RANKINGI 

100 najlepszych popowych piosenek #50-41

Oto nasza kolejna dziesiątka popowych utworów, tym razem z miejsc #50-41.

 

50. Elvis Presley „Love Me Tender”

Nie dorosłem jeszcze do twórczości Presleya. W przeszłości szmat czasu zajęło mi, żeby poznać się na The Beatles, czy na Franku Sinatrze, ale Presley jest dla mnie wciąż nieodkrytym lądem. Co dziwniejsze, jego wczesne muzyczne dokonania bardziej pasują mi na listę stu najlepszych rockowych (rockandrollowych!) piosenek. Miejsce pięćdziesiąte dla Presleya dla niektórych będzie zniewagą i nieporozumieniem, a dla mnie to po prostu rodzaj cezury – może dopiero gdzieś w wieku pięćdziesięciu lat odkryję w pełni jego muzykę i stanie się tak, że mną ona zawładnie? Niemniej, w międzyczasie dorosłem do filmów Davida Lyncha, do jego „Dzikości serca” i wydaje mi się, że rozumiem, skąd tam tyle odniesień do Elvisa. Nicolasie Cage, jakimż ty byłeś wtedy (śpiewającym) aktorem!

49. Frank Sinatra „My Way” i David Bowie „Life on Mars?”

„My Way” – jakaż piękna piosenka o życiu, aż dreszcze przechodzą. Ciekawostką jest, że to w ogóle cover francuskiego utworu,  „Comme d’habitude”. Również ciekawy jest fakt, że dla niektórych odbiorców utworu Sinatry, ten po części pompatyczny i po części do bólu szczery song był po prostu nie do zniesienia. Dlatego zawsze po wysłuchaniu „My Way”, warto odtworzyć odnoszący się do niej utwór Davida Bowie, „Life On Mars?”. Po poruszających, pełnych patetycznych uniesień, życiowych podsumowaniach Franka Sinatry, opakowany w równie pompatyczną aranżację, ale za to mocno surrealistyczny tekst w wykonaniu Bowiego, o dziwo, sprowadzi nas natychmiast na ziemię. Nie wiem czy to do końca pop, bardziej jego parodia. Ważne że obie te piosenki, umieszczone obok siebie tworzą prawdziwie niezapomnianą, z pozoru nie pasującą do siebie parę.

48. Daryl Hall & John Oates „Maneater”

Dobra, koniec tych wzlotów. Teraz klimatyczna, taneczna piosenka z prawdziwie ludożerczym passusem w refrenie. Piosenka z czasów młodości Rossa i Chandlera z „Przyjaciół”, albo Phila Dunphy z „Modern Family”. Hall & Oates dołączyli po latach do wykonawców, których wspomina się jednocześnie z rozrzewnieniem i pobłażaniem, jak Spandau Ballet, Wilson Phillips, czy oczywiście Wham! Trochę w tym winy i samego wyglądu wykonawców i wyśpiewywanych tekstów. Co tak naprawdę mało mnie obchodzi, zwłaszcza gdy piosenka, tak jak w tym przypadku jest po prostu zajebista.

47. Flash And The Pan „Midnight Man”

Takie perełki pojawiały się kiedyś w eterze dzięki Markowi Niedźwieckiemu. „Midnight Man” to pop nieoczywisty, intrygujący zarówno muzycznym podkładem jak i linią melodyczną. To chyba zresztą domena muzyków pochodzących z Australii, w których wykonaniu pop bardzo często wybijał się ponad przeciętność. Tak jak na załączonym przykładzie.

46. Stevie Wonder „Signed, Sealed, Delivered I’m Yours”

Z wyborem piosenek Stevie Wondera trzeba się zawsze pilnować. Nauczył mnie tego Jack Black, grający ekspedienta muzycznego sklepu w „Przebojach i podbojach”. Dzięki niemu od razu wiedziałem, że gdybym wrzucił na tę listę „I Just Called To Say I Love You”, naraziłbym się na śmieszność i ostracyzm. Na całe szczęście,  tak samo jak postać grana przez Blacka uważam, że Stevie Wonder, szczególnie w latach siedemdziesiątych napisał dużo piosenek o niebo lepszych od jego najbardziej rozpoznawalnego przeboju. Nie da się spośród nich wybrać tylko tej jednej, jedynej, dlatego Stevie pojawi się jeszcze w tym rankingu nie raz. A tutaj mamy jeszcze wykonanie w niezwykłej, gwiazdorskiej oprawie i z tańczącym prezydentem USA!

45. The Chordettes „Mr. Sandman” i The Beach Boys „California Girls”

Dlaczego te dwie piosenki są ex aequo? Pierwsza to jeden z ulubionych tematów filmowców. Druga to leniwie płynąca opowieść,  tematycznie zbliżona do pewnej, niezwykle popularnej niegdyś piosenki Andrzeja Rosiewicza. Obie mają w sobie niespotykane pokłady (radosnej?) psychodelii. W przypadku pierwszej z nich, uzyskano ów efekt w sposób raczej niezamierzony, zaś w przypadku drugiej już nie do końca. Oba wykonania przenoszą nas w czasie do jakiejś nieistniejącej, wyimaginowanej krainy, którą ponoć była Ameryka lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku (choć akurat piosenka The Beach Boys jest z połowy lat sześćdziesiątych). No właśnie, ponoć.

44. Feist „Inside & Out”

A to już mój osobisty faworyt, piosenka po której usłyszeniu nie mogłem przez długi czas uwolnić się od niej. Śpiewana przez ciekawą, nietuzinkową artystkę, jest jednym z tych bardziej przystępnych utworów w jej repertuarze. Ale to przecież cover Bee Gees, więc ta przystępność nie powinno zbytnio dziwić. Natomiast co mnie dziwi to fakt,  że piosenka przemknęła kiedyś jakoś tak mało zauważalnie przez listy przebojów. Cóż, ważne, że ja ją zauważyłem i z pełną premedytacją wrzucam do niniejszego rankingu.

43. Carpenters „(They Long To Be) Close To You”

Carpentners to jeden z tych mniej dzisiaj rozpoznawalnych, przynajmniej u nas, popowych zespołów z USA. No tak, po prostu bardziej znamy się, także na Dzikiej Bandzie, na Johnie Carpenterze. A zatem dla równowagi – bo o takich zespołach i piosenkach nie powinno się zapomina, – wrzucam do rankingu piosenkę Carpenters.  To zresztą kolejna kompozycja Burta Bucharacha w tym zestawieniu i wciąż (powtarzam to już chyba któryś raz) nie ostatnia.

42. Faith No More „Easy”

Jak to jest? Czy do rankingu piosenek popowych można wrzucić utwór wykonawcy stricte rockowego? E tam stricte. Faith No More to przecież kopalnia muzycznych pomysłów z różnych sfer, które w wykonaniu Mike’a Pattona nabierają niespodziewanego sznytu i wychodzą poza rockowy zaścianek.  Patton już dawno temu udowodnił, że nie jest artystą, którego da się zaszufladkować. No i upodobał sobie, o czym wiemy też z jego solowej działalności – covery. Oprócz „Easy”, które porusza mnie bardziej niż oryginał The Commodores, można poszperać za jego wykonaniem standardu „Spanish Eyes”, czy wykonywanym przez Faith No More na koncertach przebojem z lat siedemdziesiątych duetu Peaches & Herbs, „Reunited”. Mnie zawsze zadziwia jedno. Patton śpiewający na płycie Faith No More, „Real Thing” i Patton śpiewający na następnej płycie, „Angel Dust”. W tym pierwszym przypadku miejscami drażniąca, choć cechująca się za to dużą rozpoznawalnością maniera, a w tym drugim, niczym objawienie, pełna wokalna przemiana i  świadomość własnych  możliwości. Porównajcie sobie.

41. Chaka Khan „I’m Every Woman”

Nie będę się rozpisywał. To jest esencja końcówki lat siedemdziesiątych. Piosenka o istocie i sile   kobiecości z prostym, genialnym tytułem. Do tańczenia i do następnego razu!

Albatros
Poprzedni

W sieci

Hanami
Następny

Mushishi #1 [recenzja]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz