Gry i... 

Boss Monster – retro karcianka o obronie przed Dobrem [recenzja]

Wydawnictwo Trefl zaoferowało niedawno nie lada gratkę dla miłośników oldskulowych gier komputerowych, z tą różnicą, że w rozgrywce gramy… kartami. Niedorzeczny z pozoru pomysł nie jest bez precedensu, wystarczy wspomnieć recenzowane przez nas „Waleczne Piksele”. „Boss Monster” również nie zawodzi.

Twórcami gry są dwaj bracia Chris i Johnny O’Neal. Swój genialny pomysł oparli na akcji crowfoundingowej i już w ciągu trzydziestu dni przedsprzedaży zebrali dwieście piętnaście tysięcy dolarów, podczas gdy planowali uzyskać… dwanaście tysięcy. Fenomen potwierdza fakt, że od premiery w lipcu 2013 roku w samym USA do tej pory sprzedano ponad 30 000 kopii tej gry. Cóż jest w niej tak wyjątkowego?

Tytuł nawiązuje do kultowego „Dungeon Lorda” i najprościej rzecz ujmując, jest to wariacja na temat osławionego „Dungeon Keepera”. Mamy więc do dyspozycji lochy, które musimy obronić przed pożądającymi naszych skarbów śmiałkami. W odróżnieniu od wspomnianej wcześniej planszówki, „Boss Monster” jest znacznie mniej skomplikowany, a przez to bardziej grywalny i przyjemny w odbiorze. Rozgrywkę zaczynamy od wylosowania jednego z tytułowych bossów. Do wyboru jest m.in. Król Ropuch (Sułtan rynsztoków), Bałamutia (Magini cielesnego powabu), Robobo (Golem-demolka) czy Cerebellus (Mózg wszystkich mózgów). Każdy z bossów jest inny, posiada osobiste przymioty pozwalające w odmienny sposób pokierować rozgrywką. Naszym zadaniem jest eliminacja bohaterów. Zwycięstwo zapewnia nam dziesięć „upolowanych” dusz nieszczęśników, którzy nie byli w stanie przedrzeć się przez przygotowane przez nas komnaty. Od tego jak rozbudujemy lochy, zależy kogo uda nam się zwabić, a co ważniejsze, czy zdołamy odpowiednio przygotować pułapki i zaklęcia, by samemu nie stać się ofiarą. Oczywiście, równolegle to samo czynią inni gracze, tak więc musimy mieć baczenie nie tylko na rozbieganych bohaterów, ale i na innych „bossów”, czas ma tu bowiem niebagatelne znaczenie.

Krótko mówiąc, rewelacyjna gratka dla fanów retro. Jedyną jej wadą jest zbyt duża losowość, ale czy gry na automatach były wobec nas kiedykolwiek uczciwe?

Rozgrywka jest bardzo intuicyjna, a zawarte w instrukcji zasady nad wyraz jasne. Wszystko sprowadza się naszej aktywności podczas rundy, która dzieli się na kilka faz. Na początku w mieście pojawia się dwóch bohaterów, których możemy przyciągnąć stosownymi skarbami skrytymi w naszych lochach. Wojownik pójdzie tam, gdzie jest więcej broni (symbolizowanej przez miecz), kapłana skusi relikwia, mag zainteresuje się księgą, a złodziej sakwą złota. Wówczas następuje faza budowy, w której możemy dostawić karty przedstawiające kolejne komnaty naszych lochów. Dzielą się one na zawierające potwory lub pułapki, wypaśne albo zwykłe. Zależnie od ich właściwości mogą one odebrać od zera do pięciu punktów obrażeń. Trzeba to mieć na uwadze podczas budowy, bowiem o ile zwykli bohaterowie mają ledwie cztery punkty życia, to nie brakuje i silniejszych, w tym legendarnych oznaczonymi trzynastką jako liczbą zdrowia. Heros, który przedrze się przez komnaty i dotrze do leża naszego bossa zadaje mu jedną ranę. Wystarczy pięć i odpadamy definitywnie z gry. Ostatnia faza to etap przygód, w którym bohaterowie przemieszczają się przez podziemia, a my możemy dokuczać im za pomocą zaklęć, względnie dzięki magi pomieszać szyki naszym przeciwnikom. Ten etap zamyka rundę, po której liczone są punkty. I tak aż do momentu, gdy ktoś zdobędzie 10 dusz lub straci życie.

Proste zasady gwarantują dynamiczną rozgrywkę, która nawet czterem graczom nie zajmie więcej niż pół godziny. To świetna karcianka, ale jej magia i czar tkwi jeszcze głębiej. Całość odnosi się do kultowych gier komputerowych, które królowały na przełomie lat 80-tych i 90-tych ubiegłego wieku. Stylizowana na pikselową grafika, zabawne postacie (z których każda obdarzona jest imieniem i cechami nawiązującymi do popkultury oraz puszczającymi oko do wytrawnych graczy), a wszystko to na pięknych 155 kartach i umieszczonych w pudełku stylizowanym na opakowania z pierwszych gier na NES’a. Krótko mówiąc, rewelacyjna gratka dla fanów retro. Jedyną jej wadą jest zbyt duża losowość, ale czy gry na automatach były wobec nas kiedykolwiek uczciwe?

nocny kochanek hewi metal
Poprzedni

Hewi metal - Nasz własny Spinal Tap [recenzja]

foto: Andrzej Bołdaniuk
Następny

Patryk Vega - Nie interesuje mnie pokazywanie bajek [wywiad]

Łukasz Radecki

Łukasz Radecki

Pisarz, nauczyciel, poeta, muzyk, redaktor, publicysta. Autor zbiorów opowiadań - "Kraina bez powrotu: Opowieści Niesamowite" (2009), "Horror klasy B" (2015), oraz cyklu „Bóg Horror Ojczyzna” (do tej pory dwa tomy: „Złego początki” i „Wszystko spłonie”) (2013). Wraz z Kazimierzem Kyrczem Jr wydał zbiór "Lek na lęk" (2011), z Robertem Cichowlasem zaś „Pradawne zło” (2014) oraz powieści "Miasteczko" (2015) i "Zombie.pl" (2016). Muzyk zespołów ACRYBIA, DAMAGE CASE i WILCY. Prowadzi własny blog literacki, stale pisze dla Horror Online, Grabarza Polskiego, Atmospheric Magazine i Dzikiej Bandy. Szczęśliwy mąż, ojciec dwójki dzieci.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz