Gry i... 

Metropolia – na długie godziny dla całej rodziny [recenzja]

Japończycy są mistrzami, jeśli chodzi o wymyślanie i tworzenie gier, nie tylko komputerowych. Wynika to z ich wieloletniej (wielotysięcznej?) tradycji. Nic więc dziwnego, że wydana w cyklu „Gry Japońskie” karcianka „Metropolia” jest po prostu znakomita.

Gra autorstwa Masao Suganumy to propozycja dla młodszych graczy, w którą z powodzeniem mogą grać i dorośli, a celem jest ekonomiczny rozwój fikcyjnego miasta. Każdy z uczestników jest burmistrzem i przy pomocy skromnych środków finansowych musi podjąć sensowne inwestycje, które podniosą poziom życia i zarobków w mieście, co z kolei przełoży się na możliwość zakupienia nieruchomości specjalnych: Dworca Kolejowego, Centrum Handlowego, Parku Rozrywki i Wieży Radiowej. W wersji „plus” dochodzi jeszcze Ratusz (jako karta startowa), Port i Lotnisko. Wybudowanie wszystkich nieruchomości specjalnych czyni miasto najbardziej prestiżowym, a jego burmistrz staje się zwycięzcą. Całość zajmuje około trzydziestu minut, ale zabawa przy tym jest porównywalna do emocji przy „Super Monopoly”, podobnie zresztą i tutaj dzieci uczą się liczyć, a wszyscy inwestować, rozsądnie dysponować majątkiem i sumiennie ściągając należności od podatników i dłużników. Świetnie wykonane karty z przyjaznymi i kolorowymi rysunkami Noboru Hotty zwiększają jeszcze estetykę gry, którą po prostu bardzo przyjemnie jest rozłożyć na stole. Inna sprawa, że już przy trzech graczach na stole robi się tłoczno, a przy czterech brakuje miejsca. A może po prostu ja mam nieodpowiednie meble?

Całość zajmuje około trzydziestu minut, dzieci uczą się liczyć, a wszyscy inwestować, rozsądnie dysponować majątkiem i sumiennie ściągać należności od podatników i dłużników.

Do rzeczy jednak. W bardzo ładnie wykonanym pudełku znajdziemy 108 kart wersji podstawowej (z podziałem na 24 startowe i 84 pozostałe), 60 kartonowych monet o nominałach 1,5,10, oraz dwie drewniane kostki. Zawsze się tym zachwycam, ale fakt, że Fox Games w taki sposób wydaje gry, powoduje, że aż chce się po nie sięgać. W dodatkowym opakowaniu znajdziemy jeszcze wersje „Plus”, a w niej 68 dodatkowych kart (12 startowych i 64 pozostałe), które w późniejszych etapach mogą bardzo ciekawie urozmaicić rozgrywkę. Początkowo sugeruję jednak zacząć od wersji podstawowej. Każdy gracz na początku otrzymuje farmę i piekarnię, oraz trzy monety o nominale 1, a także cztery place budowy, na których będą miały stanąć budynki specjalne. Pozostałe karty zostają rozłożone przed graczami. Teraz za pomocą rzutów kością „burmistrz” będzie mógł zarabiać pieniądze (na przykład jeśli wyrzuci dwójkę, to piekarnia, oznaczona tą cyfrą, zapewnia mu kolejną monetę, ale daje też po jednej za farmę, także innym graczom). Wszystkie karty dzielą się bowiem na cztery rodzaje: zielone (zapewniają pieniądze tylko graczowi, który właśnie rzucał kością), niebieskie (dają pieniądze każdemu graczowi), fioletowe (burmistrz wyrzucający liczbę z karty tego koloru pobiera opłaty od innych graczy w swojej turze) i czerwone (przeciwnicy pobierają pieniądze od tego, kto właśnie rzucał kostką). Ponieważ karty są numerowane od 1 do 10 (a w rozszerzeniu do 14), wiele numerów powtarza się na kartach o różnych kolorach, tworzy to całą masę różnych dróg rozwoju i rozbudowy naszego miasta, co z kolei przekłada się na możliwości zarobkowe (wybudowanie takiej Wieży Radiowej to koszt 22 monet, a Lotniska 30). Trzeba się więc nakombinować, a zabawy jest niemało, szczególnie przy negatywnej interakcji, gdy czasem połowa naszego majątku wędruje do kieszeni rywali. Poza tym decyzje, w którą z budowli/kart zainwestować nasze drobne fundusze również dostarcza emocji. Czy iść drogą pewnych kart i na przykład kilka Sklepów (z których każdy daje 3 monety, o ile wyrzucimy czwórkę) zdając się przy tym na losowość, czy obkupić się wszystkimi kartami i mieć świadomość, że przy każdym rzucie coś zarobimy, choć w niewielkich ilościach.

Jeszcze więcej możliwości tworzy dodatek „Plus”, który ogranicza ilość rozkładanych kart, wymuszając na graczach więcej kombinowania, a przy tym znacznie zmieniając mechanikę rozgrywki. Nomen omen, to ogromy „Plus” dla wydawnictwa Fox Games, że w cenie jednej gry zafundował tak naprawdę dwie, pozwalające czerpać przyjemność z rozgrywki zarówno mniej jak i bardziej zorientowanym graczom. Fakt, że gra nie jest ukierunkowana gatunkowo, pozwala ją polecić każdej płci i graczom w każdym wieku, bo tak naprawdę, kto nigdy nie marzył o wybudowaniu swojego własnego, idealnego miasta? Wspaniała rozrywka dla wszystkich (tu nie ma czasu na nudę, nawet w trakcie ruchu rywala pilnujemy wyników), proste zasady, emocjonująca zabawa na długie godziny dla całej rodziny. Bo do tej gry po prostu chce się wracać. Spytajcie dzieci. Jedyny jej mankament, to miejsce do grania, którego wygospodarować trzeba dwa razy więcej niż do przeciętnej karcianki czy planszówki.

Kubusse
Poprzedni

Lady S #2: Na zdrowie, Suzie! - historia w starym stylu [recenzja]

Wydawnictwo Komiksowe
Następny

Ekspedycja. Bogowie z kosmosu - kawał historii polskiego komiksu [recenzja] [komiks] [sci-fi]

Łukasz Radecki

Łukasz Radecki

Pisarz, nauczyciel, poeta, muzyk, redaktor, publicysta. Autor zbiorów opowiadań - "Kraina bez powrotu: Opowieści Niesamowite" (2009), "Horror klasy B" (2015), oraz cyklu „Bóg Horror Ojczyzna” (do tej pory dwa tomy: „Złego początki” i „Wszystko spłonie”) (2013). Wraz z Kazimierzem Kyrczem Jr wydał zbiór "Lek na lęk" (2011), z Robertem Cichowlasem zaś „Pradawne zło” (2014) oraz powieści "Miasteczko" (2015) i "Zombie.pl" (2016). Muzyk zespołów ACRYBIA, DAMAGE CASE i WILCY. Prowadzi własny blog literacki, stale pisze dla Horror Online, Grabarza Polskiego, Atmospheric Magazine i Dzikiej Bandy. Szczęśliwy mąż, ojciec dwójki dzieci.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz