Gry i... 

Czarodziejski flet – wyjątkowo oryginalna łamigłówka [recenzja]

Okazuje się, że gry mobilne też mogą być bastionem kreatywności i oryginalności. Czasem wychodzi to lepiej, czasem gorzej, ale co najważniejsze – próbują i nie idą na łatwiznę. Tak jak „Czarodziejski flet” od LabLike.

Polskie studio niezależne postanowiło zrobić coś nietuzinkowego – grę opartą o słynną operę Mozzarta. Konkretnie o najnowszą interpretację od Amona Miyamoto. Twórcy z LabLike wspierali artystę przy tworzeniu oprawy multimedialnej dzieła – a jako efekt uboczny ich prac powstała niniejsza gra.

„Czarodziejski flet” powiela fabułę nowej wersji widowiska i mocno nawiązuje do pomysłów Miyamoto – programiści wykorzystali zresztą część grafik Japończyka. Gra opowiada o księciu Tamino, który przez trzydzieści poziomów poszukuje ukochanej. Historię wzbogaca obecność narratora. Daleko mu do tego z chociażby „Bastionu” – ale i tak dobrze mieć głos, który prowadzi nas przez dziwny, nieprzyjazny świat, pełen stworów i zagadek. Zwłaszcza, że tenże głos podłożono mu bardzo dobrze.

„Czarodziejski flet” to mała, odrobinę niedoskonała gierka, która jednak potrafi zrobić wielkie wrażenie pomysłem i wciągnąć na długo.

Produkcja LabLike to gra logiczna na urządzenia mobilne uzbrojone w Androida lub iOS. Bohater pokonuje kolejne lokacje, rozwiązując zagadki przestrzenne. Zazwyczaj polegają na przesuwaniu elementów planszy – najpierw tylko kafelków podłogi. Trudność łamigłówek stopniowo jednak rośnie. Dochodzą kolejne kawałki, drabinki, tworzące piętra skrzynie. O ile pierwsze etapy przechodzi się dosyć płynnie i na zachętę – o tyle z czasem pojawiają się poziomy, które mogą nas przytrzymać przez dłuższą chwilę – i będą wymagały kolejnych podejść oraz ruszenia głową. „Czarodziejski flet” zaskakuje bowiem nie tylko pomysłem, ale i złożonością zagadek. Dla niektórych mogą być przegięte, ale jeśli ktoś znudził się sztampowymi puzzlami, to właśnie trafił pod właściwy adres.

Problem stanowi jednak sterowanie. Na przeciętnym iPhonie/Smartphonie gracz mocno się natrudzi, nim obróci kamerę w pożądanym kierunku. Bywało, że ekran w ogóle nie reagował na tę komendę. Parę razy postać nie ruszyła tam, gdzie powinna. Jest to o tyle poważny problem, że często od jednego ruchu zależy ukończenie etapu.

Gra jest muzyczna i artystyczna aż do ostatniego piksela. Wszystko, każdy ornament i element menu, jest tu jakoś powiązane z muzyką, każdej akcji towarzyszą operowe brzmienia, jej tempo i poczucie rozmachu. O ile w trakcie gry melodie bardzo ładnie podkreślają rytm wydarzeń, o tyle dżingle w menusach i podczas podsumowania poziomu mogą doprowadzić do szału. Brzmią jakoś nahalnie, gdy słyszymy je z małych głośniczków urządzeń mobilnych. Charakter gry stwarza jeszcze jeden problem. Umilanie sobie zajęć wymagających względnej ciszy i dyskrecji jest w tym wypadku zwyczajnie pozbawione sensu. Wiem, że to nie wina gry – ale wszyscy wiemy, po co takie małe produkcje powstają. Mają nam umilić poczekalnię, przejazd autobusem, nudną lekcję i martwą godzinę za ladą lub barem. Tymczasem tutaj musielibyśmy odciąć się od ważnego elementu produkcji. Bez muzyki – traci część unikatowego charakteru.

Koniec końców „Czarodziejski flet” to mała, odrobinę niedoskonała gierka, która jednak potrafi zrobić wielkie wrażenie pomysłem i wciągnąć na długo. Warto wydać trochę drobnych na produkcję LabLike.

Monolith
Poprzedni

Momentum - teoria filmowego chaosu [recenzja]

Ipecac
Następny

Houston - narodziny Dark Marka [recenzja]

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który raz nie może usiedzieć w miejscu, a kiedy indziej zaszywa się w swojej pieczarze. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wyżywanie się na macie, jak i wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, a czasem nawet i w otchłań studiów. Opublikował parę tekstów tu i tam, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych. Od 2014 regularnie publikuje w Dzikiej Bandzie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz