RANKINGI 

100 najlepszych filmów kryminalnych i sensacyjnych (II)

Kolejna część cyklu „100 najlepszych filmów kryminalnych i sensacyjnych w historii”. Przez najbliższe tygodnie co poniedziałek będziemy publikować listę dziesięciu naszym zdaniem najważniejszych filmów w tych gatunkach.

 

  1. Miasto w ogniu reż. Ringo Lam

O tym filmie zrobiło się głośno po premierze „Wściekłych psów” Tarantino, a wielbiciele hongkońskiego kina okrzyknęli Tarantino plagiatorem. Faktycznie podobieństwo między debiutem Tarantino a filmem Ringo Lama „Miasto w ogniu” było uderzające. Fabuła niemal taka sama (gliniarz-kret infiltruje grupę przestępców, którzy chcą napaść na jubilera), sekwencja z mierzeniem do siebie z pistoletów żywcem zerżnięta z „City…”. Ale choć „Wściekłe psy” owszem powtarzają pomysły Lama, ale to film zupełnie inny.  Ringo Lam stworzył małe arcydzieło kina akcji. Jego „Miasto…”, to wciągająca i dynamiczną opowieść o honorze i poświęceniu. Jak w większości hongkońskich produkcji strzelaniny, wybuchy są tylko tłem do opowieści o ludziach skazanych na klęskę, ale do końca wiernym specyficznemu kodeksowi moralnemu. Dlatego też wyrosły w prostej linii z kina Jean-Pierre Melvilla („Samuraj”) i Sama Peckinpaha film Lama w przeciwieństwie do „Wściekłych psów” nie koncentruje się na błyskotliwych acz wulgarnych dialogach a ukazuje udręczonych bohaterów w sytuacji bez wyjścia.

 

  1. Red Rock West reż. John Dahl

Dziwna sprawa z tym Johnem Dahlem. Pojawił się w kinie pod koniec lat 80. i od razu okrzyknięto go cudownym dzieckiem noir. Trzy filmy nakręcone w zaledwie pięć lat uznano za małe arcydzieła i kiedy wydawało się że dobra passa reżysera się nie skończy zrealizował on „Unforgettable” i czar prysł, a Dahl już nigdy nie wrócił do łask recenzentów. „Red Rock West” to drugi z tych trzech okrzykniętych arcydziełami. Jego bohaterem jest Michael, były marines, dziś przybłęda i trochę społeczny wyrzutek. Ima się różnych przypadkowych prac i żyje z dnia na dzień. Pewnego razu wchodzi do baru. Pyta o pracę, a szef oferuje mu kilka tysięcy dolarów i… zdjęcie swojej żony. Michael przyjmuje zlecenie. Pech chce, że w mieście pojawia się prawdziwy płatny zabójca. Na dodatek żona okazuje się być piękna i kusząca… Pewnie że Dahl prochu nie wymyślił. Opowieść o przypadkowym przechodniu uwikłanym w tajemniczą aferę ogrywa jedno stylowo i z klasą. Czy to arcydzieło? Na pewno nie. Ale nie ulega wątpliwości, że to jeden z tych czarnych kryminałów, który hipnotyzuje widza niezwykłym klimatem i aurą. I nawet Nicholas Cage jest tu nad wyraz dobry w roli Michaela.

 

  1. Stan Łaski reż. Phil Janou

Kolejny na tej liście reżyser, który miał być gwiazdą, ale coś nie wyszło. Phil Janou zaczynał karierę z przytupem: od przebojowej młodzieżowej wersji „W samo południe” i słynnego dokumentu o U2 „Rattle and Hum”. A potem był „Stan łaski”. Dla wielu (w tym niżej podpisanego) opus magnum aktorskich możliwości Seana Penna i Gary Oldmana. Obaj aktorzy wcielają się tu w parę przyjaciół z dzieciństwa. Kiedyś, dawno temu Terry i Jackie byli największymi rozrabiakami w dzielnicy. Ale potem nagle Terry zniknął. Teraz po latach wraca i wraz z Jackiem wkręca się do mafijnej rodziny. Tyle że nikt nie wie o tym, że Terry jest tajniakiem, który został wysłany by rozpracować dawnych przyjaciół. Czego tu nie ma. Miłość? Obecna. Honor? Jak najbardziej. Uliczne gangi, mafia, wymuszenia, haracze i życie na ulicach. Wszystko to podane bez upiększeń w niemal reporterski sposób. Tak, jest „Stan łaski” jednym z najlepszych współczesnych, amerykańskich filmów o podwójnym życiu psa. Szkoda tylko, że producent „Stanu łaski” nie pomyślał przy jego premierze i wpuścił go do kin w tym samym momencie w którym premierę mieli „Chłopcy z ferajny”. Scorsese pożarł młodszego Janou. Niesłusznie.

 

 

  1. Miasto złodziei reż. Ben Affleck

Akcja „Miasta złodziei” toczy się w Bostonie w ubogiej dzielnicy Charlestown – wylęgarni przestępców wszelkiej maści.  Główny bohater Doug (przekonywujący Affleck) jest szefem gangu napadającego na banki i konwoje z pieniędzmi. Jego grupa jest najlepszą w mieście a FBI nie spocznie póki ich nie złapie. Podczas jednego napadu gangsterzy biorą na zakładniczkę młodą kobietę. Na świecie „Miasto złodziei” zebrało rewelacyjne recenzje i słusznie.  Affleck z prostej i wydawałoby się wyeksploatowanej do cna formuły „opowieści o skokach” stworzył przekonujący mroczny kryminał o przyjaźni, uwikłaniu w gangsterskie porachunki i miłości,  bo to ona stanie się tu siłą napędową akcji.

 

  1. Niebo i piekło reż. Akira Kurosawa

Kurosawa kochał kryminały. „Straż przyboczną” bezczelnie pożyczył sobie od Dashiela Hammetta, zaś jego „Zbłakany pies” uchodzi za pierwszy japoński film kryminalny. Ale to „Niebo i piekło” było najczystszym wyznaniem miłości jakie złożył w kinie japoński reżyser. Do dziś adaptacja powieści Eda McBaina zachwyca swoją przewrotną konstrukcją i niebywałym wyczuciem gatunku. Oto pewnego dnia bandyci porywają syna bogatego przemysłowca. Szybko okazuje się, że w wyniku niefortunnej pomyłki uprowadzono nie tego chłopca. Przestępcy przetrzymują bowiem synka służącego, zaś dziecko milionera spi spokojnie w pokoju. Moralny dylemat (zapłacić okup za cudze dziecko) to tylko punkt wyjścia do niezwykle koronkowo skonstruowanej intrygi. Kurosawa bowiem co chwila dokonuje tu wolt stylistycznych i gdy wydaje nam się, że już wiemy o co w filmie chodzi, jego reżyser zmienia zupełnie nastrój i klimat. I tak prosta psychodrama której akcja rozgrywa się w jednym pomieszczeniu, zamienia się w film o okupie, potem w opowieść o utracie a na końcu w rasowy thriller o ściganiu zwyrodnialca. Mimo lat jakie upłynęły od premiery „Niebo i piekło” to film zaskakująco świeży i współczesny. A przede wszystkim przewidujący rozwój kina gatunkowego…

  1. D.O.A reż. Rudolph Mate

„D.O.A” zrealizowane przez Rudolpha Mate (ten sam który nakręcił świetne „When Wordls Collide” otwiera scena genialna i przez wielu krytyków uznawana za najlepsze otwarcie w historii gatunku. Oto na komisariacie policji zjawia się udręczony mężczyzna, który przyszedł zgłosić morderstwo. Tyle że zamordowanym jest on sam. W trakcie serii retrospektyw poznajemy historię dziwnej i tajemniczej zbrodni. Dziś „D.O.A.” nic a nic się nie zestarzało i wciąż robi takie samo wrażenie jak w latach 50. ubiegłego wieku, kiedy pisano o nim, że jest filmem wyprzedzającym epokę. Wtedy chodziło o wymyśloną konceptualnie oś fabularną. Nikt bowiem wcześniej nie próbował opowiadać film z perspektywy nieboszczyka, który snuje  (a co za tym idzie znamy puentę) swoją historię. Dziś ten zabieg to norma i stosują go wszyscy – od twórców kinowych (choćby „American Beauty”) po seriale telewizyjne („Gotowe na wszystko”).  Ale „D.O.A” to nie tylko nowatorska konstrukcja opowieści. Otóż Mate używał w tym filmie ujęć prawdziwych ulic San Francisco. Zdjęcia były kręcone z ukrycia i bez zgody miasta i przechodniów. Dzięki temu zabiegowi paranoiczna ucieczka bohatera przez ulice wypadła tu niezwykle wiarygodnie. Bo de facto była ona ucieczką, czy raczej biegiem przez zatłoczoną ulicę, pośród nieświadomych niczego przechodniów. Dziś ten rodzaj realizmu w kinie jest czymś zupełnie normalnym. Wówczas wywołał szok a miasto oddało twórców filmu do sądu.

 

  1. Cold in July reż. Jim Mickle

Wszystko zaczyna się zwyczajnie. Pewnej nocy Richarda Dane’a budzi hałas obiegający z salonu. Jak na prawdziwego Teksańczyka przystało Richard wyciąga z szafy rewolwer swojego ojca i schodzi na dół. To co zdarzyło się później trwało kilka sekund. Mężczyzna w kominiarce stał przy sofie. Richardowi palec ześlizgnął się na spust… Gdy kilkadziesiąt minut później policja spisuje zeznania Dane’a nikt nie ma wątpliwości. Richard zabił włamywacza w obronie własnej. Nie mógł wiedzieć, że ten nie miał broni. Sprawa zostaje zamknięta. Pech chce, że nazajutrz rano z więzienia wychodzi ojciec zastrzelonego włamywacza, Ben Russell. A on szybko nie wybacza. Oparte na powieści Joe R. Lansdale’a „Cold in July” zaczyna się jak klasyczny thriller o prześladowanej rodzinie. Bohaterski tata, który ocalił żonę i syna, musi teraz bronić bliskich przed zemstą.  Tyle, że akurat ta opowieść trwa jakiś kwadrans a po jego upływie następuje pierwszy z wielu zaskakujących i świetnie poprowadzonych twistów. Śmiertelni wrogowie będą musieli stanąć ramię w ramię do walki z nowym wrogiem, a potem… A potem rozpęta się piekło.

 

 

  1. Drive reż. Nicolas Winding Refn

Za reżyserię „Drive” Nicolas Winding Refn otrzymał Złotą Palmę w Cannes. I trudno się tej decyzji jury dziwić. Film twórcy „Bronsona” to perfekcyjnie zrealizowany i czarny jak smoła kryminał. Jego bohater bezimienny kierowca pracuje dorywczo jako hollywoodzki kaskader, ale prawdziwe zyski czerpie z wożenia bandytów podczas napadów. I jest w tym naprawdę dobry. Kiedy jednak pozna pewną mężatkę z dzieckiem postanowi zmienić swoje życie. Jedna decyzja rozpocznie lawinę zbrodni. Pewnie że takich gangsterskich historii miłosnych było wiele. Rafn nie odcina się od tradycji, za to snuje opowieść po swojemu, balansując na pograniczu czułości i skrajnego okrucieństwa. No i umówmy się – tez tego filmu nie byłoby fenomenu Ryana Goslinga. „Drive” ze słodkiego aktora zamieniło go w tajemniczy obiekt niewieściego (izapewne też męskiego) pożądania

 

 

  1. Obietnica reż. Sean Penn

Ostatnia wielka rola Jacka Nicholsona i jeden z najbardziej niedocenionych filmów w reżyserskiej karierze Sean Penna. Zresztą to przecież po tym jak film ignorowali krytycy Penn zaczął odgrażać się, że odjedzie na emeryturę. Oparta na opowiadaniu Friedricha Dürrenmatta „Obietnica” to historia emerytowanego gliniarza, który złożył pewnej rodzinie obietnicę i nie może jej nie dotrzymać. Przysiągł zapłakanej matce że odszuka seryjnego zabójcę, który zamordował jej córeczkę i w poszukiwania te wkłada całe swe siły. Wkrótce nasz bohater zacznie tracić kontakt z rzeczywistością a obietnica doprowadzi go na skraj obłędu.  Wszystko jest tu perfekcyjne. Od genialnych epizodów (z rewelacyjnym i trudnym do zapomnienia Mickeyem Rourke) przez klimat po kreacje Nicholsona. Perfekcyjny jest też dół jaki łapie się po projekcji. Ale nikt nie obiecywał, że czarne kino będzie przyjemne.

 

  1. Asfaltowa dżungla reż. John Hudson

Filmowa „Asfaltowa dżungla” Johna Hustona z Sterlingiem Haydenem i młodziutką Marilyn Monroe była w 1950 roku nominowana do Oscara i do dziś uznawana jest za jeden z najlepszych filmów o współczesnej zbrodni w wielkim mieście i zarazem za jeden z najbardziej przygnębiających filmów gangsterskich. Nie ma tu głównego bohatera. Hudson  zamiast koncentrować się na jednostkach snuje opowieść wielowątkową opowieść o drobnych przestępcach, którym marzy się lepsze życie i gliniarzach, którzy próbują w asfaltowej dżungli, jaką są ulice anonimowego wielkiego miasta zachować resztki człowieczeństwa. Mamy tu, więc Dixa osiłka i hazardzistę o mięśniach twardych jak stal i dobrym sercu, starzejącego się „Doktorka”, kasiarza Louisa, który próbuje pogodzić złodziejski fach z byciem ojcem, drugiej strony barykady zaś nadinspektora Hardyego, który próbuje zachować pozory spokoju w mieście. Wszystkich bohaterów łączy jedna cecha – każdy z nich to postać żyjąca niemożliwymi do spełnienia marzeniami o nowym, lepszym życiu.

Taurus Media
Poprzedni

Locke & Key #2: Łamigłówki [recenzja]

Albatros
Następny

Powtórka [książka] [thriller]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

1 Comment

  1. NicoRaskol
    2017-02-23 at 17:44 — Odpowiedz

    Z adaptacjami różnie to bywa.. Czasem aż nie chce się oglądać, żeby nie przeżyć zawodu, 😉 Ale jest kilka takich kryminałów, które chętnie bym zobaczył na ekranie, np. „Taniec Wdowca” Ricka Riordana – aż się prosi, żeby go zekranizować. Jest tam wszystko co potrzebne dobremu kino – niebanalna intryga (z branżą muzyczną w tle) i wyrazisty główny bohater. No i oczywiście piękne kobiety 😉

Dodaj komentarz