Gry i... KOMIKS 

Punk, tort, psy i twórczy chaos – 15 lat Kultury Gniewu [relacja]

Warszawa w ostatnią sobotę wyglądała ponuro, przez cały dzień deszcz padał niemal bez przerwy. Jedynym, co mogło wyciągnąć mnie z domu była urodzinowa impreza jednego z najważniejszych, polskich wydawnictw komiksowych, Kultury Gniewu.

Choć trochę ściemniam, nie jestem mocno imprezowym człowiekiem i trzeba mnie z domu normalnie końmi wyciągać. Tak naprawdę pokonałem lenia i ruszyłem w podróż dwoma tramwajami, bo na imprezie KG była możliwość odebrania „Krzesła w piekle” Krzysztofa Gawronkiewicza, przedpremierowego albumu, prezentującego bogaty dorobek tego wybitnego, polskiego rysownika. Na wydanie „Krzesła w piekle” KG zebrała na portalu wspieram.to prawie trzydzieści pięć tysięcy, co stanowi jak dotąd rekord crowdfundingowej zbiórki na komiks. Mam już ten album w domu, z autografem i rysunkiem autora, przejrzałem go chyba z dziesięć razy. Jest po prostu piękny. Ale też na swój sposób piękna była również urodzinowa impreza Kultury Gniewu na Puławskiej 37 w klubie ADA. Dlaczego? Bo to po prawdzie nie była żadna impreza, przynajmniej nie taka, z jaką w dzisiejszych czasach kojarzy się to słowo.  Nie było żadnego zadęcia. Były niby punkty programu, ale jakoś nikt specjalnie do nich wagi nie przywiązywał. Był twórczy chaos, dzieciaki, psy, tort dla każdego gościa i rysownicy zachowujący się jak dobrzy kumple, a nie gwiazdy komiksowej sceny. Było w sam raz, jak na wywodzące się z undergroundu wydawnictwo.

Przed wyjściem z domu popatrzyłem na półki z komiksami. Trochę tej Kultury Gniewu mam. Obok siebie stoją na przykład „Osiedle Swoboda” Śledzia, „Black Hole” Burnsa, „Kroniki Jerozolimskie” Delisle’a. Mam też dwa komiksy Daniela Clowesa, a trzeci – „Davida Boringa”, przyniosłem z imprezy. Przyniosłem też nowy komiks Jacka Świdzińskiego z rysunkiem i dedykacją od autora, postawię go obok „Zdarzenia 1908”, które parę miesięcy temu zdobyło nagrodę dla najlepszej popowej książki ubiegłego roku. Na półkach mam jeszcze wiele innych komiksów od KG, wśród nich dwa z mojej ścisłej czołówki, dwa, które uważam za absolutne arcydzieła komiksowe – „Trzy cienie” Pedrosy i „Pinokia” Winschlusa. Te piętnaście lat KG to również moja rocznica. Dokładnie piętnaście lat temu wróciłem bowiem po kilku latach rozbratu do regularnego czytania komiksów, przez co swojego czasu przykładowo zupełnie ominął mnie  fenomen TM-Semic. Czytałem wtedy dużo książek, w tym sporo ambitnej literatury. Trochę się wstydzę, ale muszę to powiedzieć. Nie miałem wówczas pojęcia, że komiks może być równie ambitny. W ciągu tych piętnastu lat kiedy KG wydawała kolejne  komiksy, ja na nowo pokochałem ponownie sztukę opowiadania słowem i obrazem, która dała mi tyle radości i wrażeń w latach młodzieńczych. Teraz bez komiksu nie wyobrażam sobie życia, tak jak nie wyobrażam sobie człowieka, który uważa się za znawcę kultury i nie czyta komiksów, lub co gorsze, ma do nich lekceważący stosunek. W ciągu ostatnich piętnastu lat lektura komiksów dała mi prawdopodobnie więcej estetycznych wrażeń niż lektura książek. Z czasem stałem się fanem, maniakiem i kolekcjonerem komiksów. I dobrze mi z tym.

Dobra, wróćmy do imprezy. W domu obczaiłem trasę, w google zrobiłem street view, zobaczyłem, że do klubu ADA skręca się tuż przy takim małym monopolowym, fajnie. Kiedy po czternastej byłem już na Puławskiej i szedłem sobie spacerkiem, minął mnie Krzysztof Gawronkiewicz. Koło monopolowego skręciłem w podwórko, wyglądające niczym jak z warszawskiej Pragi, albo z mojego rodzinnego miasteczka. Taka trochę rzeźnia, nieźle. Było tu też trochę fajnych plakatów zapowiadających koncerty nieznanych mi zespołów. Trochę grafiiti na ścianach. I trochę ciemno. Ale wcale nie gniewnie. Raczej kulturalnie, przyjacielsko i na pewno undergroundowo. I w ten właśnie sposób dotarłem na urodziny Kultury Gniewu.

W pierwszym, trochę ciemnym pomieszczeniu, na wielkiej, chyba pilśniowej płycie zobaczyłem  rozłożone komiksy, znaczy można kupować, przeglądać, były wśród nich wspomniane wyżej nowości Clowesa i Jacka Świdzińskiego. Samego Jacka wypatrzyłem przy drugiej z pilśniowych płyt, na krzesełku, mocno pochylonego, jakieś parę centymetrów nad swoim komiksem. Coś tam rysował. Godzinę później wciąż rysował, bo ludzie wciąż brali jego nowy tytuł i chcieli dedykację. Jacek podpisywał, rysował, rozmawiał, parę razy miał już skończyć, ale zawsze był kolejny chętny. Jacek ma cudownie minimalistyczną kreskę, a jego rysunki niektórzy „znawcy” określają jako bohomazy. Mówią, że pewnie nie umie normalnie rysować. No ja pier… za przeproszeniem, jakoś mało mnie obchodzi, czy on umie rysować jak Rosiński, czy nie, znajdźcie mi takiego rysownika, który za pomocą kilku kresek, które przeznacza na narysowanie postaci potrafi oddać cechy jej charakteru, a nawet całą osobowość. Hę? Jacek bawi się rysunkiem, bawi się słowami, trochę jak Mrożek, trochę jak Gombrowicz, fabuły są abstrakcyjne, w „Zdarzeniu 1908” pełne odniesień do literatury światowej, a jednocześnie, jak się z czasem okazuje, silnie osadzone gatunkowo i mimo minimalistycznej kreski – wyjątkowo epickie. Tak, tak, oto prawdziwie epickie bohomazy. Na którąś tam godzinę było zaplanowane półgodzinne spotkanie z Jackiem. Pewnie miała być jakaś pogadanka, ale Jacek siedział, podpisywał, rysował, rozmawiał. Zresztą nie tylko on.

Na głównej sali, przy stoliku obok okna siadł sobie Krzysztof Gawroniewicz. Gdzieś tam obok siedział i rysował Krzysztof Owedyk – na spotkanie z nim spóźniłem się, ale być może też nie było żadnej oficjalnej pogadanki. Nikt jakoś się tym specjalnie nie przejmował, bo tak właśnie chyba działała atmosfera tego miejsca. Sufit gdzieś wysoko. Stoliki, wielkie pufy, krzesełka z różnej parafii, sterty książek, sklecony prowizorycznie barek, słowem pełna siermiężność. Cudownie. Było jeszcze trochę dzieci, bo wcześniej odbyły się tu warsztaty z Tomaszem Samojlikiem. Był też pies, fajna biało-czarna psina, który pałętała się między krzesłami, między nogami, między komiksami. Nikt go nie przeganiał. Potem pojawił się drugi pies i oba co jakiś czas wszczynały radosne tańce między ludźmi, albo ganiały się, klucząc pod tymi pilśniowymi płytami. Normalnie jak sceny z jakiegoś komiksu. Zresztą przez ten czas spędzony na piętnastce KG, czułem się trochę jak poboczny bohater jakiego improwizowanego paradokumentu. W pewnym momencie pojawił się na blacie baru jubileuszowy tort. Była krótka przemowa, potem panowie z KG kroili i rozdawali kawałki tortu. Starczyło dla wszystkich. Nawet dla psa, który jak to pies, swoje wysępił. Chapał tort także Krzysztof Gawronkiewicz, cierpliwie, już chyba drugą godzinę podpisując komiksy. Rysunki miały być tylko na wybranych, solidnie wspartych egzemplarzach „Krzesła w piekle”, ale widziałem, że zaczęły się pojawiać również na innych komiksach, na „Achtung Zelig!”, czy na tym o Powstaniu. Ja mam rysunek w „Krześle w piekle”. Wykonanie go trwało trzy minuty i pięć sekund. Tak, mierzyliśmy czas. Trzy minuty, pięć sekund i nagle z dłuższych i krótszych kresek, z różnych maźnięć flamastrem wyłoniły się dwie postacie, drzewo, słońce, spacer. Coś pięknego.

Pojawił się też Śledziu. I zaraz znalazł się w otoczeniu dziewcząt. Zaczął rysować ludziom przy oknie, a dokładniej, na parapecie. Dopiero potem przeniósł się do wygodniejszego stolika, dziewczyny poszły za nim, chętni po wpis i rysunek również. Widziałem jak na „Strange Years” rysuje jakiegoś wypasionego potwora, takiego trochę dinozaura. W ogóle od niedawna tak mam, że mogę stać godzinami i patrzeć jak autorzy rysują. Kiedyś tylko szedłem po komiks, brałem komiks, czytałem komiks. I nie lubiłem stać w kolejkach po rysunki. A ostatnio polubiłem. Stoję i obserwuję sobie proces twórczy. No i na tej akurat imprezie nie było żadnych zaklepywanych kolejek, żadnych scysji, które są zmorą wielkich imprez komiksowych. Wniosek – warto czasem wybrać się na tę mniejszą.

Gdzieś przed siedemnastą zaczęły się przygotowania do koncertu. No tak, bo przecież miał być koncert. Widziałem dziewczyny tachające sprzęt. Nikt im nie pomógł, żaden ze stojących nieopodal panów.  Ja też nie pomogłem. Ale zrozumcie, one muszą ten sprzęt same tachać, to jest wliczone w ten zawód/pasję/gniew/punk. Ja też kiedyś tachałem, grałem na basie, grałem nie punk, tylko metal. Byłem jednym z pierwszych metalowców, którzy nosili krótkie włosy. Kilka razy próbowałem zapuszczać, ale szlag mnie trafiał. Najdłuższe włosy miałem na studniówce –  robiły się na nich kompromitujące fale i wyglądałem jak jakiś rosyjski poeta. A teraz i tak jestem łysy. I mam cholerne  szumy w uszach – dlatego nie chodzę na koncerty. Sorry dziewczyny.

Ale, ale. Na imprezie miał być również Tadeusz Baranowski. Wcześniej na Fejsbuku przeczytałem, że Mistrz chory, w szpitalu i raczej nie da rady. A tu nagle słyszę jak Szymon Holcman mówi, że Tadeusz będzie, wpadnie na trochę, ale będzie. A ja nic nie wziąłem do podpisania. No to dupa!

Tadeusz Baranowski rzeczywiście był. I tym razem było to, tak jak miało być w programie imprezy – spotkanie z autorem. Powinienem je tu opisać, ale nie wiem jak. Trzeba było tam po prostu być. Ja byłem i siedziałem sobie na pufie obok Tadeusza Baranowskiego. Mistrz powspominał, ponarzekał, pogawędził. O komiksach, o swoim malarstwie. O tym, że jest trudny we współpracy, ale też nie raz w życiu naciął się na różnych naciągaczy. Że żyje sobie właściwie ze sprzedaży plansz, które w końcu zaczęły osiągać adekwatne do swej wartości ceny. Spotkania nikt nie prowadził, ludzie po prostu pytali. I było w tym coś magicznego, te wpatrujące się w rysownika uśmiechnięte i zasłuchane twarze. Też zadałem pytanie – o Orient Mena. Orient Men, jak wiemy, był taką polską parodią superbohaterów. Ciekawiło mnie, czy tworząc go, autor miał dostęp do jakichś wzorców z Zachodu. Okazało się, że tak. W latach sześćdziesiątych, w Warszawie odbywały się  targi książki, na których pojawiali się zachodni wydawcy, licząc pewnie, jak kiedyś Philip K. Dick, na wielki profity ze współpracy z socjalistycznymi wydawnictwami. Przywozili ze sobą komiksy i je zostawiali. I można było je potem kupić za ułamek ceny gdzieś w składnicy księgarskiej.  Tadeusz Baranowski miał całe stosy w ten sposób zakupionych komiksów z tamtego okresu, które w późniejszych latach po prostu porozdawał. No tak, co tu dodać. Dowiedzieliśmy się też, że artysta, który siedział z nami chyba z godzinkę, tak naprawdę według zaleceń lekarza, powinien jedynie albo leżeć, albo stać. Na pewno nie siedzieć, zwłaszcza tyle czasu.  W końcu ogłoszono koniec spotkania, a Tadeusz Baranowski dalej siedział. A ja siedziałem obok. I sobie z Mistrzem jeszcze z piętnaście minut pogawędziłem. Pokazałem mu „Krzesło w Piekle” Gawronkiewicza, którego notabene Baranowski uważa obok Moebiusa i Bilala za wybitnego, światowej klasy rysownika. Opowiedziałem, skąd wziął się ten album i o tym, że Kultura Gniewu zebrała na niego trzydzieści pięć tysięcy. I podpowiedziałem, że gdyby ktoś założył tego rodzaju projekt i z podobnymi materiałami na album Tadeusza Baranowskiego, pewnie zebrałoby się jeszcze więcej kasy. Mistrzu tylko parsknął i powiedział, że nie wierzy, ale mam nadzieję, że zasiałem w nim jakieś ziarno zainteresowania.

Już prawie koniec. W międzyczasie zrobiło się ciemno, muzyka dudniła gdzieś spod ziemi, po Tadeusza Baranowskiego miała przyjechać żona. Ja też już miałem się zbierać. Pożegnaliśmy się uściskiem dłoni, Mistrz zapraszał do siebie, tak jak zresztą zapraszał wcześniej uczestników spotkania. Na płycie pilśniowej wciąż leżały komiksy do kupienia, ale było ich znacznie mniej, niż parę godzin temu. Znaczy, że trochę jest u nas ludzi, którzy czytają dobre komiksy. Dobre, trochę alternatywne, trochę gniewne, trochę też rozrywkowe, ale wiecie, to taka rozrywka z pazurem. Wciąż tych czytających komiksy jest za mało, ale miejmy nadzieję, że to się z biegiem czasu zmieni. Poszedłem zatem ciemnym korytarzem w stronę Puławskiej, minąłem monopolowy i podążyłem w stronę przystanku tramwajowego, ciesząc się jak głupi z ciężaru komiksów w plecaku. Wiedziałem, co będę robił w domu po powrocie. A jak już byłem w domu i wypakowałem komiksy, to dopiero wtedy zobaczyłem dokładnie wpis od Tadeusza Baranowskiego. No tak, nie miałem ze sobą komiksu Mistrza, ale za to on sam przyniósł ze sobą kilka katalogów ze swojej wystawy malarskiej. I tam mi się wpisał: „T. Baranowski z wyrazami przyjaźni 26.09.2015”. I teraz chyba już rozumiecie, dlaczego warto było zajrzeć na XV-lecie Kultury Gniewu.

Aurora Films
Poprzedni

Noc Walpurgi - polskie kino, światowa jakość [recenzja]

SF Norge
Następny

Trollowym mostem do popkultury

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz