Gry i... 

Resident Evil VII – nowe szaty króla growych horrorów [recenzja]

Wieści o tym, że jedna z najbardziej rozpoznawalnych serii elektronicznych straszaków wraca do horrorowych korzeni, oferując zupełnie nową historię i długo wyczekiwane usprawnienia w mechanice rozgrywki, przyjęto swego czasu ze sporym entuzjazmem. Ostateczny rezultat zaskoczył jednak nawet największych niedowiarków.

W najnowszej odsłonie „Resident Evil” wcielamy się w nieznanego nam wcześniej Ethana. Podążając tropem zaginionej żony, mężczyzna trafia na położoną na bagnach Luizjany posiadłość rodziny Bakerów, gdzie postara się odkryć stojącą za jej zniknięciem tajemnicę. Droga do celu usłana różami z pewnością nie będzie, bowiem zarówno upiorna posesja, jak i jej lokatorzy skrywają kilka mrocznych sekretów – i to z rodzaju tych, których poznanie można przypłacić życiem.

Niezwykle emocjonująca, dopracowana w najmniejszych detalach rzecz i nawet pomimo dość krótkiej kampanii, już teraz kandydat do produkcji roku w kategorii horrorów.

Ci którzy grali w szóstą część serii, pamiętają zapewne kierunek w jakim „Resident Evil” zdawał się nieuchronnie podążać – z pełnokrwistego horroru zmienił się w elektroniczną wersję filmów Michaela Baya, pełną tandetnych dialogów, okraszonych przydługimi sekwencjami w których wybuchało wszystko, co stanąć w płomieniach mogło. O ile sama gra mogła mimo tego naprawdę się podobać (poważnie – ubawiłem się przy niej setnie), tak nawet jej najwięksi entuzjaści musieli ze zwieszonymi głowami przyznać, że po charakterystycznym w szczególności dla trzech pierwszych części nastroju grozy, pozostało ledwie wspomnienie.

Najnowsza odsłona „Resident Evil” to jednak zwrot o sto osiemdziesiąt stopni, który chwyta za przysłowiowe jaja już w pierwszych minutach i długo nie puszcza. Najlepsza pod tym względem jest tu pierwsza połowa kampanii, kiedy nie mając pojęcia co się tak właściwie dzieje, kluczymy po przesiąkniętych mrokiem i brudem korytarzach domostwa, modląc się by przy potencjalnym spotkaniu z adwersarzami, te dwa pieczołowicie oszczędzane naboje w magazynku okazały się wystarczające. Mimo ewidentnych inspiracji popularnymi horrrorowymi symulatorami chodzenia pokroju „Outlasta” czy „Amnesii” i związanych z nimi nieszczególnie skomplikowanych zagadek do rozwiązania po drodze,  „Resident Evil VII” pozwala bowiem na walkę – przy czym, szczególnie na początkowych etapach, survivalowe korzenie serii dają o sobie znać na tyle wyraźnie, że przynajmniej kilka razy się zastanowimy, zanim zdecydujemy się otworzyć ogień. Ekwipunku jest niewiele i nawet mimo znanego z poprzednich części prostego systemu craftingu, trzeba ważyć każdy ruch. Starcia z przeciwnikami potrafią dzięki temu definitywnie podnieść ciśnienie – to jednak zaledwie wierzchołek góry lodowej arsenału strachów, jakimi produkcja CAPCOMU raczy nas w trakcie rozgrywki.

resident-evil-7-4

Podstawową rolę spełnia tu wyjątkowo pomysłowy scenariusz z – nie zawaham się użyć tych słów – najlepiej zaprojektowanymi pojedynkami z bossami w historii gier komputerowych. Nie zdradzając wiele z niespodzianek jakie przygotowali dla nas twórcy, takie cudeńka jak starcie w garażu, czy pojedynek na piły mechaniczne zostają w pamięci na bardzo długo. Na tym nie koniec – dzięki znajdowanym co jakiś czas kasetom wideo, kilkukrotnie w trakcie rozgrywki będziemy mieli okazję ujrzeć wydarzenia z różnych perspektyw, co dodatkowo urozmaica przygodę. Sama fabuła nie jest przy tym może przesadnie skomplikowana, a już na pewno nie oddziaływująca w taki sposób na gracza jak choćby ta znana z „SOMY„, jednak dozowana jest w taki sposób, że nie sposób powstrzymać się od brnięcia przez korytarze posesji Bakerów (i kolejne mikro zawały serca) choćby po to, by dowiedzieć się jak to wszystko się skończy. Mimo, że początek rozgrywki wcale na to nie wskazuje, siódma część ma też o wiele więcej wspólnego z całą serią, niż mogłoby się wydawać – wszelakie scenariuszowe zakręty jednak wyprostują się w miarę postępu w rozgrywce, nie ma więc większego sensu tutaj o nich wspominać.

Pod względem technicznym gra prezentuje się równie świetnie. Grafika jest szczegółowa, projekty lokacji odpowiednio klaustrofobiczne i bogate w obskurne detale na tyle, ze nawet spora ilość backtrackingu nie powoduje uczucia znużenia. Wisienką na torcie są efekty dźwiękowe – tak wszelaka muzyka, jak i atakujące nas w najmniej oczekiwanych momentach niepokojące odgłosy jedynie potęgują nieustanne poczucie zagrożenia.

„Resident Evil VII” jest dokładnie takim powrotem uznanej serii, o jakim wielu z nas marzyło. Niezwykle emocjonująca, dopracowana w najmniejszych detalach rzecz i nawet pomimo dość krótkiej kampanii (10 godzin w zupełności wystarcza, by zaliczyć całość), już teraz kandydat do produkcji roku w kategorii horrorów.

Grę testowano na wersji PC. Minimalne wymagania systemowe:

  • System operacyjny: WINDOWS® 7, 8, 8.1, 10 (64-BIT Required)
  • Procesor: Intel® Core™ i5-4460, 2.70GHz or AMD FX™-6300 or better
  • Pamięć: 8 GB RAM
  • Karta graficzna: NVIDIA® GeForce® GTX 760 or AMD Radeon™ R7 260x with 2GB Video RAM
  • DirectX: Wersja 11
  • Miejsce na dysku: 24 GB dostępnej przestrzeni

MANCHESTER NIEZATAPIALNY
Poprzedni

Niezatapialny - Polpop w natarciu! [recenzja]

Iron Fist
Następny

Marvel's Iron Fist - superbohaterska wpadka Netflixa [recenzja]

Maciej Bachorski

Maciej Bachorski

Urodzony w 1987 roku w Środzie Wielkopolskiej. Z wykształcenia magister Administracji, choć zawodowo związany z branżą logistyczną. Z usposobienia choleryk-melancholik. Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i miodowego Jacka Danielsa. Pisze od 2011 roku, głównie opowiadania z szeroko pojętego nurtu fantastyki i publicystykę.

Publikował w "Nowej Fantastyce", a także w serwisach "Horror Online", "Szortal" (audiobook "Reguła Rothmana"), "Niedobre Literki" i "film.org.pl". Kilkukrotnie wyróżniony w konkursach na opowiadania organizowanych przez portal "Nowej Fantastyki". Z "Dziką Bandą" związany od października 2015 roku.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz