Dreamworks
18 Lut 2015

„Gladiator”, czyli Gladiator

Rok 2000. Z Gladiatorem wychodzimy z „Gladiatora” i mamy niezłą bekę z tego, cośmy tam zobaczyli. Ulicą Tomasza w stronę Plant niesie się barbarzyński rechot Gladiatora. Prześcigamy się w wynajdywaniu nieścisłości. Marek Aureliusz prędzej zżarłby zwoje ze swoimi „Rozmyślaniami”, niż przywrócił demokrację w swoim państwie. Cesarz Kommodus owszem, miał nie po kolei w głowie, lecz nie zamordował tatuśka, zmarł zaś po pijaku, uduszony przez wyzwoleńca, a nie na arenie. Gladiator dusi papierosa pod butem i zastanawia się, czy Ridley Scott zdołałby wymyślić durniejsze imię niż Maximus. Nieco później, w monopolu, dochodzimy do wspólnej konkluzji – film jest po prostu niedorzeczny, a to, co najlepsze ujawniło się w pierwszej sekwencji. Mowa

Łukasz Orbitowski 0