Gry i... 

Earthcore: Shattered Elements – najpiękniejsze papier – nożyce – kamień [recenzja]

Na rynku pojawiła się kolejna kolekcjonerska karcianka, tym razem od polskiego studia Tequilla Games. „Earthcore: Shattered Elements” zadebiutowało parę miesięcy temu na iOS, ale dopiero niedawno wylądowało na urządzeniach z Androidem. Czy warto sięgnąć po kolejną grę karcianą, kiedy pod ręką mamy takich gigantów jak „Hearthstone” czy „Duel of Champions”?

„Earthcore” odbiega od typowego modelu rozgrywki i klasycznych mechanik stosowanych u konkurencji. Wartości jednostek nie przelicza się na atak i obronę. Wszystko zależy od tego, do jakiego żywiołu dana karta jest przypisana. W grze mamy trzy: ziemię, wodę i ogień. Działają na siebie tak, jak w papier-nożyce kamień: ziemia wchłania wodę, woda gasi ogień, ogień pali ziemię. Do tego dochodzą rozmaite bonusy wynikające z właściwości jednostek. Na deck składa się dwadzieścia pięć kart. Dodatkowo wybieramy jedną z profesji naszej postaci – wojownika, łotrzyka lub maga, co przekłada się na konkretne bonusy i wymaga odpowiedniego doboru strategii. Sama rozgrywka przebiega następująco. Gracze losują po cztery karty i na przemian kładą po jednej z nich naprzeciw siebie. Plansza składa się z trzech slotów, a jednostki ustawiamy tak, by niszczyły żywioł przeciwnika. Na każdej karcie widnieje poziom ryzyka – jeśli postać przegrywa starcie, gracz traci tyle puntów życia. Jeśli po wyłożeniu trzech kart, obaj dalej żyją, zabawa zaczyna się od nowa, aż któryś z przeciwników zejdzie do zera.

Rozgrywka jest szybka, prosta i dynamiczna. Każde rozdanie trwa po parę minut i sprawia masę satysfakcji. Zachwyca ogrom kart z unikatowymi właściwościami umożliwiający budowanie przeróżnych decków. Obok potworów występują także karty bohaterów, których można szkolić tak, by dysponowali nawet trzema zdolnościami – kosztuje to jednak sporo czasu i zbierania stworków, które potem trzeba poświęcić.

Gra jest śliczna, prosta i wciągająca. Stwarza spore możliwości, nawet jeśli część z nich może czasem zniwelować los. Świetnie sprawdzi się jako pozycja dla początkujących miłośników karcianek.

Pewien problem stanowi losowość. Ze względu na system żywiołów i raptem cztery karty w każdej rundzie nie poszalejemy ze zbyt złożoną strategią, w dodatku trzeba liczyć na spory łut szczęścia przy tasowaniu. Może to odrzucić graczy, którzy uwielbiają tworzyć wielopiętrowe, spektakularne combosy. Z drugiej strony – sytuacja stwarza dodatkowy dreszczyk emocji.

Swoistym novum jest spójny tryb fabularny. Idea przygód z „Hearthstone’a” została tu rozwinięta do pełnej kampanii podzielonej na pięć rozdziałów, podzielonych na potyczki. Każde zwycięstwo odsłania kolejny etap historii i gwarantuje nagrody w postaci złota i kart. Scenariusz nie zasługuje może na Nobla, ale trzyma poziom i został całkiem sprawnie poprowadzony. Oczywiście, nikt nie wybiega tu poza ramy wyznaczone przez schematy fantasy, ale odpowiednia otoczka stanowi miłą odmianę i zastępuje bogate lore, jakim może się poszczycić np.  produkcja Blizzarda.

Nawet kampania wymaga jednak połączenia z internetem.

Oczywiście, esencją karcianki Polaków są starcia z innymi graczami. Dostarczają ogromnych emocji, zaś dobrze złożony deck daje satysfakcję, nawet mimo wspomnianej losowości. Na spragnionych wyróżnień czeka tryb rankingowy rodem z „League of Legends” – z podziałem na rangi (brąz, srebro, złoto, platyna itd.) i dywizje

„Earthcore” wyszło w formule free to play. Pobieramy grę za darmo, ale w trakcie rozgrywki możemy natknąć się na mikropłatności. Twórcy z Tequilla Games poszli jednak śladem Blizzarda oraz Riot Games. Pieniądze przyspieszą pewne procesy, jak trening bohaterów, ale nie wygrają za nas gry. Boostery (paczki z kartami) możemy kupować zarówno za prawdziwą gotówkę, jak i za złoto gromadzone w trakcie gry. Tylko cierpliwe składanie decków, taktyka i łut szczęścia zapewnią zwycięstwo.

Gra rusza spokojnie nawet na telefonach bardzo średniej klasy, jednak trzeba się liczyć z częstym ładowaniem baterii. „Earthcore” to straszliwie energożerna aplikacja. Nic dziwnego – dzieło Tequilla Games niszczy system w warstwie estetycznej i stanowi pod tym kątem silną konkurencję wobec konkurentów z Zachodu. Wszystkie ekrany, menu i plansze opracowano z dbałością o szczegóły. Grafiki zawarte na kartach po prostu zachwycają – jeśli tylko macie odpowiednio duży ekran, by się im przyjrzeć. Wrocławianie zebrali naprawdę zdolnych artystów i już choćby dla samych obrazków chce się odblokowywać kolejne boostery.

Gra ma swoje wady, ale jest śliczna, prosta i wciągająca. Stwarza spore możliwości, nawet jeśli część z nich może czasem zniwelować los. Świetnie sprawdzi się jako pozycja dla początkujących miłośników karcianek. I last but not least – w polskiej wersji mówi do nas głosem Piotra Fronczewskiego.

How cool is that?

Grę można pobrać tutaj: iOS / Android

In Rock
Poprzedni

Motörhead w studio - O Motörhead inaczej niż zwykle [recenzja]

Egmont
Następny

Batman. Mroczny Rycerz #2: Spirala przemocy - słabo napisany, niechlujnie narysowany [recenzja] [komiks]

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który raz nie może usiedzieć w miejscu, a kiedy indziej zaszywa się w swojej pieczarze. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wyżywanie się na macie, jak i wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, a czasem nawet i w otchłań studiów. Opublikował parę tekstów tu i tam, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych. Od 2014 regularnie publikuje w Dzikiej Bandzie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz