakupom w pobliskim TJ Maxie.

 

Moje rozdrażnienie wynikało z faktu, że tego dnia miał być robiony cmentarz Arlington. Bez obejrzenia tego miejsca mógłbym żyć. Miały być robione schody z Egzorcysty. Bez obejrzenia tego miejsca, trochę mam skowyt w duszy, bo Egzorcysta pozostaje jedną z moich ulubionych książek, film wielbię, i całe to pieprzone kolano jest bez sensu.

 

Największy natomiast ból miałem z tego powodu, że nie zobaczyłem US Marine Corps War Memorial. Upamiętnia on wszystkich amerykańskich Marines, którzy od roku 1775 poświęcali życie w obronie kraju. Jak pisałem w poprzedniej części, wojna na Pacyfiku to mój faworyt, jeżeli chodzi o DWŚ. Podczas wojny na Pacyfiku, USMC zapisał chyba swoje najlepsze, a zarazem najkrwawsze karty. Memorial przedstawia najbardziej kanoniczną scenę ze zmagań na Oceanie – zatknięcie flagi na górze Suribachi.

 

Góra Suribachi znajduje się na małym kawałku skały, o którym mogliście słyszeć. Iwo Jima jest może i małym kawałkiem skały, ale jej położenie między Marianami a Wyspami Japońskimi było strategicznie ważne, bo pozwoliłoby dać myśliwską osłonę bombowcom, lecącym nad Japonię, w celu zrzucenia tam odrobiny wolności i demokracji. Zatem trzeba było Iwo Jimę zdobyć. W tym celu wykorzystano BPP.

 

Biedna Pieprzona Piechota zdesantowała się na brzeg, po czym, ku swojemu wielkiemu zdziwieniu, zaczęła masowo ginąć. Amerykańscy planiści przegapili fakt, że wyspa została silnie ufortyfikowana, stanowiska ogniowe połączono całą siecią tuneli podziemnych wydrążonych w skale, wzmocniono garnizon do 23 tysięcy cesarskich żołnierzy, i ogólnie była bardzo niewdzięcznym do zdobywania, wrednym kawałkiem terenu.

 

Walki przewidziane pierwotnie na tydzień, przeciągnęły się do pięciu. O skali, sile i zaciętości zmagań niech świadczy fakt, że do niewoli wzięto nieco ponad tysiąc Japończyków, cała reszta walczyła do śmierci. W trakcie działań, poległo pięć i pół tysiąca Marines, ponad 20 tysięcy zostało rannych. Było to najkrwawsze starcie USMC podczas tej wojny[1].

 

I jeszcze trzeba było trafu, że podczas akurat tych zmagań, Joe Rosenthal strzelił historyczną fotkę. Prawie przegapił moment, gdy sześciu żołnierzy przywiązało flagę do kawałka rury i zaczęło ją dźwigać w powietrze. Bez przygotowania, bez patrzenia w wizjer, na ślepo, zrobił fotografię, którą w jakiś sposób, kojarzą wszyscy, którzy słyszeli cokolwiek o wojnie, i która stała się tej wojny jednym z najbardziej rozpoznawalnych obrazów.

 

Pomnik zrobiony na podstawie tej fotografii stoi na cmentarzu Arlington.

 

Jestem zły, że go nie widziałem.

 

Z weselszych rzeczy. Miły, młody człowiek z malla, zaczepił mnie, wtarł w ręce jakiś krem, wypolerował mi paznokcie na błysk, nałożył preparat na zmiękczenie skórek, wtarł ponownie w ręce jakiś krem, po czym tak długo robił mi prywatny stand up, że głupio było niczego nie kupić. Nikomu nie powiem, ile zapłaciłem za brak czujności klasowej podczas zakupów, chociaż jego występ dość mi się spodobał. No i obniżył cenę o 50%, co jest wiadomym znakiem tego, że za chwilę ktoś z ciebie zedrze. Jak zaczął oferować mi swój prywatny kupon i kusić kolejnymi rabatami i gratisami, uciekłem stamtąd pospiesznie.

 

Ponieważ na parkingu przed JC Penny staliśmy i pierwszego, i drugiego dnia pobytu w Waszyngtonie, wzbudziliśmy zainteresowanie mall security. Ochroniarze patrolujący parking w samochodzie, po zmroku kręcili się regularnie dokoła nas. Pierwszego dnia, dwukrotnie ktoś od nas wychodził do nich, żeby się spytać, czy możemy tu zostać na noc. I dwukrotnie podawali tyły. Ponieważ na drugim parkingu, też przylegającym do JC, była tabliczka, że nie można stać po północy, nie ryzykowaliśmy zabawnych nieporozumień, i przeparkowaliśmy pod pobliskiego Walmarta. Gdzie nikt nie daje złamanego faka za to, jak długo, i o której tam stoisz. Ale rano znowu pod JC wróciliśmy, bo to była świetna baza wypadowa, blisko stacji metra.

 

No i drugiego dnia, na chwilę przed naszym odjazdem, okazało się, że obcinają nas przez kamery i jesteśmy suspicious party. Kolejny achievement unlocked: jesteśmy bandą podejrzanych ziutków. To nasze małe zwycięstwo.

 

Pożegnaliśmy Agatę i Bartka, i późnym popołudniem ruszyliśmy na południe. Po drodze, zupełnym przypadkiem, udało mi się zrealizować kolejne marzenie mojego życia (pomijając oczywiście fakt, że chodziłem tymi samymi ulicami, które przemierzał Jack Bauer). Otóż…

 

W 1989 roku, kanadyjscy punkowcy z D.O.A do spółki z Jello Biafrą, nagrali płytę Last Scream of The Missing Neighbors. Na jednej stronie jest pięć kawałków, na drugiej znajdziecie prawie czternastominutowy, pełen wkurwu i wściekłości, polityczny rant Biafry pod tytułem Full Metal Jackoff.

 

Jello wykrzykuje różne rzeczy, leci ówczesną bieżączką, wspomina Williego Hortona, Oliviera Northa, aferę Iran-Contras, epidemię kraku. A w refrenie śpiewa taki tekst:
On the Washington D.C. Beltway

Around and around I go

In a black van with no windows

And a chimney puffing smoke

 

I od czasu, gdy po raz pierwszy wysłuchałem tego kawałka (i przy okazji się w nim zakochałem), tak sobie myślałem, jak to by było fajnie przejechać się czarnym vanem po D.C. Beltway.

 

Udało się.

 

Co prawda nie czarnym vanem, a białym Szato, i nie przez całą obwodnicę, a jedynie przez jej fragment, ale nie narzekam.

 

Udało się.

 

Pewnie zgadniecie, co sobie w czasie jazdy nuciłem pod nosem.

 

A kilkanaście kilometrów dalej, przejechaliśmy obok Quantico. Ciemno było, więc nic nie zobaczyliśmy, ale sami rozumiecie. Quantico. Killer kombo.

Sen mnie ściął w czasie jazdy, więc przespałem ten moment, w którym znaleźliśmy się bardziej na południu, w Północnej Karolinie. Dlatego rano mało nie straciłem równowagi psychicznej, gdy cała kobieca część obsługi truck stopu zaczęła do mnie mówić sweety. Oraz honey, ale to już chyba z rozpędu. Na początku myślałem, że to wypadek przy pracy, albo jakiś błąd matrixa, ale nie. W następnych miejscach, gdzie się zatrzymywaliśmy, sytuacja się powtarzała, a akcent robił się coraz bardziej południowy. W zasadzie w Atlancie już nie wiedziałem, co połowa ludzi do mnie mówi, więc teraz tylko kiwam głową, mówię thanks albo fine. I jest git.

 

Następnym punktem na naszej mapie było Mooresville. Nic wam ta nazwa nie mówi? Mooresville to Banshee. I cztery miejsca, w których kręcono serial. Posterunek Cadi, Miles Diner, knajpa Sugara i dom Hooda. Pierwsze dwa stoją obok siebie, dwa kolejne kawałek za miastem.

 

Zajarałem się, jak zajarałby się każdy, kto może na własne oczy zobaczyć i dotknąć miejsc, w których kręcą jeden z jego ukochanych seriali. Gdybyśmy spotkali kogoś z obsady, wróciłbym do Polski w czarnym worku. Jak z Kingiem. Bo widzicie, ja od Banshee, bardziej lubię tylko Supernatural.

 

Przed Cadi stały jakieś samochody, ale cholera wie, może to były bryczki oczekujące w kolejce do Misfits Speed Shop, którego obsługa wyszła na zewnątrz, i chyba była przekonana, że robimy foty właśnie samochodom. W dinerze do dzisiaj stoją filmowe dekoracje, a cała miejscówka jest do wynajęcia. Natrzaskaliśmy fotek mrocznych, jak to miejsce, poszliśmy coś zjeść do pobliskiej restauracji, Lambert zhakował im drukarkę i puścił wiadomość od Joba, po czym przetoczyliśmy się pod Sugara.

 

Na miejscu spotkała nas zabawna niespodzianka w postaci tabliczki na ścianie. Własność prywatna, nie szlajać się, wymagane pozwolenie na fotografowanie. Robimy duży projekt, więc robienie fotek z partyzanta nie wchodziło w rachubę. Zresztą wielkie aparaty raczej ciężko byłoby ukryć pod paltocikami (wspominałem, że znowu zaczęło padać?). Okazało się, że szczwany, kapitalistyczny staruszek winszuje sobie za możliwość sfotografowania miejscówki 35 dolarów (słownie: trzydzieści pięć dolarów). Tu naprawdę można robić pieniądz na wszystkim[2].

 

Zrobiliśmy tyle zdjęć, że w zasadzie możemy na ich podstawie zrobić pełny model 3D tego miejsca. W knajpie Sugara jest sklep typu mydło-powidło, nic związanego z serialem. Do tego tak drogo, że zrezygnowałem z jakichkolwiek zakupów. U Hooda na dole, właściciel trzyma jakieś worki, chyba z nawozem, na górze nie ma nic. To tak, żebyście się już nie musieli zastanawiać. Ten plan zdjęciowy został porzucony.

 

Aha, kilka osób dostanie bardzo ładne kombo pocztówkowe (jak nasze patałachy nie pogubią, bo w US Post Office wierzę bez zastrzeżeń). Widoki z NYC, znaczki z Filadelfii, wysłane z Banshee. Nie ma za co.

 

Ruszyliśmy w dalszą drogę i tuż przed północą dotarliśmy do Atlanty. W bardzo konkretne miejsce, które jest bliskie sercu każdego fana apokalipsy.

 

CDC to mroczna, monumentalna budowla z początku wieku, niestety, panowie ochroniarzowie powiedzieli Kubie, że filmować to sobie możemy znaczek instytucji, budynki już niekoniecznie. Na szczęście jestem dzielny, i z narażeniem zdrowia i życia, strzeliłem kilka klimatycznych nocnych fotek. Specjalnie dla was, sfotografowałem również budynków. Z NARAŻENIEM ŻYCIA!

Miły, młody człowiek z malla, zaczepił mnie, wtarł w ręce jakiś krem, wypolerował mi paznokcie na błysk, nałożył preparat na zmiękczenie skórek, wtarł ponownie w ręce jakiś krem, po czym tak długo robił mi prywatny stand up, że głupio było niczego nie kupić. Nikomu nie powiem, ile zapłaciłem za brak czujności klasowej podczas zakupów.

Przy ogrodzeniu grały świerszcze. To był dobry znak, jak one żyją, to i my możemy. Po chwili przestały grać. Szybko skręciliśmy materiał, natrzaskaliśmy nocnych ujęć i uciekliśmy stamtąd. Jeszcze nigdy tak dużo morderczych drobnoustrojów nie było tak blisko mnie. No, może oprócz dwóch wizyt w Szpitalu Praskim.

 

Po Banshee przyszedł czas na miasteczko Senoia, gdzie kręcą The Walking Dead. Obejrzeliśmy zza ogrodzenia plan, gdzie powstają aktualnie nowe odcinki, ale widać tylko szczyty budynków, reszta skryta przed wzrokiem ciekawskich. Odwiedziliśmy też oficjalny sklep z merczem (weri gud bargan), gdzie do spółki zostawiliśmy równowartość budżetu małego państwa afrykańskiego. Mam torbę, i prezenty mam, i obowiązkowy magnes na lodówkę też mam. Ci, którzy wiedzą, jaką mam lodówkę, docenią dowcip sytuacyjny. Dla tych, którzy nie, już mówię. Otóż mam w domu wyłącznie lodówkę barową.

 

Ekscytująca wyprawa pod studio filmowe w środku lasu byłaby bardzo ekscytująca, ale wszystko pogrodzone drutem kolczastym, reflektory, psy, karabiny, wieżyczki, ochrona, strach jak łapią. Zawróciliśmy na ręcznym, nasz filmowiec przez okno cyknął kilka fot, skręcił krótki film, i ledwo uciekliśmy.

 

Jak pisał w swoich książkach znany literat Jakub Ćwiek, you can’t always get what you want.

 

Następnym punktem naszej wycieczki było miejsca, gdzie w filmie ginie jeden z głównych bohaterów, co go i tak nikt nie lubił, więc nie ma straty. Lekko sypiący się młyn, silosy, i obowiązkowo tabliczki ‘no tresspassing’. Oni tu są mocno zżyci z koncepcją świętej własności prywatnej. Ostatnia na dzisiaj seria fot, rozładowana komórka i ruszamy w stronę Nowego Orleanu.

 

Głupio mi to mówić, ale co się dzieje w Nowym Orleanie, pozostaje w Nowym Orleanie. Nie mogę obiecać kolejnej notki.

 

DO POCZYTANIA

 

W chwili, gdy piszę te słowa, zatrzymaliśmy się przy małym cmentarzu w Alabamie i gotujemy kolację. Wyraźnie kusimy los.

 

[1] The US Marine Corps Story, Robert Moskin, 1977.

[2] Zapomniałem wspomnieć o merczu w sklepie obok Muzeum Czarownic w Salem. Jednym z oferowanych produktów były hand-made różdżki. Znaczy polakierowane kawałki gałązek. Za 35 dolarów sztuka, gud bargan, maj frend, GSP.

 

GARŚĆ IMPRESJI: 

 

Odkąd wjechaliśmy na Południe, jesteśmy w permanentnym szoku. Niby Polacy wiedzą, że w Ameryce benzyna jest tania. Ale 2 dolary za galon, to lekka przesada. Pozwólcie, że wam to przeliczę, żebyście nie musieli odpalać kalkulatorów. Litr benzyny w Północnej Karolinie kosztował 1,98 ziko. Najtańsza, jaką do tej pory widzieliśmy, kosztowała 1,83 dolara za galon. Wychodzi 1,80 za litr. Uszanowanko.

 

Co się z tym wiąże? Możliwość ekonomicznego zwiedzenia Stanów. Jak robisz objazdówkę, i tak musisz wypożyczyć samochód. Bierzesz trochę większy, śmigasz luksusowo, wieczorem podjeżdżasz na truck stop, bierzesz prysznic (najtańszy był w Bangor, 5 dolarów, najdroższy 13 dolców, ale wszędzie można cebulić i wbijać w kilka osób), jesz śniadanie za 6-8 dolców w jakimś dinerze i jedziesz dalej. Raczej dla młodych niż starszych, którzy muszą mieć łóżko, bo kręgosłup.

 

Prysznice na truck stopach są takie fajne. Pojedyncze kabiny, krzesełko, kibel, zlew, gorąca woda, trzy ręczniki, mydło w papierku, mydło w podajniku, dwa tryby pracy prysznica (jest bicz wodny), czysto tak, że z podłogi można jeść. I myjesz się ile chcesz, a nie 11 złotych za 5 minut. Czy Mazury mnie słyszą? Jak słyszą, to niech się uczą. Drzwi a nie obślizgła folia, krzesełko i przynajmniej 10 minut.

 

A jak ktoś się bardzo zmęczy spaniem w samochodzie, może wziąć pokój w motelu przy truck stopie. Bezpiecznie, spokojnie, aczkolwiek cen nie sprawdzałem.

 

Ramka czerwonych Malborków Special Blend (niewystępujące w Polsce, bardzo dobre, tak koledzy mówią) kosztuje 3,85. Taniej niż w kraju. W Nowym Jorku, w zależności od sklepu, fajki kosztują od 12 do 14 dolców.

 

Jest zatem biznesplan. Oszczędny samochód pali załóżmy, że 3,5 galona na 100 mil. Do NYC jest stąd jakieś 900 mil. W dwie strony 1800. Przy tych cenach paliwa, przejazd w obie strony kosztuje 130 dolców. Nawet przy założeniu, że nie bierzesz w kanistry, tylko część tankujesz bardziej na północ, to i tak trzech dolców za galon nie przekroczysz. Więc niech benzyna w obie strony kosztuje nawet 200 dolarów. Sprzedając fajki znajomym i znajomym znajomych w NYC za 10 dolców, masz ponad 60 dolarów zysku na kartonie (10 paczek). Tak sobie na szybko policzyłem, że wioząc marne 20 kartonów papierosów z Północnej Karoliny do NYC, zarabiasz na czysto ok. 1000 dolarów. Jeden kurs w miesiącu i mogę pracować nawet jako sprzedawca w Maku.

 

Tak, wiem. Może być tak, że jak mnie złapią z dwudziestoma kartonami, trafię na 25 lat do San Quentin. Mój mały, chałupniczy biznesik powstał w arkuszu excelowym, bez uwzględnienia prawnych uwarunkowań handlu fajkami wśród znajomych. I to był tylko przykład. Nie róbcie tego w domu.

 

Benzyna tańsza od wody. Whisky Tango Foxtrot?

 

baner stany popswiadomosci

Universal Music
Poprzedni

Higher Truth - Chris Cornell i ballady [recenzja]

jackfrost
Następny

Jack Frost - czekając na zimę [recenzja]

Radek Teklak

Radek Teklak

Do niedawna analizowałem w korporacji. Od niedawna, ku mojemu zdziwieniu, przestałem i dobrze mi z tym. W wolnych godzinach, których ostatnio więcej, oddaję się pielęgnacji roślin, lekturze i pisaniu dla ludzi.
W dalszym ciągu uważam, że najfajniej jest jak są kobiety, zimne piwo i nie za głośna muzyka.
Lubię mówić długo i bez przerwy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz