Gry i... 

Firewatch – wirtualna natura piękniejsza, niż kiedykolwiek [recenzja]

Niewiele gier ma tak tajemniczą kampanię marketingową jak „Firewatch”. Materiałów jakie dozowali twórcy było tyle, co kot napłakał – raptem kilka malowniczych zdjęć i króciutkich trailerów, oraz jeden siedemnastominutowy gameplay, który jako jedyny budował pewne wyobrażenie o tym, w jakim kierunku będzie toczyła się rozgrywka.

W grze wcielamy się w Henry’ego, pełniącego dorywczo funkcję strażnika leśnego w jednym z parków krajobrazowych w amerykańskim Wyoming. Łono natury zdaje się być perfekcyjnym miejscem by pewne problemy przemyśleć i podjąć próbę dalszego poukładania życiowej ścieżki. Bo czterdziestoletni mężczyzna, jak dowiadujemy się z ustawiającego ton rozgrywki tekstowego prologu, właśnie na życiowym zakręcie się znajduje.

Po krótkim wstępie trafiamy wraz z bohaterem na wieżę strażniczą i w taki sposób poznajemy Delilah, kobietę, która z czasem stanie się dla Henry’ego kimś więcej, niż  tylko płynącym z krótkofalówki głosem zlecającej nam kolejne zadania przełożonej.

„Firewatch” jest debiutancką produkcją zespołu programistów z Campo Santo – sami autorzy, to jednak doświadczona ekipa byłych pracowników między innymi specjalizującego się w przygotówkach Telltale Games.

Historia jakiej stajemy się świadkami w „Firewatch”, jest  zdecydowanie bardziej kameralna w swojej wymowie, niż wielu z nas mogłoby oczekiwać.

Gra reprezentuje niezwykle popularny ostatnimi czasy gatunek „symulatorów chodzenia”. Jeśli więc mieliście styczność choćby z rodzimym „Zniknięciem Ethana Cartera”, poczujecie się jak w domu. W praktyce taka przynależność gatunkowa oznacza tyle, że poza odkrywaniem kolejnych fabularnych sekretów i eksploracją terenu, wiele więcej do roboty tu nie będzie. Wycinek świata jaki dostajemy do zwiedzania, trudno nazwać zresztą nazwać szczególnie rozległym – początkowo drogę do pewnych partii blokują nam a to zarośla nie do przebrnięcia, a to strome urwiska, po których nie zejdziemy, dopóki nie uda nam się znaleźć odpowiedniego osprzętu.

Tym większa szkoda, że przy takich założeniach, twórcy nie zdecydowali się na urozmaicenie rozgrywki choćby prostymi zadaniami logicznymi. Największą atrakcją gry pozostaje zatem śledzenie rozwoju relacji Henry’ego i Delilah, na które mamy częściowy (choć raczej pozorny) wpływ, mogąc wybierać różne opcje dialogowe w konwersacjach między bohaterami. Całe szczęście jednak te, stanowiące oś fabuły, są zrealizowane po mistrzowsku.

Voice acting to pełen profesjonalizm. Przyznam szczerze, że tylko SOMA zrobiła na mnie do tej pory porównywalne wrażenie. Aktorzy wypowiadają swoje kwestie niezwykle naturalnie, a ostre jak brzytwa wymiany zdań niejednokrotnie wywołują tu mimowolny uśmiech na twarzy. Wielka w tym zasługa również samych postaci, które napisane są z pomysłem, sprawiając wrażenie ludzi z krwi i kości. A rozmawiać nasi bohaterowie będą mieli o czym, bo wydarzenia jakich staną się świadkami, wykroczą daleko poza codzienną rutynę.

Fabuła to zresztą danie główne i zarazem najbardziej kontrowersyjne z całego zestawu. Enigmatyczne materiały jakie przed premierą udostępniali twórcy, zdawały się za każdym razem sugerować, że pod sielską oprawą produkcji kryje się znacznie mroczniejsza tajemnica, skutecznie rozpalając wyobraźnię growej braci.

I o ile pierwsza połowa gry zdaje się te przypuszczenia potwierdzać, a klimat gęstnieje z minuty na minutę, tak kiedy po pięciu godzinach gry produkcja Campo Santo finalnie zalicza fabularną woltę, pozostaje uczucie niedosytu. Historia jakiej stajemy się świadkami, jest tu bowiem zdecydowanie bardziej kameralna w swojej wymowie. Nie znaczy to, że słaba czy mniej dojrzała – ale zdecydowanie inna niż można było oczekiwać, przez co „Firewatch” może dla wielu stać się poniekąd ofiarą własnej kampanii marketingowej.

Wątpliwości nie może wzbudzać za to warstwa techniczna. „Firewatch” wygląda miejscami wręcz obłędnie. Nie jest to co prawda fotorealizm porównywalny ze zwiastunami nadchodzącego  Deus Exa, ale już sam styl oprawy graficznej budzi podziw. Wszystko, poprzez grę świateł i cieni, nasycone pomarańczem kolory, czy umiejętnie wykorzystany cel-shading sprawia, że grafika nie zestarzeje się przez długie lata.  Nic dziwnego przy tym, że w trakcie rozgrywki zostajemy wyposażeni w aparat, którym możemy strzelić fotki co urokliwszym widokom.

Udźwiękowienie to również najwyższa półka. Pomijając znakomite dialogi, także wszelkie odgłosy fauny i flory oraz nastrojowa muzyka – wraz z grafiką tworzą klimat rodem z baśniowej krainy. Już dla samych doznań audiowizualnych, warto się „Firewatch” zainteresować.

Przy całym tym technologicznym majestacie, nie można mieć zastrzeżeń do stabilności działania. Dość powiedzieć, że na moim niekoniecznie pierwszej młodości GeForce 560Ti wszystko odpaliło się w wysokich detalach, nie uświadczyłem również spadków płynności w trakcie gry.

„Firewatch” to niewątpliwie interesująca, przepiękna produkcja, która fabularnie – mimo wszystko – nie dorasta do rangi oczekiwań. Wciąż warto poświęcić jej kilka godzin z życia, pod warunkiem jednak, że wszelkie wyobrażenia co do kształtu historii odłożymy na bok i pozwolimy wciągnąć się w magiczny klimat lasów Wyoming.

Hand with scissors cutting book
Poprzedni

Wspaniałe życie - odrzuty z powieści

Huffington Post
Następny

Prashant Nair - wszystko przez Twittera [wywiad]

Maciej Bachorski

Maciej Bachorski

Urodzony w 1987 roku w Środzie Wielkopolskiej. Z wykształcenia magister Administracji, choć zawodowo związany z branżą logistyczną. Z usposobienia choleryk-melancholik. Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i miodowego Jacka Danielsa. Pisze od 2011 roku, głównie opowiadania z szeroko pojętego nurtu fantastyki i publicystykę.

Publikował w "Nowej Fantastyce", a także w serwisach "Horror Online", "Szortal" (audiobook "Reguła Rothmana"), "Niedobre Literki" i "film.org.pl". Kilkukrotnie wyróżniony w konkursach na opowiadania organizowanych przez portal "Nowej Fantastyki". Z "Dziką Bandą" związany od października 2015 roku.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz