Gry i... 

Hobbit: Wyprawa po skarb – walka o złoto [recenzja]

Świat Śródziemia od zawsze przykuwa uwagę wszystkich fanów szeroko pojętej fantasy, a dzięki ekranizacjom Petera Jacksona stał się wręcz marką, na bazie której powstają wszelkiego rodzaju gadżety i gry. Spośród wielu tytułów na szczególną uwagę zasługuje karcianka FoxGames: Hobbit Wyprawa po skarb.

Nazwać produkt autorstwa Rüdigera Dorna (odpowiedzialnego m.in. za „Merlin & Co”, „Space Walk”) karcianką to spore uproszczenie, bo choć mamy do czynienia z 49 kartami (24 dla graczy, 24 z wrogami i jedna z Jedynym Pierścieniem), to całość rozgrywa się na niewielkiej planszy (podobieństwo do Dornowskiego „Dragonheart” nieprzypadkowe), a najważniejsze w całej rozgrywce jest 45 kolorowych kryształków imitujących klejnoty (wszak wybieramy się po skarb).

Bardziej obeznani gracze mogą kręcić nosem na zbyt dużą losowość, ale dla dzieci jest to świetny tytuł wprowadzający w zarówno w świat Tolkiena, jak i gier karcianych

Cała rozgrywka skupia się w gruncie rzeczy na eliminacji kolejnych wrogów, podzielonych na cztery grupy. Pierwsza to orkowie pod dowództwem Golluma, druga – pająki z nadzorującymi je elfami, trzecia to Smaug (i jego wcielenia), wreszcie finałowa – znów orki i dowodzący nimi Bolg. Dwaj gracze wspólnie walczą z przeciwnikiem, a zwycięża ten, który pokona ich najwięcej (a dzięki temu zdobędzie największą ilość punktów). Jak widać, od razu rzucają się w oczy dwie kwestie. Gra jedynie korzysta z tytułu i postaci przynależnych filmowi, z książką rozmijając się niemal całkowicie. Tym samym, zwolennicy Tolkiena zaczną kręcić nosem, dopóki nie uświadomią sobie jednego – ta gra jest skierowana do bardzo młodych graczy, którzy najprawdopodobniej nie spotkali się ani z oryginałem, ani z jego adaptacją. I tutaj tytuł świetnie się sprawdza w roli wprowadzenia w świat Śródziemia dla tych, którzy dotąd nie mieli z nim nic wspólnego. Sprawdziłem to zresztą na dzieciach zarówno własnych, jak i tych, które uczęszczają na prowadzone przeze mnie zajęcia i muszę przyznać, że gra okazała się nie tylko jedną z najbardziej rozchwytywanych i najczęściej używanych, ale również sprawiła, że kilka osób zainteresowało się tematem i zaczęło zgłębiać świat Tolkiena. Dlatego – puryści od Tolkiena i poważnych, skomplikowanych gier – przed sięgnięciem po ten tytuł przytoczcie sobie słowa Hudsuckera Proxy:  „to jest, wiecie, dla dzieci!”.

Zasady są bardzo proste, sprowadzają się bowiem do zagrywania trzymanych na ręku kart i losowaniu kolejnych kryształków z przepastnego czarnego worka. Gracz losuje z 12 kart cztery na rękę i w swojej turze zagrywa jedną z nich. Każda z nich jest inna (ozdobiona klimatycznymi ilustracjami Tomasza Jędruszka) i przedstawia jednego z bohaterów Hobbita. Każda z nich też ma inne właściwości. Jedne są podstawowe – pozwalają pobrać daną ilość klejnotów, drugie specjalne – ich wykorzystanie jest możliwe tylko przy odpowiednich warunkach. Wylosowane klejnoty możemy, czy raczej musimy, wykorzystać przeciwko przeciwnikom. Są oni oznaczeni stosownymi rysunkami kryształów i, na ten przykład, wiemy, że by pokonać jednego orka potrzebujemy dwóch niebieskich lub czerwonych kamyczków. Im trudniejsza runda, tym więcej różnorodnych klejnotów potrzebujemy, a nie sposób wpłynąć na wynik losowania, tym bardziej, że niebieskich jest zatrzęsienie, podczas gdy zielone tylko trzy. Czyni to grę wyjątkową i przyjazną dla młodszych graczy (nawet znacznie poniżej wyznaczonego przez wydawcę wieku), bo po pierwsze zawarta w niej przemoc (w końcu walczymy z potworami) jest bardzo umowna (pokonujemy ich dając im klejnoty), po drugie brak tu wrogiej interakcji między graczami, wreszcie po trzecie, całość opiera się głównie na losowości i jedyne sytuacje, kiedy musimy coś pokombinować, to w momencie, gdy decydujemy, którą z trzymanych w dłoni kart mamy zagrać najpierw. Nie ma możliwości przetrzymania kamyczków i uzbierania ich na silniejszego i lepiej punktowanego przeciwnika, trzeba je zagrać w momencie gdy tylko mamy stosowny układ. Sprawia to, że gra jest sprawiedliwa dla graczy w każdym wieku i na każdym poziomie zaawansowania. Oczywiście, powtórzę, bardziej obeznani gracze mogą kręcić nosem na zbyt dużą losowość, ale dla dzieci jest to świetny tytuł wprowadzający w zarówno w świat Tolkiena, jak i gier karcianych (a poniekąd i planszowych). Świetne wykonanie,  cieszące oko klejnoty i oprawa czynią tą grę wyjątkową dla wszystkich dzieci i tych dorosłych, którzy chcą ze swymi pociechami spędzić choć pół godziny na nieco innej formie rozrywki.

What Else Films!?
Poprzedni

Yakuza Weapon - absurdalny japoński splatter [recenzja DVD]

Austin Book Club
Następny

Marta Guzowska: Dziesięć powieści mojego życia

Łukasz Radecki

Łukasz Radecki

Pisarz, nauczyciel, poeta, muzyk, redaktor, publicysta. Autor zbiorów opowiadań - "Kraina bez powrotu: Opowieści Niesamowite" (2009), "Horror klasy B" (2015), oraz cyklu „Bóg Horror Ojczyzna” (do tej pory dwa tomy: „Złego początki” i „Wszystko spłonie”) (2013). Wraz z Kazimierzem Kyrczem Jr wydał zbiór "Lek na lęk" (2011), z Robertem Cichowlasem zaś „Pradawne zło” (2014) oraz powieści "Miasteczko" (2015) i "Zombie.pl" (2016). Muzyk zespołów ACRYBIA, DAMAGE CASE i WILCY. Prowadzi własny blog literacki, stale pisze dla Horror Online, Grabarza Polskiego, Atmospheric Magazine i Dzikiej Bandy. Szczęśliwy mąż, ojciec dwójki dzieci.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz