RELACJA NA ŻYWO 

PRZEZ STANY POPŚWIADOMOŚCI – DZIENNIK POKŁADOWY (XII)

Przed wami rzecz niezwykła – dziennik Radka Teklaka, prowadzony podczas podróży po Stanach Zjednoczonych. O założeniach i celach podróży „Przez Stany POPświadomości” przeczytacie tutaj, a teraz pora na Radka i jego opowieść o tym jak zwiedził Atlantic City.

(10.10-11.10)

Trasa z Nowego Orleanu do Atlantic City, to kalejdoskop zmieniających się krajobrazów, stacji benzynowych, na których zatrzymywaliśmy się na papierosa, i noclegów na kolejnych truck stopach (głównie nasz ulubiony Point). Kamper wesoło nawijał na koła kolejne stany, w kolejnych stanach ludzie dziwili się, jakim to cudem nas z tak daleka do nich przywiało, ogólnie film drogi, a że paliwo i fajki drożały, to faktycznie film niezbyt tani.

Spostrzeżenie na marginesie. Gdybym pojeździł po Wschodnim Wybrzeżu jeszcze ze 3 tygodnie, mógłbym zgadywać w jakim stanie się znajduję, wyłącznie po cenach paliwa i papierosów.

Do Atlantic City dojechaliśmy w nocy. Zjedliśmy pożywną kolację i wyszliśmy w deszcz, łapać ostatnie promienie zachodzącego… A nie, w nocy przecież. Łapać światło wyszliśmy, zwłaszcza ja, swoją komórką. Punktów programu mieliśmy niewiele: Boardwalk i wizyta w kasynie.

Kto wie, gdyby nas lepiej i piękniej kuszono, może weszlibyśmy do jednego z klubów dla gentelmenów. Ale czasu mało, drinki pewnie drogie, a panie? No cóż, zdarzało nam się w życiu widywać panie. Nawet w toplesie. Dziękowaliśmy zatem licznym nagabywaczom i parliśmy przed siebie, bo wiecie, droga wiedzie w przód, i w przód.

Boardwalk nie powiem, chociaż znowu oczywiście w telewizji ładniej wyglądało. Wszystko elegancko, w drewnie odstrzelone, szeroki bulwar spacerowy, na wysoki połysk. W sezonie, albo w dzień, musi być jak na Monciaku. My wbiliśmy na tyle późno, że ludzi jak na lekarstwo, od czasu do czasu ktoś mignął w małym busiku albo w rikszy, pieszych niewielu, pod kasynami pijani, pod hotelami z cygarami, ogólnie dość pusto. I kilku marynarzy w paradnych mundurach, z dziewczynami pod ręką.

Zmierzyliśmy ścieżkę w prawo, potem w lewo, z jednej strony Atlantyk, z drugiej trochę tandety, i trochę bajki. Jako twardziele gardzący bedekerami, nie wiemy do tej pory, czy te fronty, które nam się nagle ukazały (zobaczycie na zdjęciach), to dekoracje, które HBO trzasnęło do Boardwalk Empire, i tak się lokalsom spodobały, że postanowili je zostawić, czy po prostu ktoś miał kaprys, i sieknął sobie takie przody, because America and fuck off.

Trochę brzmię, jakbym się śmiał, ale to ładny deptak. Jasne, można by skuć kilka fasad i przerobić je na coś ładniejszego, ale ogólnie dość przyjemne miejsce spacerowe. W końcu coś na kształt infrastruktury dla pieszych (deptak) i okołopieszej (ławki! kosze na śmieci!! darmowe wifi!!!). Przyjemnie jest sobie usiąć i poczuć, jak z przodu napiera na ciebie nowe, a z tyłu sroży się Prastare.

A potem poszliśmy do kasyna. Byłem zdeterminowany, żeby na rulecie życia postawić na numer 17 i na czarne, ale…

No właśnie, mieliśmy wszystkiego pół godziny czasu. A żeby się w tym ulu w czymkolwiek zorientować, trzeba mieć kilka chwil więcej. Nie wiadomo, czy żetony wymienia się w jakiejś kasie, czy przy stołach. Stołów mało, do żadnego nie szło się dopchać. Jak już się dopchałem do pierwszego, to zobaczyłem, że siedemnastkę wylosowano pięć obrotów temu. Tak, wiem, że to tak nie działa, ale się wkurzyłem, i stwierdziłem, że ten stół już mnie nie interesuje. Dopchałem się do drugiego, siedemnastka padła trzy obroty temu, a mnie prawie apopleksja poraziła.

Lekko zniechęceni przeszliśmy łącznikiem do drugiego kasyna. Tam trochę weselej, jakiś zespół przygrywał, hala wielkości Torwaru, huk jak w stodole, stoły do rulety zapchane ludźmi, dopchałem się do jednego, i mało mnie szlag nie trafił, bo siedemnastka padła przy nim jakieś siedem obrotów temu.

Oczywiści dalej nie wiedzieliśmy, czy żetony kupuje się w kasie, czy przy stole, czy jest jakaś określona górna liczba graczy, no nic się nie dało skumać, bo tam nie masz kumać, tylko szybko pruć się z kasy. I bym to robił, gdyby ktoś dał mi szansę.

Nie powiem, że dwudziestka, którą przeznaczyłem na rozkurz, paliła mi spodnie, więc odłożyłem na przyszłość marzenia o wzbogaceniu się w kasynie, i poszedłem z Kreską pyknąć na jednorękich bandytach. Już nie robią takich z rączką, wszystko elektronika. Nawet z tego mnie obrabowali.

Z myślą ‘jebać biedę’ wepchnąłem w gardło maszyny pokerowej całego DOLARA, nacisnąłem przyciski i w minutę osiem było po wszystkim. Zrealizowałem kolejne marzenie, znaczy zagrać w kasynie, chociaż jego realizacja była daleka od ideału, i będę musiał to kiedyś powtórzyć. Może w Vegas?

Spacerując energicznie po kasynie, przyjrzałem się kilkudziesięciu osobom siedzącym przy stołach, albo przy maszynach. Bez słowa przesady, jak zombie. Szklane oczy, automatyczne ruchy, wzrok utkwiony we wszystkim, tylko nie w maszynie, kompulsywne obstawianie połowy numerów na rulecie, w zasadzie tylko przy stołach z kośćmi było trochę radośniej. Gdzie w tym wszystkim zabawa? Gdzie fun, fun, fun? Wiem, że uzależnienie od hazardu to poważny problem. No ale przecież jak raz do roku jedziesz przepuścić trochę hajsu w kasynie, to miejże z tego choć trochę frajdy. Ci ludzie nie wyglądali, jakby mieli.

To ja, proszę państwa, pieprzę taką imprezę.

W drodze powrotnej, zatrzymaliśmy się przy 7/11, bo mieli gud bargan na Gatorade. Gdy czekaliśmy przed wejściem na ostatnią kupującą, podjechało dwóch ziomeczków, z czego jeden wielki, a drugi palił, i ten wielki spytał naszego operatora o rzeczy. Jak się wielki ziomeczek pyta o rzeczy, to zazwyczaj wpierdol na wynos, z możliwością dziesiony. Ten był jakiś dziwny, bo widząc bajerancki aparat fotograficzny, spytał operatora, czy jest filmowcem. I od słowa do słowa, wymienili się mailami. Prawdziwa historia.

Następnego dnia wyruszyliśmy w stronę ostatniego punktu programu, gdzie mieliśmy obejrzeć mnóstwo rzeczy związanych z produkcjami Kevina Smitha.

Najpierw, znany z Chasing Amy, sklep płytowy. Nie żebym chciał tam zamieszkać, ale bardzo chciałem tam zamieszkać. Nowjuśki winyli za dwajścia dolarów. Już sobie wybrałem Doolittle (Pixies), Ramones i RamonesMania (wiadomo), kiwałem się nad London Calling albo Give’em Enough Rope, bo Give to pierwsza płyta Clashów, jaką usłyszałem w życiu, a London wiadomo. Poważnie rozważałem bliższe zaprzyjaźnienie się z Rage Against The Machine i jeszcze jednym albumem Ramonesów (Rocket to Russia, polowałem na niego na kasecie najdłużej w życiu). Ten właśnie moment wybrała sobie moja karta, by powiedzieć ‘oh noes, declined’. Gotówki wystarczyło na RamonesManię (15 dolców, gud bargan) i dwie używki. Za Doolittle płaczę do tej pory. Oraz mam nadzieję, że uda mi się dowieźć tych Ramonesów w całości, bo się zaparli, do podręcznego nie wchodzą, i pozostaje mi tylko wznosić mroczne inkantacje, żeby bagażu rejestrowanego mi za bardzo nie sponiewierali. Wznoście ze mną. Polecam. Radosław Teklak.

Po drugiej stronie ulicy znajduje się raj każdego nerda – Secret Stash. Tam to tylko stałem i trzaskałem fotki jak porąbany, bo skoro karta odmówiła współpracy (okazało się, że nie działała tylko w sklepie płytowym), nie kupiłem sobie kilku figurek, w tym DeLoreana i Buddy Christa. Nie kupiłem sobie książki Smitha z jego autografem. Nie kupiłem sobie również dwóch plakatów i kilku komiksów. Niczego sobie nie kupiłem, ale już po powrocie do kampera, Kuba dał mi kartę United Jersey Brotherhood of Dealers. Mam Local Union Number 404. Pozdro dla kumatych.

Natomiast samo miejsce jest jak sklep z komiksami z filmów, w których występują sklepy z komiksami. Oh, wait…

Przez jakieś pięć minut kręciłem się między półkami, i mełłem pod nosem słowa ‘tak to się robi zagranico’. A potem się zorientowałem, że robię dziewiętnaste kółko, bo sklep jest, owszem, nie powiem, dość długi, ale wąski tak, jak pokój numer 26, w którym mieszkałem w akademiku. Można tu wydać dowolną kasę. I będzie przy tym sto razy więcej zabawy niż w kasynie.

W sklepie oprócz merczu, znajduje się kilotona pamiątek z filmów. Stroje, propsy, gadżety, filmowe amulety. Noł taczi taczi, bo by każdy sobie po nitce wypruł, i po miesiącu po gadżetach. Więc albo za szybą, albo wysoko. No wszystko, co sobie można zamarzyć. Ciuchy Silent Boba, ubrania z Clerks 2 czy duże figury Buddy Christa i Mooby’ego. Zabawy co niemiara.

Pokręciliśmy się po obiekcie z godzinę. Albo osiem. Reszta składu wydała sto dolarów. Albo tysiąc. Poszli płacić. Za kasą siedział Mark Costello (wyguglajcie sobie, fajny ziom), którego podejście do klientów jest wzorcowe. Z każdym pogada, każdym się zainteresuje, można sobie z nim robić zdjęcia, przy płatnościach kartą z pinem, wpuszcza za kontuar, i można poudawać rzeczy. I ogólnie prezentuje podejście właściwe wszystkim Amerykanom, pracującym w sektorze handlowym i usługowym – jest w tym sklepie dla klienta, i każdy klient jest dla niego najważniejszy. Niezła sztuczka. I łatwo się na nią złapać.

Wyszedłem stamtąd z bolącą głową. Trochę z głodu, trochę od zaciśniętych szczęk, trochę ze zmęczenia. Przetransportowaliśmy się do parku z placem zabaw, gdzie rozegrano kilka scen z Chasing Amy. To było jedno z tych miejsc, które lepiej byłoby fotografować tuż przed zachodem słońca. Niestety, przybyliśmy za wcześnie.

Widzicie, na tym placu zabaw bawiły się dzieci. Wyobraźcie sobie typa w bojówkach, tiszercie z Sauronem, czarnej kurtce i Aviatorach za dychę. Z aparatem fotograficznym. Trochę porównań mi się nasuwa, wszystkie prowadzą do jednej konkluzji – nie powinienem fotografować cudzych dzieci. Więc zdjęć z parku zabawy zbyt wielu nie zrobiłem. Za to sobie posiedziałem na murku i pogapiłem się na marinę.

Ostatnim punktem programu był sklep i wypożyczalnia kaset z Clerksów. Nic się nie zmieniło, oprócz tego, że wypożyczalnia jest nieczynna. Aczkolwiek w środku zostało trochę vhs-ów.

Jako, że cała akcja odbywa się pod hasłem ‘na przypale, albo wcale’, oraz ‘głupi ma zawsze szczęście’, w trakcie robienia sobie fotek i samojebek przed sklepem, zaczepił nas starszy pan, oznajmił, że grał w filmie (gość od kluczyków), jego babcia pochodziła z Krakowa, i tak w ogóle, to pożegnał się z nami po polsku, tak jak go babcia nauczyła: z Bogiem. Po powrocie sprawdziliśmy, ten sam, tylko 20 lat młodszy. Seria zdjęć, jeszcze więcej samojebek, i żeby nie robić przypału, zakupy.

W sklepie kupiliśmy 24 idealnie białe jajka, papierosy i losy na loterię. Pasty do butów nie mieli. Zdrapaliśmy sreberko z losów. Nikt nic nie wygrał.

I tak skończyła się nasza trzytygodniowa podróż po Stanach.

Garść impresji:

Totalny. Brak. Infrastruktury. Dla. Pieprzonych. Pieszych. W Stanach wszystko jest robione pod samochody. Znaczy owszem, w dużych miastach są chodniki, jakaś sygnalizacja świetlna i przejścia dla pieszych, ale jak chcesz usiąść, to praktycznie wyłącznie w lokalu. Ławek prawie brak. Kurde, zupełnie jak w Warszawie.

Po raz kolejny trafiliśmy na prowincję. Nieważne, wschód czy południe. Wszędzie flagi. Przed domem, na ganku, na werandzie, w oknach. I w rabatkach, o takie, malutkie. A obok geranium. Oni tu poważnie traktują Gwiaździsty Sztandar.

Po raz kolejny nie mogę wyjść ze zdumienia, jak bardzo tanio tu się można ubrać. Nawet przykładając ich ceny do naszych realiów.

Obsługa w większości miejsc jest tak wzorowa, że kilkunastokrotnie chciałem zostawić napiwek w sklepie.

Pierwsze najlepsze miejsce do zaparkowania kampera, to truck stop. Tylko pamiętajcie, że niektóre ciężarówki przez całą noc kotłują na silniku, więc ze spaniem może być kłopot. Ten problem znika całkowicie pod Walmartem, ale tam z kolei nie ma prysznica. Za to gud bargan pod nosem. Więc polecam raz tu, raz tu.

Widzimy się w ostatnim, krótkim wpisie podsumowującym wyjazd.

The-Faculty-poster
Poprzedni

Oni - nie straszny, ale dowcipny [recenzja]

Akurat
Następny

Zabójcza sprawiedliwość - oryginalne science fiction [recenzja]

Radek Teklak

Radek Teklak

Do niedawna analizowałem w korporacji. Od niedawna, ku mojemu zdziwieniu, przestałem i dobrze mi z tym. W wolnych godzinach, których ostatnio więcej, oddaję się pielęgnacji roślin, lekturze i pisaniu dla ludzi.
W dalszym ciągu uważam, że najfajniej jest jak są kobiety, zimne piwo i nie za głośna muzyka.
Lubię mówić długo i bez przerwy.

1 Comment

  1. BioBuster
    2015-10-19 at 12:31 — Odpowiedz

    Dzięki za świetną relację.

Dodaj komentarz