RELACJA NA ŻYWO 

PRZEZ STANY POPŚWIADOMOŚCI – DZIENNIK POKŁADOWY (XI)

Przed wami rzecz niezwykła – dziennik Radka Teklaka, prowadzony podczas podróży po Stanach Zjednoczonych. O założeniach i celach podróży „Przez Stany POPświadomości” przeczytacie tutaj, a teraz pora na Radka i jego opowieść o tym jak zwiedził Nowy Orlean.

Jedenasta, dzień dobiega końca. Dźwięk dzwonka od ziomka, czas nastał…(08.10)

Cholerne bagna Luizjany, Nowy Orlean, i obrazki jak z połowy seriali HBO. Teraz, gdy siędzę w kamperze gnającym przez noc, i sobie układam całą nowoorleańską historię w głowie, widzę że na naszej trasie, było to miejsce najdziwniejsze. Przez bogaty folklor, ciekawą historię, wszechobecne francuskie ślady, albo koszmarny, oblepiający człowieka od stóp do głów upał i duchotę, która wyciska całą siłę. Jest to również miasto ciężko ranne, i chociaż od Katriny minęło 10 lat, wciąż to widać. Oraz miasto bardzo podzielone. Opowiem wam trochę o tym pod koniec wpisu.

Ale najpierw… Party, party!

French Quarter to największa imprezownia Nowego Orleanu, mekka wszystkich turystów. A Bourbon Street jest jego sercem, bijącym w rytmie gorących pod każdym względem nocy, jego przełykiem, pochłaniającym turystów, jego żołądkiem, trawiącym ich pieniądze, a wreszcie ściekiem, w którym większość z nich się w pewnym momencie ocknie, zadając sobie pytanie każdego, komu zdarzyło się zapomnieć w czasie imprezy: gdzie, do kurwy nędzy, jestem?[1]

Imprezownia nastawiona na przemysłową eksploatację turystów, ciągnących do niej z całych Stanów i okolic. To miejsce, w którym można zrealizować niektóre z fantazji, jakie snujemy podczas ciągnących się w nieskończoność dni roboczych, dzielących nas od upragnionego urlopu. Morze alkoholu, imprezownia przy imprezowni, jazz, blues, rock grane w co drugiej knajpie na żywo, seks, lokalne jedzenie (gumbo na kaca najlepsze) i wszechobecne gift shopy, które od wejścia kuszą tabliczkami ‘jeden tiszert za piątkę, pięć za dwudziestkę’, ale to jedyny gud bargan, jaki w nich znajdziecie. Oczywiście pod warunkiem, że macie 17 lat, i lubicie koszulki z głupawymi napisami.

Ponieważ impreza zaczyna się dość wcześnie, i od razu na grubości, większość lokali około trzeciej nad ranem cichnie. Ale do trzeciej, można przepuścić tu dowolne pieniądze i bawić się do upadłego, pijąc gargantuicznej wielkości drinki (na szczęście dla birbantów, mocno uwodnione), podrywając płeć nas interesującą, i kołysząc się w takt muzyki na żywo. Coś na zasadzie, od jutra przestaję pić, więc dzisiaj daję w opór.

My bawiliśmy się kulturalnie, przy jednym piwku i drinku Resurrection (w fantastycznym, migającym kufelku). Dość fantastycznie udana noc, zaczęła się oczywiście, bo to przecież my, od przypadku. Szukaliśmy miejsca, gdzie można coś zjeść, duża gumboteka, kusząca niskimi cenami, była już zamknięta, więc w desperacji wbiliśmy do lokalu naprzeciwko. Grupa zamówiła jedzenie, ja wziąłem piwo. I przy tym piwie, zupełnym przypadkiem, zrealizowałem swoje kolejne marzenie. Obejrzałem mecz futbolu amerykańskiego w nowoorleańskim lokalu. Mało tego, akurat grali New Orleans Saints. U siebie. Prawie do końca czwartej kwarty prowadzili. Na dwie minuty przed końcem, Dallas Cowboys wyrównali. W ostatnich sekundach meczu Święci mieli okazję wygrać, ale kicker trafił w słupek. Dogrywka. A ja zajarany, jakby Polacy grali z Niemcami w finale MŚ w piłce nożnej.

W dogrywce byłem świadkiem tworzenia się historii. Rozgrywający Świętych w trakcie meczu wykonał trzysta dziewięćdziesiąte dziewiąte podanie, zakończone przyłożeniem. W dogrywce dołożył podanie numer 400. Jest piątym rozgrywającym w historii NFL, który to zrobił. A że udało mu się dokonać tego w 205 meczach, zrobił to najszybciej z nich wszystkich.

Jak się o tym dowiedziałem, to mało się nie udławiłem piwem ze szczęścia. No bo kurde. A następnym razem jak będę jechał do Stanów, to wezmę ze sobą kalendarz rozgrywek NFL, NBA i bejsbola (mam nań wylane, ale tu chodzi bardziej o atmosferę na stadionie, niż o sam mecz), i sprawdzę, czy akurat coś się gdzieś po trasie nie odbywa. I obejrzę na żywo.

Po zakończonym meczu, główny ekran w końcu sali podjechał do góry i odsłonił dwa pianina. Nie byliśmy jeszcze pewni, czy tu zostajemy, ale drinka trochę zostało, to chociaż dopijmy. W trakcie dopijania, rozpoczął się pojedynek muzyków. Gości było trzech, zasad nie skumałem, dla mnie wyglądało to tak, że gdy jeden z grających potrzebował zmiany, wchodził ten trzeci. I tak się mielili w kółko. Musieliśmy zostać.

Zrobili oczywiście jedyną sensowną rzecz w obliczu lekko podpitego, hojnego tłumu. Zaczęli grać za hajs piosenki na życzenie. Wiem, że brzmi to daremnie, ale cały myk polegał na tym, że:

– świetnie czytali publiczność

– utrzymywali z nią doskonały kontakt

– znali prawie wszystkie kawałki, o które publiczność prosiła

– a jak nie znali, to odsłuchiwali szybko ze spotifaja, ściągali na komórkę tekst i próbowali improwizować (Let it be jednego z nich wykończyło)

– dlatego każdy chętnie płacił, i doskonale się bawił przy swoim numerze

– pianiści byli ogólnie znakomici, 8/10, byłaby dyszka, gdyby zagrali rzecz, o którą poprosiłem dla wszystkich z was, którzy znają, lubią i szanują moją piątkową tradycję. To, jak do tej pory, drugie niespełnione marzenie na tej trasie. No, trzecie, bo w Powerballu też nie wygrałem. Waka Waka na pianinie, na żywo, w lokalu w Nowym Orleanie? To by było coś. Na otarcie łez mam All Along the Watchtower.

Bawiliśmy się świetnie, a ponieważ byliśmy najbardziej hałaśliwą i żywo reagującą grupą, udało nam się zdobyć to, o co walczą wszyscy blogerzy – Rozpoznawalność. O tak, grupa z Polski pokazała, że można się bawić kulturalnie i bez patologii. Do samego końca.

Drugi dzień zaczęliśmy od późnego śniadania, albo od wczesnego obiadu, i faktycznie, okazało się, że gumbo jest świetne na kaca, którego, rzecz jasna, nie mieliśmy.

Tego dnia mieliśmy pięć punktów programu, ale ponieważ okazało się, że historyczne cmentarze mają tutaj dość krótkie godziny otwarcia, zrealizowaliśmy trzy.

Park Louisa Armstronga. Dość urodziwy, nie powiem, ale jestem też zmuszony do wstydliwego wyznania. Cytując pewien film poradnikowy: prawdziwy mężczyzna słucha jazzu. Dupą.

No nie lubię, i nic nie poradzę. Muzycznie nie potrafię tego gatunku docenić, chociaż wiem, że z niego my wszyscy. Uwielbiam natomiast patrzeć na wirtuozerię muzyków. Na tę ich pozorną łatwość, na tę nonszalancję, wypływającą z lat doświadczenia. Te odniechceniowe ruchy, które laikowi mogą się wydać proste, ale każdemu, kto kiedykolwiek zmierzył się z jakimś instrumentem, zazdrość i podziw pospołu, dupę ściskają tak, że pośladkami można ciąć drut. O tak, na jazzmanów mogę patrzeć godzinami, natomiast słuchać tego, no nie daję rady.

Satchmo to gigant, i nie muszę lubić jazzu, żeby to wiedzieć i docenić jego wkład w historię muzyki. I jest to piękne, że można było nazwać jego imieniem cały park (a nie boczną uliczkę, żeby kogoś nie urazić), a w centrum tego parku, walnąć mu pomnik. A nie tylko śmierć, wojna i męczennicy. Ujęło mnie to za sercę, mówię bez cienia szydery.

W ogóle ten park jest dość ciekawy. Czytając kolejne tabliczki, dowiadujemy się, że na początku była to święta ziemia Indian, następnie… A zresztą, w komentarzach wrzucę fotkę, z której dowiecie się wszystkiego. Przeczytajcie, to dobra historia.

Po parku poszliśmy na cmentarz, ale okazało się, że jest zamknięty, i jak chcemy zwiedzać, to tylko z wykwalifikowanym oprowadzającym. Oszczędzilibyśmy sobie czasu sprawdzając to wcześniej, ale wiadomo, z bedekera korzystają tylko mięczaki. Rozdzieliliśmy grupę: część poszła wypożyczyć samochód, ja udałem się do Cafe Du Monde oferującej, ponoć najlepsze beignets świata. Takie racuchy jakby.

Czy najlepsze, to nie wiem, bo nie mam porównania. No i kilka godzin później nasza wiara w jakość produktów oferowanych przez tę kawiarnię, została bezwzględnie wyśmiana przez lokalnego łącznika. Natomiast na pewno podane z taką ilością cukru pudru, że nie da się ich zjeść w sposób elegancki i dystyngowany. A po zakończonym posiłku, wyglądasz jak kokainista, który trafił na imprezę do Charliego Sheena.

Skrzepieni kilogramem cukru na twarz, pojechaliśmy na Oak Street, do Maple Leaf Club. Porobiliśmy fotki z zewnątrz, porobiliśmy fotki wewnątrz, siedliśmy za barem, zagadaliśmy z barmanką, walnęliśmy po piwie i obiecaliśmy, że wrócimy na koncert, który miał się zacząć o 21.

A, bo bym zapomniał. W tym barze kręcono sceny z Harry’ego Angela. Walnąłem piwo przy tym samym barze, przy którym siedział Rourke w pieprzonym Harrym Angelu. No biggie.

HARRY, FUCKING, ANGEL.

Tak, to było kolejne marzenie zrealizowane na trasie, gdyż uwielbiam film, uwielbiam książkę, uwielbiam Rourke’a, uwielbiam młodziutką, wyzywającą Lisę Bonet[2], a Louis Cyphre to już w ogóle, i w zasadzie to nie bardzo wiem, jak o tym opowiadać, żeby nie zacząć piszczeć jak czternastka na koncercie Biebera.

Napiłem się piwa w barze z Harry’ego Angela.

No dobra, już przestaję. Ostatnim punktem programu, była wizyta w Thibodaux, w chatach, w których kręcono Harry’ego Angela.

Obiecałem, że przestanę się jarać barem, nic nie mówiłem o chatach. Zresztą nie było się czym jarać, bo przyjechaliśmy tam tak późno, że obejrzałem sobie tyko ich fronty. A środkowej to nawet niespecjalnie długo się temu frontowi przyglądałem, bo coś chrobotało na dachu, ja nie jestem strachliwy, ale sami rozumiecie, nie mieszajmy strachu ze zdrowym rozsądkiem, jeszcze bym tam jakieś oczy zobaczył, i musiałbym zużyć cały hajs z ubezpieczenia na operację serca. Trzecią chatę obfotografowałem z marszu, zresztą była tak daleko, że nic nie widać, a nie chciałem podchodzić bliżej. Bo widzicie, tam była trawa. Niby niska, ale cholera wie co robią po nocach bracia wężowie, może śliską piersią dotykają się niskiego zioła. Wolałem nie sprawdzać. Poza tym po ciemku można nie dostrzec tabliczki No pasaran, i afera gotowa.

Pobawiłem się również z kotem.

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się przy fabryce, w której przerabiają kości zmarłych na mąkę, niezbędną do pewnych specjalnych obrzędów, chociaż mogłem coś pomylić. Tam właśnie widziałem obrazki z HBO, o których pisałem w pierwszym zdaniu – ta fabryka wyglądała bardzo podobnie do tej, której użyto w openingu do True Detective.

I już o 22:30 byliśmy z powrotem przy klubie, w którym… No dobra, już nie będę. Wysłuchaliśmy fragmentu koncertu Russela Batiste z przyjaciółmi. Batiste to dość znana, nowoorleańska muzyczna rodzina, o której nigdy nie słyszałem, ale to pewnie dlatego, że wiecie, jak ja słucham jazzu.

Wróciliśmy pod kampera, przeparkowaliśmy kampera, i z naszą lokalną przewodniczką Jennifer, udaliśmy się na oglądanie prawdziwego, nieturystycznego Nowego Orleanu. Jennifer jest świetna. Służyła w wojsku, była ratownikiem medycznym, pokazała nam ranę od noża i wytłumaczyła dlaczego tampon jest najlepszym środkiem opatrunkowym w przypadku ran postrzałowych. Mieszka w życiowej dzielnicy, takiej bardzo, ale to bardzo życiowej, ma w domu cały arsenał i w demokratycznym Nowym Orleanie, pozostaje republikanką. Zakochałem się w niej od pierwszego wejrzenia.

Jennifer zaprowadziła nas w tylko trochę mniej życiową miejscówkę niż ta, w której mieszka. Był to lokalny bar Siberia na St Claude Avenue, gdzie nie udało nam się dostać piwa, bo był koncert i zgromadzona na nim młodzież wszystko wypiła. Potupałem do jednego kawałka, po czym, niesiony falą potu, wypłynąłem z knajpy.

Postaliśmy przed lokalem, Jennifer pokazała palcem kierunek, w którym żaden biały człowiek nie powinien się udawać, jeżeli nie chce skończyć podziurawiony w rynsztoku (nawet biali policjanci się tam nie zapuszczają), po czym walnęliśmy na obszczany przez bezdomnego chodnik, i Jennifer zaczęła opowiadać o mniej ciekawej stronie miasta. I to był tak naprawdę pierwszy raz, gdy miałem okazję posłuchać opowieści o Stanach, w wydaniu prawdziwego Amerykanina.

Przemysł w Nowym Orleanie został zabity. Nie dociekaliśmy czy to z powodu kryzysu, czy Katriny, czy jeszcze czegoś innego. Władze miasta, stanu i federalne, starają się nastawiać NO na turystykę. Poza turystyką i usługami, jedynym miejscem pracy są platformy wiertnicze, ale tam mieszka zupełnie inny rodzaj ludzi, którzy nie są nowoorleańczykami, a po prostu pracownikami platform wiertniczych. To jeden z wielu podziałów w tym mieście.

Poznaliśmy też smutną historię, dotyczącą powodzi podczas huraganu. Władze, chcąc ratować Downtown, skierowały wodę na tereny zamieszkałe przez czarnoskórych, biedniejszych ludzi. Zalało je po dachy. W chwilę po huraganie, na miejscu pojawili się wygarniturowani deweloperzy, wykupili te tereny za przysłowiowego dolca, nastawiali ładnych domków i szukają chętnych na 40m2 z widokiem na Park Armstronga, za miesięczny czynsz w wysokości 3500 dolarów. Gentryfikacja na masową skalę.

Czarni nie byli zachwyceni sytuacją, i od tego czasu ich nienawiść do uosabiających ich nieszczęścia białych, wzrosła do takiego poziomu, że tak jak pisałem, w niektóre miejsca biali się nie zapuszczają. My przespacerowaliśmy się przez Seventh Ward, gdzie szansa na to, że padnie się ofiarą jakiegoś przestępstwa, wynosi jak 1:18. Kierunek, w którym wskazywała Jennifer, to było już Saint Claude, gdzie ta szansa wynosi jak 1:17. Wskaźnik przestępczości jest tam o 90% wyższy niż średnia krajowa. I jeszcze dalej, Lower Ninth Ward, 101% więcej niż w kraju. You’d better not stay on the wrong side of the tracks.

Ogólnie, dosyć przejebana miejscówka. Gdybym wiedział, dokąd będę prowadzony, chyba zostałbym w kamperze. Z drugiej strony, nie udały mi się projects w Baltimore, nadrobiłem w Nowym Orleanie.

W trakcie rozmów na zaszczanym chodniku, potwierdziło się również to, co wiedzą wszyscy, oprócz korwinistów. Jeżeli jesteś przedstawicielem klasy średniej (ale tak raczej lower i middle), to radzisz sobie w życiu do momentu, w którym ulegniesz wypadkowi. Wtedy zaczynasz mieć naprawdę przesrane, bo Obama-care to żart, a koszty absolutnie podstawowych w Polsce zabiegów, w stanach są absurdalnie wysokie. Rutynowa operacja, jak na przykład wyrostek, może wpędzić człowieka w długi. No i oczywiście, gdy dochodzisz do siebie po takiej operacji, możesz zostać bez problemu zwolniony z pracy. Więc naprawdę, chłopcy od Janusza, dorośnijcie.

Mógłbym jeszcze długo, ale nie chcę, żeby ten wpis skręcił w dziwnym kierunku. Dodam więc na koniec kilka informacji dotyczących przepisów porządkowych. W Nowym Orleanie nie można popełniać klasycznych przestępstw, to oczywiste. Co do rzeczy nieoczywistych, to oczywiście za minimalną ilość narkotyków, można trafić do więzienia, ale lokalsi się tym nie przejmują, i palą ile wlezie. Drugim dość poważnym wykroczeniem, jest sikanie pod murkiem. I nie dlatego, że potem będzie walić szczyną, tylko dlatego, że się obnażasz. Co ciekawe, jeżeli obnażenie dotyczy waginy, policja ma to w dupie. Co do penisa…

Zapamiętajcie panowie: DON’T PULL YOUR DICK OUT

Paradoksalnie, jeżeli w okolice penisa zapałętała się wagina, problemu raczej nie będzie. Można zatem się stukać na zaparkowanym na ulicy skuterze.

Poza tym jest spoko. Możecie przechodzić na czerwonym, jechać rowerem albo deskorolką pod prąd na jednej z większych ulic (gdybym nie widział, nie uwierzyłbym), śmiecić, pić alkohol na ulicy (chociaż poza klasycznymi imprezowniami i w godzinach poranno-przedpołudniowych, ludzie raczej chowają butelki w nieprzezroczyste torebki). Można prowadzić po pijaku, ponoć większość kierowców w NO to funkcjonalni alkoholicy, jeżdżący na bani. Rower w tym mieście to średnio rozsądny wybór, zresztą wszędzie blisko i można chodzić. Ba, oni tutaj, w tym Nowym Orleanie mają drive-thru z alkoholem. Totalnie możesz podjechać i przez okienko kupić alkohol. Jak w Maku hamborgira.

Dzielnice, po których spacerowaliśmy drugiego wieczoru, są skryte przed wzrokiem turystów, bo kto by się chciał w ten zakazany hood zapuszczać. Wyglądają, jak Stalingrad po bombardowaniu. Przynajmniej miejscami. Miasto po Katrinie zbiera się z trudem, ale bardzo mu kibicuję.

Bo jest piękne.

 

[1] Pod jedną z knajp, zatrzymały nas rytmy Stairways to Heaven. Grupa posłuchała i poszła dalej. Ja nie mogłem, bo chwilę po ostatniej nucie Zeppelinów, muzyk zapodał pierwsze takty Star Spangled Banner na przesterze. Amerykanie się wzruszyli. Ja również, bo to przecież Hendrix. Robię zdjęcie, w moją stronę obraca się niski, łysy koleś, robi fotkę tabliczki z nazwą przecznicy i mówi do mnie ‘wiesz stary, chciałbym, kurwa, wiedzieć, gdzie mam nad ranem wrócić’. Prawdziwa historia.

[2] Tak, wiem. Podczas kręcenia miała 20 lat. Ale wyglądała mi na góra 16.

 

Garść impresji:

To dziwne, obserwować ludzi kibicujących drużynie przeciwnej w sercu miasta gospodarza. Jeszcze dziwniejsze było to, że gdy Kowboje zdobyli przyłożenie, to nikt nie włomotał pewnej pani, która przez minutę, ryczała na cały lokal ‘touchdown, that’s what I’m talkin’ bout, babe’, głosem który mielił kości. Szokujące, ale oni tam najwidoczniej nie mają kiboli. Poważnie.

Idąc do French Quarter, zaopatrzcie się w zatyczki do nosa. To niepojete, jak to miejsce śmierdzi. Zwłaszcza o 9 rano, gdy służby są jeszcze w trakcie sprzątania, i cała poprzednia noc unosi się w powietrzu. Większości zapachów nie byłem nawet w stanie zidentyfikować.

Idąc do French Quarter, wyłączcie mózg. Tylko tam przeszkadza. Macie się tam dobrze bawić, a nie rozkminiać trudne sprawy.

Idąc do French Quarter, wyjmijcie węża z kieszeni. Wszystko tam jest dość drogie, ale nie aż tak, żeby pójść z torbami. Żartowałem, łatwo tam pójść z torbami. Najlepiej nakupić piwa w sklepie, przelać w kubek i tak sobie spacerować. Bo na trzeźwo, jest tam ciężko.

Idąc do French Quarter, przygotujcie się na szok kulturowy. Nie ma żadnego problemu, żeby wejść do knajpy z alkoholem kupionym gdzie indziej. Nie wiem, jak ma się sprawa z restauracjami, bo nie sprawdzałem. Natomiast do każdej jadłodajni, knajpy czy drink baru, wpuszczają za darmo i nie robią zagadnienia, jak wczołgujesz się tam z baniakiem (dosłownie) z różowym drinkiem, kupionym w innym miejscu.

Idąc do French Quarter, nie dziwcie się niczemu. Dość luźno odziana siedemdziesięciolatka, jadąca błyszczącym neonowo motorkiem z małą przyczepką, z której łomocze muzyka taneczna, zatrzymująca się w przypadkowych miejscach i kręcąca bawkę na pół ulicy, na początku naszej wyprawy, wywołałaby u mnie uśmiech politowania. Teraz rozumiem, że tutaj możesz żyć jak chcesz, wyglądać jak chcesz, i robić co chcesz, pod warunkiem, że nie łamiesz prawa. Nikt nie daje za to złamanego faka.

Idąc do French Quarter, bądź przygotowany na to, że tutaj nawet bezdomni i żebrzący, mają często swoją stylówkę. I to taką, że polskie blogerki modowe, dałyby się za nią pokroić.

Idąc do French Quarter, nie odpierdalaj maniany, tylko dobrze się baw. Inne scenariusze nie mają sensu.

baner stany popswiadomosci

PWN
Poprzedni

Trzewiczki Matki Boskiej [patronat]

Wydawnictwo Belego
Następny

Sklepik z robotami - czarny humor i satyra [recenzja]

Radek Teklak

Radek Teklak

Do niedawna analizowałem w korporacji. Od niedawna, ku mojemu zdziwieniu, przestałem i dobrze mi z tym. W wolnych godzinach, których ostatnio więcej, oddaję się pielęgnacji roślin, lekturze i pisaniu dla ludzi.
W dalszym ciągu uważam, że najfajniej jest jak są kobiety, zimne piwo i nie za głośna muzyka.
Lubię mówić długo i bez przerwy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz