RANKINGI 

100 najlepszych popowych piosenek #40-31

Oto nasza kolejna dziesiątka popowych utworów, tym razem z miejsc 40-31.

40. Labelle „Lady Marmalade”

Jest w tej piosence coś takiego, nie wiem jak to ująć, ale jest po prostu inna od wszystkich. Człowiek bezwiednie zaczyna najpierw kiwać głową,  po chwili buja już całym ciałem i od razu zmienia mu się nastrój. Wyśpiewywane są w niej dziwne, jakby zachęcające słowa, piosenka płynie nie za szybko, nie za wolno, jest jak gra wstępna.  Użyte w niej, wywodzące się ponoć z literackich pierwowzorów francuskie zwroty świadczą, że to nawet nie gra wstępna, tylko bardzo konkretna propozycja. W rankingu na miejscu czterdziestym, w oryginalnym wykonaniu (jakie fajne klawisze we wstępie!), ale i covery też były niczego sobie.

39. Serge Gainsbourg & Jane Birkin „Je’ Taime… Moi Non Plus”

Pozostańmy jeszcze w podobnych klimatach. Oto ponoć najbardziej romantyczna piosenka świata, bo takiej zażądała kiedyś od Gainsbourga sama Brigitte Bardot. Oczywiście musi być w niej gadający Francuz. I Jane Birkin, która raczej słabo śpiewa, ale za to też gada i co chwilę wzdycha. W sieci można znaleźć dodatkowo pierwotną wersję, ze śpiewająco-gadającą Brigitte Bardot – w tym wykonaniu, przy niewielkich zmianach aranżacyjnych, utwór niespodziewanie przywodzi skojarzenia z wczesnymi dokonaniami Pink Floyd! Wersja z Jane Birkin została wypolerowana, toczy się leniwie, trochę jak „Whiter Shade of Pale”, wpada w uchu, a swojego czasu wywołała wielki skandal obyczajowy, więc właściwie co stoi na przeszkodzie nazywać ją najbardziej romantyczną piosenką świata, prawda?

38. Bee Gees „Stayin’ Alive”

W tym miejscu miało być „How Deep Is Your Love”, ale już nie zdzierżyłem takiej dawki miłości. Jest za to inny mega przebój, z wpadającym juz na samym początku w ucho gitarowym motywem. Swoją drogą niewiele osób zdaje sobie sprawę, jak długa i kręta była droga Bee Gees do wielkiego, światowego sukcesu. Bracia Gibb nie wzięli się znikąd, tylko latami cierpliwie pracowali na swoją popularność. Cała ich kariera, od lat dziecięcych jest do prześledzenia na youtube. Polecam! Można się pośmiać, ale nie tylko!

37. Human League „Don’t You Want Me”

New Romantic z pierwszej połowy lat osiemdziesiątych w najlepszym wydaniu. Najfajniejsze jest tej piosence to, że damsko-męski duet opowiada historię romansu z dwóch punktów widzenia. Tak, to po prostu obyczajowa opowiastka o minionym, wspólnym czasie i o tym, że niekiedy nasze drogi się rozchodzą. No sami zresztą posłuchajcie. Ona była kelnerką w coctail barze, kiedy się poznali, a potem…

36. Kool & The Gang „Get Down On It” ( i na dokładkę Ross i Phoebe wykonujący „Celebration”)

U agenta… tfu! Ech, ta cholerna siła reklamy! Z tych emocji, pozwólcie, że sobie trochę odpłynę. W przypadku Kool & The Gang, wybór między „Get Down On It”, a „Celebration” jest arcytrudny. Zacznijmy od tej drugiej – ilekroć ją słyszę, przypomina mi się grający na dudach Ross z „Przyjaciół”, plus śpiewająca, czy raczej imitująca marcujące koty Phoebe. Za to „Get Down On It”, zanim stała się piosenką o agencie, była dla mnie historią o wrestlingu. Dlaczego? No bo to „Get Down On It” tłumaczyłem sobie kiedyś jako „skacz na to!”. A wyobrażałem sobie to tak: stojący na okalających ring linach, szykujący się do skoku na przeciwnika Hulk Hogan, albo po prostu marvelowski Hulk i cała sala skandująca „Get Down On It!” Tylko dlaczego „it?”. Bo przecież dla Hulka każdy przeciwnik to zwykłe mięso armatnie. A zatem, get down on it! Skocz na mięso! Ewentualnie po mięso, tylko żeby było świeże i najlepiej z promocji.

35. Cyndi Lauper „True Colors”

Dla mnie to  jedna  z najbardziej wyjątkowych, popowych ballad. Fajnie użyta perkusja. Spokojny gitarowy motyw. Głos Cindi rozpięty między łagodnością i drapieżnością. I cholernie prawdziwe słowa, windujące tą balladę na zupełnie nowy poziom. „Don’t be unhappy, can’t remember when I last saw you laughing. If this world makes you crazy and you’ve taken all you can bear, you…”. I to co Cyndi zaśpiewała po tych słowach, to chyba esencja tego, jak powinny funkcjonować związki. I nie chodzi mi rzecz jasna o związki zawodowe.

34. Ella Fitzgerald „Night And Day”

Nie mogło w tym rankingu zabraknąć Elli Fitzgerald. A tu mamy jeszcze taką fajną, kołyszącą piosenkę, której narastającą dramaturgię z początkowych taktów po prostu uwielbiam. Co prawda, ta dramaturgia w pewnym momencie pryska, nie ma żadnego trzęsienia ziemi, tylko robi się prawdziwie sielankowo, ale prowadząca do tej właśnie chwili aranżacja, to prawdziwa kompozytorska perełka. I jeszcze te proste słowa, oddające w pełni stan zakochania. ” I think of you night and day”.

33. Stevie Wonder „For Once In My Life”

No i znowu zmiana. Miał być „Sir Duke” z cudowną sekcją dętą, myślałem też nad „Do I Do”, ale zobaczyłem to wykonanie, te kiwające się wokół Steviego dziewczyny (a jak fajnie wyczekują na początku!) i mnie wzięło. Instrumentalnie ta piosenka to prawdziwa perełka, prosty, gitarowy wstęp nie zapowiada późniejszych szaleństw w tle. Stevie Wonder – nie wiem, czy w ogóle był ktoś lepiej przekazujący pozytywne emocje za pomocą muzyki.

32. Eurythmics „Here Comes The Rain Again”

Tu wybór był trudny tylko pozornie. „Sweet Dreams”, czy „Here Comes The Rain Again”? Pierwszej z tych piosenek za bardzo się boję, drugiej trochę mniej. Tak naprawdę nie ma się tu czego bać, ale jednak aranżacje w obu utworach, teledyski i w ogóle sam, w jakimś stopniu ascetyczny duet wykonawców, tworzą rodzaj dystansu między piosenką a słuchaczem. Podoba nam się, ale ogarnia nas rodzaj tajemniczego chłodu i aura niedostępności. Taka wampiryczna muzyka, a tak naprawdę to dojrzały, przemyślany, mocno wpływający na odbiorcę pop, w wykonaniu jednego z najciekawszych muzycznych duetów.

31. Michael Sembello „Maniac”

Piosenka z jednego z najbardziej obśmianych filmów w historii kina. A to przecież po prostu baśń przeniesiona we współczesne czasy. O kobiecie-spawaczu, która chce zostać baletnicą. No i tańczy. Jako, że inną znaną piosenkę z tego filmu, czyli „What A Feeling” Irene Cary, również skutecznie obśmiał mi kiedyś komiks „Kaznodzieja”, wrzucam tu ten utwór, który zresztą z tych dwóch wolę. „Maniac” najlepiej działa na słuchawkach, nie ma jak uciec od tego szybkiego rytmu. Ale chyba nie zdradzę sekretu, jeśli powiem, że tak naprawdę to nocna piosenka, której powinno słuchać się przy przygaszonych światłach, najlepiej wpatrując się w odległe życie wielkiego miasta, gdzieś z wysokich pięter wieżowca. Słuchajcie i wypatrujcie wracającej po ciężkim dniu pracy spawaczki. Ona wraca, ale jeszcze nie do domu.

Wydawnictwo Komiksowe
Poprzedni

Anioł przeznaczenia [recenzja]

Egmont
Następny

Batman: Ziemia Jeden [recenzja] [komiks]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz