Gry i... 

Layers of Fear – w paszczy szaleństwa [recenzja]

Polska już od kilku lat grami komputerowymi stoi. Takie produkcje jak Bulletstorm, Wiedźmin czy Dying Light skutecznie zbudowały naszą markę na świecie, jako twórców nietuzinkowych. Tym razem przyszedł czas na rasowy, iście psychodeliczny horror. I możemy być pewni, że Layers of Fear, bo to właśnie o świeżutkiej produkcji krakowskiego studia Bloober Team mowa, również wstydu za granicą nam nie przyniesie.

Przygodę rozpoczynamy w zasadzie bez fabularnego wprowadzenia, w pewną deszczową noc przekraczając próg wiktoriańskiej posiadłości. Zadanie jakiego już wkrótce będziemy zmuszeni się podjąć, wydaje się proste – musimy dokończyć malarskie magnum opus naszego bohatera. Bohatera nie do końca zdrowego na umyśle, należałoby dodać, co w połączeniu ze złowrogimi siłami jakie opanowały posesję, znacząco naszą pięciogodzinną wędrówkę po niej skomplikuje.

Skrzypiące deski, płaczliwe zawodzenia zawsze niepokojąco zbyt blisko nas, przemykające po ścianach upiorne cienie – a to jeszcze nie koniec asów w rękawie, jakie Layers of Fear ma do zaoferowania.

Fabuła w Layers of Fear to porządne spoiwo całej rozgrywki. Może nie rewolucyjne w swoim przekazie czy treści, wystarczające jednak, by przeć naprzód z ciekawości co też jeszcze z pokręconego umysłu bohatera mogli wycisnąć twórcy. Sam gameplay nie różni się przy tym zbytnio od największych tytułów na rynku grozy, pokroju „Outlasta”, czy produkcji Frictional Games. Lwią część czasu spędzimy zatem na eksploracji opuszczonych pomieszczeń i czytaniu pozostawionych tu i ówdzie, budujących tło fabularne notek. Rozwiążemy przy tym kilka prościutkich zagadek logicznych, ale przede wszystkim, będziemy się jednak bali.

Podstawę do oblewania się zimnym potem w Layers of Fear stanowią jumpscare’y i stwierdzić, że możemy spodziewać się ich dosłownie za każdym rogiem, byłoby w przypadku tej produkcji sporym niedopowiedzeniem. Szczególnie intensywna pod tym względem jest pierwsza połowa gry, kiedy dopiero uczymy się mechanizmów rozgrywki i nie do końca wiemy czego się po inwentarzu XIX-wiecznego domostwa spodziewać. Nie na każdego zadziała to z równą mocą, jednak co wrażliwsze osoby niechaj czują się ostrzeżone, bo taryfy ulgowej gra Bloober Team nie przewiduje.

Można oczywiście narzekać, że tego typu zagrywki to najbardziej prymitywny sposób wywoływania strachu i dobry horror powinien raczej stopniować napięcie niż rzucać nam okropieństwami w twarz, ale bądźmy szczerzy – na przestrzeni horrorowych dziejów nie wynaleziono sposobu, który w równie dobitny sposób podnosiłby ciśnienie. Tutaj jest podobnie – a że twórcy doskonale wiedzą czego się boimy, wykorzystują to bezlitośnie.

Wszelakie stuki, skrzypiące deski, płaczliwe zawodzenia zawsze niepokojąco zbyt blisko nas, przemykające gdzieś po ścianach cienie – wszystko to się tu znajdzie, a to jeszcze nie koniec asów w rękawie, jakie ma dla nas Layers of Fear. Mowa oczywiście o zmieniającym się w zasięgu naszego pola widzenia (a nawet bardziej poza nim) otoczeniu. Znaczy to mniej więcej tyle, że nigdy nie wiemy w jakie miejsce zostaniemy za chwilę skierowani – czasem wystarczy się zaledwie odwrócić, by uświadomić sobie, że drogi którą przyszliśmy już nie ma, a przed nami – w najbardziej optymistycznym z przypadków – wyrosła piękna ściana. Patent ten może i nie jest do końca pionierski, ale tak czy inaczej niesamowicie budujący atmosferę niepewności i paranoi.

Z pomocą w kreowaniu odpowiedniego nastroju przychodzi również oprawa audiowizualna. Muzyka i dźwięk to po prostu majstersztyk, jakiego wymagałbym od każdego horroru. Z jednej strony mamy kojący, melancholijny motyw główny jaki zasłyszymy już w menu głównym, z drugiej – wszelakie odgłosy otoczenia, które w szczególności na słuchawkach sprawiają, że pod pachami dosłownie robi się mokro. Grafiki z kolei przełomową nazwać nie można, ale silnik Unity naprawdę daje radę – otoczenie jest szczegółowe, wszelkie zabawy z migającym w najmniej odpowiednich momentach oświetleniem, upiorne transformacje i pokręcone wizje naprzemiennie niepokoją i powodują małe opady szczęki dokładnie tak, jak to sobie krakowianie obmyślili.

Czy Layers of Fear rzeczywiście będzie najlepszym straszakiem roku? Na daleko idące wnioski jest jeszcze za wcześnie, ale z pewnością dzieło krakowskiego studia już teraz zgłasza silną kandydaturę. Nie zamierzam owijać w bawełnę – jeśli macie ochotę na nocną przechadzkę po opuszczonym domu i nie boicie się stawić czoła okropieństwom szalonego umysłu – bierzcie bez wahania, bo to do poziomu tej gry będą odnosić się pozostałe tegoroczne horrory.

miami vice
Poprzedni

Miami Vice – serialowa rewolucja, której nie zauważyliśmy

MAG
Następny

Skrzydła ognia #1. Smocze proroctwo - bezlitosne walki smoków... dla dzieci [recenzja]

Maciej Bachorski

Maciej Bachorski

Urodzony w 1987 roku w Środzie Wielkopolskiej. Z wykształcenia magister Administracji, choć zawodowo związany z branżą logistyczną. Z usposobienia choleryk-melancholik. Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i miodowego Jacka Danielsa. Pisze od 2011 roku, głównie opowiadania z szeroko pojętego nurtu fantastyki i publicystykę.

Publikował w "Nowej Fantastyce", a także w serwisach "Horror Online", "Szortal" (audiobook "Reguła Rothmana"), "Niedobre Literki" i "film.org.pl". Kilkukrotnie wyróżniony w konkursach na opowiadania organizowanych przez portal "Nowej Fantastyki". Z "Dziką Bandą" związany od października 2015 roku.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz