RANKINGI 

100 najlepszych popowych piosenek #10-1

Ostatnia już część naszej listy popowych utworów, tym razem z miejscami 10-1.

 

10. Marvin Gaye i Tammi Terrell „Ain’t No Mountain High Enough”

Pierwsza wersja wielkiego hitu z wytworni Motown. Ta druga też jest fajna, ma trochę inną dramaturgię i  była wykonywana parę lat później przez Dianę Ross. Wolę pierwszą, przede wszystkim za sprawą (przykro mi droga Tammi) Marvina Gaye. Wygląda on tu jeszcze na zwyczajnego, niczym nie wyróżniającego się faceta,  miało minąć jeszcze  kilka lat, zanim przemienił się w herolda zmian. Ale proszę wsłuchać się w jego głos w tej prostej, miłosnej piosence – już wtedy była to prawdziwa żyleta, takiego rodzaju dźwięki potrafił jedynie Hendrix z gitary wydobywać!

9. Captain & Tennille „Love Will Keep Us Together”

Przez wiele lat była to dla mnie piosenka widmo. Pamiętałem ją z dzieciństwa i bardzo długo nie mogłem się do niej dokopać. Kiedy usłyszałem pierwszy raz „Mirror Man” Human League”, przez moment myślałem, że ją wreszcie znalazłem. Raz trafiłem na nią podczas jazdy autobusem, ale spiker nie zająknął się słowem ani o wykonawcy, ani o tytule. A ja tę piosenkę tak mocno kochałem, grała mi co jakiś czas w głowie i nie miałem pojęcia jak do niej dotrzeć. W końcu, pewnego razu oglądałem odcinek serialu „Nip/Tuck”. Był samochód, dziewczyna z burzą włosów i nagle usłyszałem zapamiętane z dzieciństwa dźwięki. I już nie odpuściłem – Internet, Google, dotarły też do mnie wreszcie tytułowe słowa i w końcu się dowiedziałem, kto jest wykonawcą jednej z najfajniejszych, popowych piosenek. Teraz też wiem, że duet Captain & Tennille nie zagrał własnego utworu, tylko był to cover piosenki Neila Sedaki. Ale tak to jest, że niekiedy covery są lepsze od pierwowzorów. A dzisiaj najbardziej urzeka mnie tu jeszcze świetnie wpleciony, dwuosobowy kobiecy chórek. I jeszcze to „whatever”, po tytułowych słowach.

8. Stevie Wonder „Isn’t She Lovely”.

Tekst jaki tu jest, taki jest, po prostu taka tam wyliczanka. Zaś muzycznie to perła  niezwykła, jedna z najradośniejszych, miłosnych, genialnie zaaranżowanych (ten nagły początek!) piosenek. Że ludzie takiej muzyki potrzebują czasem jak powietrza, świadczy choćby obecny sukces płyty Zbigniewa Wodeckiego i Mitch&Mitch. A jeśli ktoś chce jeszcze więcej Steviego, to przecież jest także „My Cherie Amour”, „You Are The Sunshine Of My Love” i wiele, wiele innych.

7. Aretha Franklin „Say A little Prayer For You”

Najpierw tę skomponowaną przez Burta Bacharacha piosenkę śpiewała  Dionne Warwick, ale nie było takiego efektu, jak w przypadku tego wykonania. Zmiany w  aranżacji i rzecz jasna zmiana wokalistki dały efekt piorunujący i nagle ta piosenka naprawdę stała się przejmującą opowieścią kobiety, która rozmyśla o przybywającym gdzie daleko, w miejscu gdzie ludzie nie są dla siebie mili i dobrzy, swoim mężczyźnie. I żyjąc z dnia na dzień, wypowiada częste słowa modlitwy za ukochanego. Piękna, wyjątkowej urody piosenka, którą to urodę tworzy nie tylko zabójczy głos Arethy Franklin, ale i towarzyszący jej, równouprawniony tu wokalnie kobiecy chórek.

6. Michael Jackson „Billie Jean”

No dobrze, to tak naprawdę miejsce, na którym jest wystarczająco dużo  miejsca dla Wielkiej Trójki Michaela Jacksona. Dla mnie składają się na nią trzy piosenki z płyty „Thriller” z których „Billie Jean”, po latach pozostaje chyba tą najbardziej rozpoznawalną. Dwie pozostałe to „Beat It” i słynny z trzynastominutowego teledysku „Thriller”. Esencja popu, przebłysk geniuszu piosenkarza i przede wszystkim producenta, czyli Quincy Jonesa. Nie wiem jak on to zrobił, to jest jakiś niezrównany muzyczny misz-masz, a mnie szczególnie cieszą tu naleciałości z rocka (najwięcej w „Beat It”). Być może inni widzieliby wyżej „Smooth Criminal”, albo „Dirty Dianę”.  Dla mnie Michael Jackson to przede wszystkim ten Michael z „Thrillera” (choć całe „Bad” też bardzo lubię i w zasadzie lepiej znam), jeszcze bez zadęcia, bez przejmowania się losami planety i wszystkich stworzeń dużych i małych. Płyta świadomego własnych możliwości artysty, który rozwinął przed światem skrzydła i szykuje się do lotu.  Któż wtedy mógł sądzić, że będzie to lot Ikara…

5. The Beatles „Something”

Dziewięć tygodni temu, we wstępie do rankingu już o tym pisałem. Będzie jedna piosenka Beatelsów, bo inaczej zdominowaliby zestawienie. Nie znaleźliście tu zatem „Yesterday”, „Hey Jude”, „All You Need Is Love” i wielu, wielu innych. Ale przecież tak naprawdę są tutaj,  przecież nie zaczaruję rzeczywistości. Jedno mogę zrobić.   Żeby przerwać dominację duetu Lennon-Mccartney, wrzucam tu piosenkę ze świetnym, prostym  tytułem,  napisaną przez George’a Harrisona,  którą swojego czasu zachwycił się Frank Sinatra, nazywając ją „The greatest love song ever written”. Oto w wykonaniu najlepszego (popowo-rockowo-psychodelicznego) zespołu na świecie – „Something”.

4. Roberta Flack „Killing Me Softly”

Pewnie większość z nas zna tę piosenkę lepiej z wykonania The Fugees. Owszem, to całkiem fajne wykonanie, ale akurat te z przepięknej płyty Roberty Flack pod tym samym tytułem, jest po prostu zabójcze i jeszcze na dodatek o niebo lepsze od oryginału Lori Liberman. No i oczywiście sam tytuł jest zabójczy. Towarzyszący wokalistce, dobiegający gdzieś z oddali chórek jest zabójczy. Zabójcze są też słowa „Singing my life with his words”. Normalnie, słuchając „Killing Me Softly”
można umrzeć z zachwytu. Z niektórymi piosenkami tak już po prostu jest.

3. John Travolta i Olivia Newton-John „You’re the one that I Want”

John Travolta mignął gdzieś w tym rankingu, ale nie jako wykonawca, tylko jako gość o imieniu Vincent. Tym razem jest gościem o imieniu Danny, (albo „Stud”!) i jest współwykonawcą piosenki. Partneruje mu, z pewnością lepiej od niego śpiewająca Olivia Newton-John. Komu same nie chodzą nóżki przy tej piosence, zwłaszcza na początku, kiedy jeszcze przed śpiewającym duetem słyszymy porywający tercet perkusji, basu i fortepianu, ten naprawdę jest noga. Było jeszcze w „Grease” parę fajnych piosenek, ale ta jest najfajniejsza. Porównajcie sobie jeszcze wyznaczany przez  bas i perkusję rytm, z jego spowolnioną wersją  w piosence z pierwszego miejsca. Chyba cała tajemnica popowych piosenek kryje się w tym, że ludzie lubią proste, acz wyraziste rytmy.

2. Queen „Radio Ga Ga”

Gdzieś mi się zapodziało po drodze „Don’t Stop Me Now”, no trudno. Że „Radio Ga Ga” będzie wysoko, wiedziałem od początku. Choćby ze względu na tytułową zbitkę słów, przecież i „radio”, no i od jakiegoś czasu także  „ga ga”, mają z popem dużo wspólnego. Queen już raz był w zestawieniu, dlatego jeśli ktoś ma wątpliwości, skąd  zespół znalazł się w rankingu stu najlepszych popowych piosenek, proponuje zajrzeć do miejsca nr. 96.  A co mogę napisać o „Radio Ga Ga”, oprócz tego, że po prostu ją kocham? Ta piosenka nie tylko zabiera mnie za sprawą teledysku w filmową  przeszłość, ale także w nieznaną, niedostępną mi przyszłość, do czasów kiedy mnie już (chyba?) nie będzie. Za sprawą oryginalnej, ale na szczęście ani nie wydumanej, ani przekombinowanej aranżacji, „Radio Ga Ga” jest dla mnie przykładem  piosenki futurystycznej. Tak bardzo chciałoby się poznać tę przyszłość… Kto wie,  być może już ją kiedyś poznałem, a nawet więcej – być może już ją kiedyś przeżyłem? Z niewypowiedzianych myśli i pokrętnych snów wracają obrazy – pamiętam te odgłosy rytmicznego klaskania, pamiętam też ucieczkę i złożoną komuś obietnicę, która zdołała utrzymać mnie przy życiu. I tak się jakoś stało ( bo tak się pewnie miało stać), że w jakiś sposób trafiłem właśnie tutaj. Piszę rankingi, żyję z dnia na dzień, mam żonę, dziecko, kredyt i psa, oraz czasami wszechogarniające poczucie nierzeczywistości. I momentami wiem, że to tylko przerwa, a moje prawdziwe życie – czyli skoki w nadprzestrzeń, ciągłe ucieczki przed najeźdźcami z odległych galaktyk  i niezliczone pojedynki na laserowe pistolety (i miecze!) –  kiedyś powróci. Nic na to nie poradzę, te słowa – „All we hear is radio ga ga” – coś we mnie  budzą i sprawiają, że powoli zaczynam sobie wszystko przypominać.

1. Jeanette „Porque Te Vas”

No tak, wiadomym było, że na pierwszym miejscu trzeba będzie wykręcić jakiś numer. Nie ma tu zatem, przykro mi bardzo,  „What A Wonderful World” (zgroza – piosenki Louisa Armstronga nie ma  nawet w całej setce!). Zamiast tego mamy w pierwszej dziesiątce nie tylko zerwanie z dominacją duetu Lennon/Mccartney, ale i na pierwszym miejscu zerwanie z dominacją języka angielskiego. Czy „Porque Te Vas” to najlepsza popowa piosenka? Powiem więcej – to wirus. Kiedy raz usłyszysz, już się nie uwolnisz. Dlaczego? Może z tego mylnego wrażenia, że śpiewa ją dziecko, a nie taka hoża dziewoja, jak to widać  na załączonym filmiku? Może z powodu kontrastującej z prostą sekcją rytmiczną, trochę elegijnej i jednocześnie zadziornej w formie, genialnej sekcji dętej? Może to wina/zasługa wspomnień z przeszłości, czyli oglądanego kiedyś w telewizji, innego od wszystkich filmu Carlosa Saury, na którym, nie wiedząc właściwie czemu, ludzie nie mogą powstrzymać płaczu? Może coś więcej powiedziałoby tłumaczenie Mai Lidii Kossakowskiej dołączone do trzeciego tomu „Pana Lodowego Ogrodu”, dla treści którego „Porque Te Vas” jest niezwykle ważne? Nie wiem. Ta piosenka jest po prostu piękna i straszna, niczym z innego świata i tak naprawdę robi większe wrażenie, gdy nie rozumie się jej słów. Dzięki wspomnianej tu Mai Lidii Kossakowskiej wiem już, o czy śpiewa wokalistka, ale wypieram tę wiedzę, zapominam znaczenia słów, żeby ponownie móc obcować sam na sam z ujawnianą – przez przekraczający mroczną granicę słodkości głos Jeanette – tajemnicą.

Albatros
Poprzedni

Góra bezprawia

Wilga
Następny

Biblioteka pana Lemoncella

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz