RANKINGI 

10 filmów grozy – przewodnik dla absolutnego amatora

Oto wybór dziesięciu horrorów, od których zupełnie śmiało możecie zacząć swoją przygodę z tym gatunkiem.

Ile razy to słyszałem? Nie lubię horrorów. Nie oglądam. Boję się. Nie ma dobrych horrorów. A może są tylko nigdy na nie trafiłeś? To też prawdopodobne. Ucinając sobie świąteczną rozmowę z niemal pięcioletnią córką uświadomiłem sobie rzeczy dwie. Pierwsza to to, że siłą rzeczy (wiek) ma w nosie to, co ja chcę oglądać. Mogę oczywiście się oszukiwać i wmawiać sobie i światu, że moje dziecko np. uwielbia horrory, kocha kryminały i kończy już czytać drugi raz z rzędu dzieła zebrane Chandlera. Ale to oczywiście ściema. I tu dochodzimy do rzeczy drugiej. Otóż mógłbym założyć, że za dziesięć lat, w święta będę kłócił się z dorosłą córką o to czy coś oglądamy, czy też nie, ale założenie to może być błędne. Przy ilości stresu, napięciu i zamieszaniu, jakie towarzyszy nam dziś, prawdopodobieństwo przedwczesnego zejścia niestety wzrasta. Nie żebym był pesymistą – nic z tych rzeczy. Ale wolę dmuchać na zimne. I wtedy wpadłem na prosty pomysł. Skoro teraz moje dziecko ma w nosie oglądanie horrorów, sporządzę dla niej listę dla amatora. Takie absolutnie osobiste, i dla wielu banalne, wprowadzenie do gatunku. Wybór bardzo subiektywny. Oczywiście mógłbym zapisać go na dysku, zachować w chmurze, ale skoro mam swój własny portal, to chyba mogę taką listę opublikować. W internecie nic nie ginie, więc i lista przetrwa lata. Chyba, że ktoś wyłączy internet.  To raczej nam nie grozi, a lista – choć subiektywna przydać się może komuś, kto chce rozpocząć przygodę z filmową grozą.

Inwazja porywaczy ciał (Invasion of the Body Snatchers) reż. Don Seigel

Oryginalna „Inwazja…” to jeden z moich ukochanych filmów. Nigdy nie zapomnę momentu, kiedy oglądając go wciąż spodziewałem się, że wszystko skończy się dobrze… Miałem może osiem, dziewięć lat. Od tamtej pory wiem, że w horrorach często ci dobrzy przegrywają. A abstrahując od prywatnych wspomnień – „Inwazja…” to film, który trzeba znać z trzech powodów. Po pierwsze to modelowa opowieść o tzw. cichej inwazji. Poznasz ten film, znasz mechanizm. Niewielu twórcom udało się wyjść poza niego. Po drugie – nastrój. Seigel był wybitnym rzemieślnikiem i wiedział jak budować nastrój filmu tak, aby widz siedział na skraju siedzenia, choć potencjalnie nic złego na ekranie się nie dzieje. Po trzecie – polityka. Popkultura od zarania dziejów idzie w parze z polityką, ale Sigelowi udała się sztuka niebywała – jego film, mimo iż powstał w reakcji na napięcia polityczne między USA a ZSRR to „Inwazję…” świetnie ogląda się bez tej wiedzy. Lub inaczej – polityka nie zepsuła znakomitej historii i realizacji.

Noc demona (Night of the Demon) reż. Jacques Tourneur

Są filmy, które dręczą i prześladują. „Noc demona” pierwszy raz widziałem mając może osiem lat. Nie stwora z niego zapamiętałem, a nie demona, a rzecz zdawałoby się najmniej dla ośmiolatka zrozumiałą – fakt, że przed przeznaczeniem (klątwą) nie uciekniesz. Dopiero po latach dowiedziałem się, że „Noc…” to adaptacja opowiadania niezrównanego M.R. Jamesa. O czym jest ten film? Oto pewnego wieczora w wypadku ginie profesor Harrington. Kiedy okoliczności jego śmierci zaczyna badać zaprzyjaźniony naukowiec, biedak nie wie, że wkroczy w świat satanistycznych klątw, runów i rzeczy od których lepiej trzymać się z daleka. Niby „Noc…” ma już sześćdziesiąt lat, ale czas się jej nie ima. Oczywiście – efekty się zestarzały, ale nie one są tu najważniejsze. Kluczowy jest potęgujący się nastrój grozy i osaczenia. I dla niego warto ten film oglądać. Majstersztyk budowania filmowej grozy.

Mgła (The Fog) reż. John Carpenter

Kolejny film z dzieciństwa, który mimo upływu lat nie chce się odczepić. „Mgła” to carpeterowska wariacja zarówno na temat „opowieści o duchach” jak filmu zemsty, nakręcona na jakieś dwadzieścia lat zanim filmu o mściwych duchach staną się modne. Akcja toczy się tu w małym nadmorskim miasteczku, które zaraz będzie obchodzić swoje stulecie. Mieszkańcy nie wiedzą jednak, że założyciele ich miasta popełnili zbrodnię, aby ono powstało, a duchy zamordowanych właśnie mają zamiar pomścić swoje krzywdy.

Krwi tu nie uświadczymy, spektakularnych efektów specjalnych także. Są za to genialne zdjęcia, kapitalna muzyka i klimat rodem z koszmarnego snu. Zaś otwarcie „Mgły”, czyli dziesięć minut podczas, których kamera oprowadza nas po miasteczku, to moim zdaniem najlepsze otwarcie horroru w historii. Jak się takowe robi? Ano z niczego. Czy raczej z tego co ma się pod ręką – rzeczywistości, do której wpuszcza się odrobinę tajemnicy.

Amerykański wilkołak w Londynie (American Werewolf on London) reż. John Ladis

Przyznam szczerze – tak bezczelnie i zarazem dowcipnie rozpoczynającego się filmu nie pamiętam. W napisach początkowych czytamy, iż film wyprodukowała firma Lycanthrope Productions (lycanthopia znaczy tyle, co wilkołactwo), w tle słychać upiorną przeróbkę songu „Blue Moon” w wersji Bobby Vintona, a film nosi tytuł „Amerykański wilkołak w Londynie”. Wyobrażam sobie jak uśmiechnięty od ucha do ucha John Landis oglądał wraz z ekipą zakończone dzieło i mówił: „Słuchajcie chyba nikt przed nami bardziej dosadnie nie powiedział widzom – panie i panowie oglądacie horror o wilkołakach”.

A więc „Amerykański wilkołak w Londynie” zaczyna się tak łopatologicznie jak tylko można, ale to, co dzieje się po napisach, to totalna jazda bez trzymanki, która wywraca kino grozy do góry nogami. I za to absolutnie wielbię ten film. Landis  stworzył filmu grozy, który jest  zarazem straszny, śmieszny, absurdalny i surrealistyczny. A wszystko zaczyna się niewinnie od spaceru po wrzosowiskach.

Jeśli ktoś zastanawia się dlaczego nie ma tu „Martwego zła” czy „Martwicy mózgu” odpowiadam – bo w zasadzie prosta droga prowadzi od „Amerykańskiego…” do nich. Każdy z tych filmów łączy w sobie dowcip, makabrę z horrorem. Ale jeśli miałbym wybierać przygodę z takim kinem to od „Amerykańskiego…”.

Coś (The Thing) reż. John Carpenter

Jeden z nielicznych przypadków w historii kina kiedy remake okazuje się o klasę lepszy od oryginału. John Carpenter w swoim „Coś” przerobił klasyczny film science fiction z 1951 roku, „The Thing from Another World” Howarda Hawksa, zamieniając prostą i archaiczną opowieść o odciętej od świata stacji badawczej, która znajduje obcego, w mroczny, klaustrofobiczny horror. Schemat fabularny pozostał ten sam (oparty na opowiadaniu Johna W. Campbella „Who goes there?”), ale film jest zupełnie inny. Pewnego dnia Amerykanie pracujący w arktycznej stacji badawczej spotykają dziwnie zachowującego się Norwega. Mężczyzna coś krzyczy i próbuje zastrzelić psa. Kiedy omyłkowo rani jednego z Amerykanów, zostaje zastrzelony. Chłopaki nie zdają sobie sprawy, że ściągnęli na siebie nie lada kłopoty. Okazuje się bowiem, że w psie kryje się obcy, a stwór ten nie ma przyjaznych intencji. Z opisu wynika, że to film, jakich wiele. Nic bardziej mylnego. Carpenter wzbił się tu na wyżyny w tworzeniu niesamowicie przygnębiającego klimatu. Wszyscy są skazani na zagładę, nikt nie ma prawa przeżyć, a to „Coś”, które nosi w sobie pies, okaże się największym koszmarem, z jakim przyszło się ludziom zmierzyć. Dodam, że poza klimatem osamotnienia i opuszczenia film uwodzi do dziś efektami specjalnymi. Tak, to wcale nie żart – stworzone przez Roba Bottina i Stana Winstona efekty do dziś wywołują ciarki na plecach.

Carrie reż. Brian DePalma

Lata siedemdziesiąte to złoty okres filmowego horroru, który jako gatunek wybił się z niszowego getta tanich filmów, oglądanych głównie przez dzieciaki, wprost na salony. Kasowe i artystyczne sukcesy „Dziecka Rosemary”, „Nocy żywych trupów”, czy „Egzorcysty” sprawiły, że horror zaczęto traktować jako gatunek poważny, który może być (i jest) nośnikiem ważnych treści. „Carrie” idealnie wpisuje się w ów horrorowy nurt społeczny. Historię wychowanej przez matkę –fanatyczkę religijną – dziewczynki, która odkrywa w sobie moc telekinezy, odczytywano zarówno jako jedną z najlepszych opowieści o budzącej się seksualności, jak również jako rzecz o lękach, jakie emancypacja kobiet budziła w konserwatywnym amerykańskim społeczeństwie. King zapewne nigdy nie przypuszczał, że książka, która rodziła się w takich bólach (porzucał pisanie „Carrie”, bo twierdził, że nic nie wie o kobietach, menstruacji itp.) zostanie odczytana jako feministyczny manifest.

Abstrahując od nastrojów i oczekiwań rynku, „Carrie” odniosła także sukces bo… to po prostu wybitny film. Mimo lat, które upłynęły od jej nakręcenia, wciąż  szokuje i przeraża, będąc niejako podręcznikowym wręcz przykładem, jak straszyć w kinie. Od rewelacyjnej sceny pod prysznicem De Palma mistrzowsko buduje napięcie i wodzi widzów za nos. Kiedy się wydaje, że zaraz wydarzy się coś strasznego, akcja zwalnia, by po chwili znów przyspieszyć, finałowa scena zaś to istny majstersztyk. Co ciekawe, choć film sprawia wrażenie wysokobudżetowego, De Palma prawie nie miał na niego pieniędzy i głównie improwizował. Wyszło mu to tak dobrze, że żadna z późniejszych ekranizacji „Carrie” (do tej pory powstały trzy) nie dorównuje jego wersji. Może właśnie dlatego, że ich twórcy nie musieli kombinować z efektami specjalnymi, bo było ich stać na te najlepsze.

Suspiria reż. Dario Argento

I znów powrót do dzieciństwa – albowiem za szczeniaka w pamięci utkwiła mi jedna scena filmowa. Oto młoda kobieta nocą biegnie przez wielki posępny dom. Otwierają się drzwi, bohaterka wchodzi przez nie, po czym prześlizguje się przez małe okienko i wpada… wprost do pokoju wypełnionego cienkim, ostrym drutem. Im bardziej kobieta się szamocze, tym mocniej drut wbija się w jej ciało. Koniec jest nieunikniony. Przez lata próbowałem się dowiedzieć, z jakiego filmu ta scena pochodziła, aż w końcu w połowie lat 90. jeden z polskich dystrybutorów wydał na kasecie VHS włoski horror „Suspiria”. Strzał w dziesiątkę. Niestety twórczość włoskiego mistrza grozy Dario Argento wciąż jest w Polsce praktycznie niedostępna. Owszem, wydano kilka jego nowych filmów, ale klasyczne thrillery i horrory z lat 70. i 80. są u nas prawdziwym filmowym rarytasem. „Suspiria” otwierała tryptyk „trzech wiedźm”, którego ukończenie Argento zajęło ponad trzydzieści lat. Pozostałe dwa filmy niestety nigdy nie dorównały części pierwszej, a ostatni, „Matka łez”, był absolutną kompromitacją podstarzałego mistrza.

Fabuła „Suspirii” jest prosta: młoda dziewczyna przyjeżdża do Wiednia, aby uczyć się w szkole baletowej. W posępnych murach uczelni nagle zaczynają ginąć uczennice, a grono pedagogiczne zupełnie nie zwraca na to uwagi. Niebawem dziewczyna odkrywa, iż szkoła jest siedzibą pewnej wiekowej i bardzo groźnej wiedźmy. Argento nie przywiązuje się zbytnio w swoim filmie do logicznego ciągu zdarzeń, nie o fabułę mu bowiem idzie, lecz o stworzenie filmu grozy, który przerażałby swoim dusznym i mrocznym klimatem. I to udało mu się w stu procentach. „Suspiria” to film klimatu i nastroju. Niezwykłe są tu zdjęcia, muzyka i scenografia – i to one tak naprawdę liczą się tu najbardziej. Jeśli będziecie ten film oglądać po raz pierwszy, dajcie się uwieść jego nastrojowi. Zwróćcie uwagę,  jak reżyser niepostrzeżenie przeskakuje od scen absolutnie niewinnych do ujęć pełnych krwi i okrucieństwa. Choć od powstania „Suspirii” minęły już ponad trzy dekady, to wciąż jest to jeden z najlepszych bo najbardziej sugestywnych horrorów w historii gatunku.

Mucha (The Fly) reż. David Cronenberg

David Cronenberg dokonał tu filmowego cudu – prostą opowieść o naukowcu, który zamienia się w wielką muchę (tak było w oryginale z 1958 roku) zamienił w mroczną opowieść o zacieraniu się granic. Zarówno tych fizycznych, jak i psychicznych. Seth Brundle – jest błyskotliwym naukowcem, który pracuje nad przełomowym wynalazkiem, maszyną do teleportacji. Kiedy podczas jednego testu do komory teleportacyjnej wraz z Sethem dostanie się mucha, zaczną się problemy… Cronenberg w niesłuchani sugestywny sposób pokazuje zarówno zatracającego się w powolnym obłędzie Setha, jak i jego powoli degradujące się ciało. W pewnym momencie rozkład umysłu zaczyna iść w parze z rozpadem ciała a film zamienia się w niebywale okrutną (celowo i nakręconą z pełną świadomością) opowieść o końcu człowieczeństwa. Wielu twórców mierzyło się z materią „body horroru” i opowieści o szaleństwie, ale niewielu dorównało Cronenbergowi. Perła.

Miasteczko Salem (Salem’s Lot) reż. Tobe Hopper

Pierwsze spotkanie Stephena Kinga z telewizją i zarazem druga filmowa adaptacja jego prozy. Za reżyserię odpowiedzialny był tu twórca „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną” Tobe Hopper, a serial powstał w chwili kiedy w Stanach wampiry były na topie. Dlatego, aby odróżnić kingowskiego wampira Kurta Barlowa od innych producenci wpadli na pomysł, aby przez całą projekcję nie wypowiadał on ani słowa. I tak Barlow w serialu komunikuje się z otoczeniem tylko przez swojego wspólnika Strakera. Oś fabularna serialu pozostała wierna powieści i właśnie dlatego jeśli zaczynać przygodę z wampirami to od tego serialu (wydanego na DVD jako ponad czterogodzinny film). Zanim zaczyna się regularny horror, przez 90 minut mamy do czynienia z powolną opowieścią o życiu w małym miasteczku. A raczej rozpadzie życia w małym miasteczku. Bo coś je zabija. Coś zakrada się nocą i wysysa z niego życie… A pokazano to w mistrzowski sposób.

Karnawał dusz  (Carnival of Souls) reż. Hark Harvey

W 1962 roku Harvey za własne oszczędności wspólnie z przyjacielem (scenarzystą owych filmików instruktażowych Johnem Cliffordem) nakręcił swoją jedyną fabułę. Dwóch speców od edukacji nagle realizuje totalnie pokręcony dziwny film, który nie ma nic wspólnego z grzecznymi przypowiastkami dla dzieci. Fabuła jest tu prosta. Pewnego dnia Mary Henry, młoda ładna kobieta, ma wraz z przyjaciółką wypadek samochodowy. Spada z autem do rzeki z mostu. Po kilkugodzinnych poszukiwaniach wraku policja stwierdza, że dziewczyny musiały zginąć. I wtedy nagle na brzegu rzeki pojawia się Mary. Niczego nie pamięta. Po przesłuchaniu pakuje swoje rzeczy i wyjeżdża z miasta. Ma zostać organistką w kościele w Salt Lake City. Jadąc nocą autostradą, widzi w szybie twarz dziwnego mężczyzny. Od tej chwili ta twarz zacznie ją prześladować. Nie owijając w bawełnę Karnawał dusz to film po prostu genialny. Z jednej strony wspaniale nawiązuje do estetycznej tradycji niemieckiego ekspresjonizmu, z drugiej idealnie się wpisuje w tak charakterystyczne dla kina lat 60. eksperymenty mające na celu przełamywanie barier gatunkowych. Pod tym względem było to dzieło wręcz prekursorskie. Nie bez powodu sześć lat po premierze „Karnawału…” George A. Romero, zaczynając kręcić swoją debiutancką „Noc żywych trupów”, wielokrotnie podkreślał, że powstaje ona z inspiracji dziełem Harveya. Tak więc film zaczął żyć, inspirować. Największym dłużnikiem Harveya jest jednak nie kto inny jak David Lynch, który w zasadzie całe swoje kino opiera na pomysłach i grach z obrazami, jakie wymyślił Herk. Wystarczy najpierw obejrzeć „Karnawał…”, a potem „Zagubioną autostradę”, aby szybko się przekonać, że Lynch niczego w swoim filmie nie wymyślił, wszystko bezczelnie ściągnął z „Karnawału…” Nawet owa enigmatyczna postać o białej twarzy to przecież nie kto inny jak demoniczny prześladowca bohaterki „Karnawału dusz…” A więc oglądajcie, oglądajcie. A i echa „Szóstego zmysłu” można tu usłyszeć… Czy raczej na odwrót…

Forum Film Polska
Poprzedni

Rocky - to nie koniec, póki się nie skończyło

Sarah Lee/The Guardian
Następny

10 ulubionych filmów Chucka Palahniuka

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz