KINO / DVD RANKINGI 

2000 – 2015 – Najgorsze filmy fantastyczne XXI wieku

Piętnaście lat XXI wieku za nami. Dobry moment na podsumowanie. Oto najgorsze (naszym zdaniem) piętnaście filmów fantastycznych, jakie pojawiły się między 2000 a 2015 rokiem. Coś pominęliśmy? Coś byście dopisali?

Matrix 2-3, reż. Andy i Lana Wachowscy, USA 2003

Kiedy bracia (teraz już siostra i brat) Wachowscy kręcili pierwszy Matrix, nie mieli pojęcia, że ich film odniesie tak spektakularny sukces. I choć sami twierdzą zupełnie inaczej – według nich od początku planowali trylogię – rozdźwięk między pierwszą a drugą i trzecią częścią jest tak gigantyczny, iż trudno wierzyć, że zrealizowali je ci sami ludzie. Matrix był niezwykle ożywczą i inteligentną grą z fantastycznymi schematami. Reinterpretując po swojemu wyeksploatowany wydawałoby się motyw o ludziach walczących z maszynami, bracia stworzyli nową jakość w fantastyce i dzieło, które otoczono kultem. Niestety cała ich pomysłowość wyparowała w kolejnych częściach. Matrix Reaktywacja (i jego kontynuacja Matrix Rewolucja) to chyba największe rozczarowanie w kinie fantastycznym ubiegłej dekady. Z opowieści o Neo walczącym z maszynami zniknęła inwencja zastąpiona rutyną. Owszem, to widowiskowy film, ale też i przewidywalny jak kac po libacji. (RZ)

Prometeusz, reż. Ridley Scott, USA 2012

Trzy lata scenarzyści pisali scenariusz do filmu, który miał nie tylko odświeżyć sagę Obcy, ale być arcydziełem kina SF. I tak pisali, pisali, że w końcu napisali – coś, co jest skrzyżowaniem tez Ericha von Däniekna z czwartą częścią przygód Indiany Jonesa i tanim filmem fantastycznym o misji wyruszającej w nieznane. Tanim, bo mimo wielkiego budżetu ten film jest zwyczajną kolbą z próżnią. Scott udowadnia wybitnie, iż zapomniał, jak kręci się fantastykę, która przeraża. Opowieść o grupie naukowców, którzy szukając kolebki ludzkości, trafiają na planetę pełną złych obcych, rządzi się natrętnymi schematami i kompletnym brakiem postaci, z którymi widz mógłby się identyfikować. Ani android myślący, że jest Peterem O’Toolem, ani pani naukowiec z misją nie posiadają charyzmy Ripley, czyli bohaterki oryginalnego cyklu. Brak bohatera można nawet wybaczyć, reszty jednak już się nie da. Prometeusz tylko udaje, że jest filmem przełomowym, mówiącym coś nowego w fantastyce. To produkcja zrodzona z czystej kalkulacji Scotta i scenarzystów, którzy wiedzieli, że publiczność tak kocha cykl o Obcych, że jego nową odsłonę zobaczy na pewno. Zobaczyła. Ale czy pójdzie na drugą zapowiadaną przez Scotta część Prometeusza, wątpię. Trzeba być naprawdę dużym frajerem, żeby dać się dwa razy nabić w butelkę. (RZ)

Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia, reż. Scott Derrickson, USA 2008

Powód, dla którego powstał ten film jest bliżej nieznany, niestety. Klasyczny a przy tym świetny film SF Roberta Wise’a w zasadzie nie wymagał retuszu (dobra efekty owszem, tak). Ale stało się.  Niestety to, co otrzymaliśmy to dziewięćdziesięciominutowy filmowy pustostan. Znaczy to tyle, że: nic tu się nie dzieje, wizyta (obcego, który generalnie nie jest obcym) Klaatu jest absurdalna, a cały film dryfuje na mieliznach scenariusza wprost do piekła bram. (RZ)

Zdarzenie, reż. M. Night Shyamalan, USA 2008

Ostateczny dowód na to, iż twórca „Szóstego zmysłu” nie jest wstanie nakręcić dobrego filmu. Pomysł był niezły. A co jeśli pewnego dnia ludzie nagle zaczną jak lemingi popełniać grupowe samobójstwa? No cóż po nakręceniu tego czegoś samobójstwo powinien popełnić Shyamalan. Niestety nie wybrał tej opcji, za to kręci nowy film. Dlaczego „Zdarzenie” jest tak niedobre? Otóż – po pierwsze: to, co wygadują w nim aktorzy to czysta grafomania. Po drugie: motywacje, jakie nimi kierują są niezrozumiałe. Po trzecie: nie ma w tym filmie ani grama fabuły. Był owszem pomysł (coś zmusza ludzi do odbierania sobie życia), ale na tym się on skończył, bowiem logiczne wytłumaczenie tego, co się w tym filmie dzieje nie jest możliwe. (RZ)

Babilon AD, Matheiu Kassovitz, Francja/USA 2008

Po obejrzeniu „Babilonu AD” postanowiłem dać ogłoszenie w prasie: „przez miesiąc będę świadczył usługi seksualne kobiecie, która wytłumaczy mi o co w tym czymś chodziło”. Starłem się obejrzeć ten film drugi raz, ale nie dałem rady. Pewien najemnik wiezie pewną dziewczynkę. Wiezie ją, wiezie i wiezie, dowozi, ona rodzi mesjasza. Koniec. A do tego jeszcze dochodzi masa religijnego bełkotu, trochę efektów i Vin Diesel. Dla bardzo zdesperowanych gospodyń domowych. (RZ)

Jestem legendą, reż. Francis Lawrence, USA 2007

Najgorsza filmowa adaptacja genialnej powieści Richarda Mathesona. Oryginał opowiadał o życiu ostatniego człowieka na Ziemi (reszta zamieniła się w stwory będące skrzyżowaniem wampirów z zombie). Była w tym głębia, nerw i niezwykła atmosfera osamotnienia. Mógł z tego powstać film genialny, mroczny i transowy. Niestety trzy adaptacje nie zbliżyły się do siły oryginału. O ile jednak stare filmy oparte na tekście Mathesona da się oglądać tak dzieła Lawrence’a już nie. Reżyser zniszczył w nim wszystko to, co stanowiło siłę oryginału. Dopisał koszmarną puentę, z bohatera (samotnika, który nie radzi sobie z samotnością) uczynił herosa, a potwory nagle stały się bardziej ludzkie. Koszmarny film, k o s z m a r n y. (RZ)

Bitwa o Ziemię, reż. Roger Christian, USA 2000

Dzieło Christina słusznie uznawane jest za jeden z najgorszych filmów w historii kina. Oparta na prozie Rona Hubbarda (założyciel kościoła scjentologicznego) „Bitwa o Ziemię” opowiada o inwazji występnych Psyklopów. Ludzie stają się ich niewolnikami. Na szczęście jest przecież podziemna baza US Army, kopia Deklaracji Niepodległości i bohaterski Jonnie. Bzdura podniesiona do potęgi entej plus John Travolta w roli która ośmieszyła go na całe lata. Niezamierzona komedia dla wybranych. (RZ)

1000 lat po Ziemi, reż. M. Night Shyamalan, USA 2013

I znowu Shyamalan, i znowu Smith. Film „Bitwa o Ziemię” osiągnął dno. Obraz twórcy „Szóstego zmysłu” wbił się w muł. „1000 lat po Ziemi” jest tak złe, że – uczciwie stawiając sprawę – nie chce nam się nawet o nim pisać. (RZ)

Obcy kontra Predator 2, reż. Greg Strause, Colin Strause, USA 2007

O ile pierwszą część można było od biedy strawić jako oderwaną od dwóch legendarnych serii lekką opowiastkę, tak sequel podkręca poziom absurdu do granic możliwości. W telegraficznym skrócie: przeżywające uczuciowe rozterki nastolatki, wespół z wojskiem próbują powstrzymać panoszące się po sennym miasteczku kreatury. A wszystko to okraszone grobową powagą historii, wiadrami posoki i bombą atomową. Wyrażenie „rwać włosy z głowy” nabrało po seansie tego filmu dla fanów Obcego i Predatora bardzo dosłownego znaczenia. (MB)

Liga Niezwykłych Dżentelmenów, reż. Stephen Norrington. USA 2003

O jakości tego filmu niech świadczy fakt, że po zagraniu w nim Sean Connery zdecydował się odejść na emeryturę. Norrington adaptując genialny komiks Alana Moore’a nie tylko nic z niego nie zrozumiał (nie musiał w końcu), ale przede wszystkim nie potrafił w żaden sposób wykorzystać potencjału herosów zebranych na planie. Filmowa „Liga…” nie sprawdza się ani jako zabawa konwencją, ani jako film przygodowy (jest niemiłosiernie nudna), ani jako pastisz. Dawno nie było w kinie filmu tak niepotrzebnego i chaotycznego. Pomnikowy przykład zmarnowanego, gigantycznego potencjału. (RZ)

Green Lantern, reż. Martin Campbell, USA 2011

Na liście osób, które miały reżyserować przygody Zielonej Latarni znaleźli się i Quentin Tarantino i Kevin Smith, ale film finalnie trafił do rąk Martina Campbella – sprawnego rzemieślnika, który jednak tym razem zupełnie nie poradził sobie z materiałem. „Green Latern” to kwintesencja filmowego chaosu. Sceny z siebie nie wynikają, postaci są fatalnie prowadzone, Rayan Reynolds zamiast zjednywać naszą sympatię irytuje, a to co mówią do siebie bohaterowie… No właśnie. Obok „Ataku klonów”, „Zielona latarnia” to modelowy przykład na to jak nie powinno się pisać dialogów w kinie superbohaterskim. Efekt? Autentycznie jeden z najnudniejszych i najgorszych filmów o trykociarzach. W sumie to jest gorszy od „Fantastycznej czwórki” – kompletnie pozbawiony pomysłu na realizację i nudny. (RZ)

Supernova, reż. Walter Hill, USA 2000

Rzecz o ratowaniu ostatniego ocalałego na opuszczonej stacji wydobywczej w nieznanym zakątku kosmosu – czego dowiadujemy się szybciej niż jesteśmy w stanie przyswoić. A dzieje się dopiero później. Bieganie, od miłości do nienawiści w pięć minut, seks, znów bieganie, penisoidalne artefakty, jeszcze trochę seksu, bijatyka i w końcu fanfary. Po tym wszystkim po czole spływają nam grube krople potu i czujemy się starsi o dziesięć lat.  Po dziś dzień jedna z najbardziej spektakularnych klap finansowych w historii kinematografii i niekończąca się księga mądrości dla młodych twórców, jak nie prowadzić linii fabularnej. (MB)

Nostalgia anioła, reż. Peter Jackson, USA 2009

Czternastoletnia Susie Salmon została brutalnie zgwałcona i zamordowana. Jej ciała nigdy nie odnaleziono. Dziewczynka z nieba (lub innej krainy) przygląda się swojej rodzinie oraz mordercy. Taką historię opowiada film Petera Jacksona Nostalgia anioła. Twórca Władcy Pierścieni adaptował na potrzeby filmu bestsellerową powieść Anne Sebald. Mający opinię wizjonera Hollywood Jackson pragnął w swoim filmie pokazać wizję zaświatów, jakiej do tej pory w kinie nie było. Tym sposobem budżet skromnego fantasy-obyczajowego filmu, który w założeniach miał kosztować nie więcej niż 10 milionów dolarów, zaczął rosnąć w zatrważającym tempie. Nieoficjalnie mówi się, iż Nostalgia anioła pochłonęła aż 100 milionów. I niestety się nie zwróciła. Film okazał się największą klapą finansową w karierze reżysera, zarabiając w Stanach Zjednoczonych niecałe 40 milionów. Nostalgii anioła nie pomogła nawet zapierająca dech w piersiach wizja miejsca, do jakiego trafia po śmierci Susie. Baśniowe morza, po których żeglują statki w szklanych butelkach, magiczne drzewo życia, którego liście zamieniają się w ptaki, nie przekonały do siebie widowni. Powód?  I Otóż Nostalgia anioła to film nie dość że pozbawiony emocji, to bazujący na banalnych kliszach. Chcecie szalejącego ze zmartwienia ojca?  Macie. Pijąca babka? Proszę bardzo. Matka, która przed bólem ucieka do Kalifornii zrywać owoce? Oczywiście. Nagromadzenie banałów na centymetr sześcienny taśmy sprawia, że „Nostalgia anioła” zamienia się w świetnie stuningowaną brazylisjką telenowelę. (RZ)

Pluto Nash, reż. Ron Underwood, USA 2002

Ron Underwood, człowiek który dał nam znakomite „Tremors” postanowił spróbować swoich sił w wysokobudżetowej komedii SF. To mogło się udać. Underwood w końcu poczucie humoru ma, a gatunek świetnie czuje. Więc co się stało? Ano rzecz dziwna. Facet, który potrafi kręcić dynamiczne i zabawne kino, zrealizował jeden z najnudniejszych filmów rozrywkowych w historii. Teoretycznie opowieść o banicie, który chce odejść na emeryturę i w spokoju prowadzić klub na księżycu powinna pędzić z prędkością światła, a tu… Niemal Antonioni… Nic się nie dzieje, zaś nad tą narracyjną próżnią unosi się irytujący (tym razem bardzo) śmiech Eddiego Murphy’ego. „Pluto Nash” kosztował 120 milionów, zarobił raptem 7, co czyni z niego największą klapę finansową w historii kina. (RZ)

Gwiezdne Wojny Epizod II: Atak Klonów, reż. George Lucas, USA 2003

Opowieść o Luke’u Skywalkerze ma już swoje zasłużone miejsce w popkulturze, a o jej fenomenie napisano dziesiątki tysięcy (jeśli nie setki tysięcy) książek. George Lucas, pomysłodawca i twórca serii, przez lata się odgrażał, iż powróci do świata swoich bohaterów. I powrócił, wywołując przy tym niemałe poruszenie nie tylko w środowisku fanów, ale w ogóle ludzi kochających kino. Pierwsza część nowej trylogii była zła – po prostu zła. Ale katastrofa nadeszła wraz z premierą kolejnej odsłony serii Ataku klonów. Ten film dobitnie udowadnia, że Lucas stracił zdolność reżyserowania i prowadzenia aktorów. Atak… to blisko dwie i pół godziny chaosu przeplatanego absolutnie nieprawdopodobnymi scenami romansowymi. A to, co młody Anakin wygaduje do księżniczki Amidali, to nie tylko bełkot, ale stek banałów, po których usłyszeniu powinna wiać od faceta, gdzie pieprz rośnie, uniemożliwiając tym samym prokreację i powstanie klasycznej trylogii. (RZ)

a12922s4jat
Poprzedni

Wall Street – chciwość jest dobra [recenzja]

blueberry 5
Następny

Blueberry tom 5 - kowboje a sprawa Indian [recenzja]

REDAKCJA

REDAKCJA

3 Comments

  1. Piotr
    2016-01-06 at 18:21 — Odpowiedz

    MROCZNE WIDMO NIE JEST ZŁE. DWA. TRZY.

  2. 2016-01-06 at 18:42 — Odpowiedz

    Przezyje Babylon, mimo ze film lubie, umilkne jesli chodzi o Jestem Legenda, bo nie kazdy takie cos lubi, ale pierdolenie o Gwiezdnych Wojnach nie zniose. Fakt, 2 i 3 to takie gowna, ze po dzis dzien sie ich bole, ale jedynka? To czesc, ktora na rowni mozna postawic obok 4-6, czemu? Poniewaz ma ona w sobie to co tak wszyscy kochali, czyli humor, ktory byl slaby, ale o to chodzilo, banalna historia o nadejsciu za parenascie lat wielkiego zlego, lecz na poczatku jest dobry on dobry, mile kino familijne, ktore zniszczyli ludzie debile, ktorzy nigdy nie mieli szans pokochac 1, bo nie mogli z powodu zbyt duzych wyobrazen, to samo moge i o panu powiedziec.

  3. 2016-01-07 at 11:41 — Odpowiedz

    Niektóre wybory są bardzo dyskusyjne a opisy złośliwe mam takie wrażenie. To jest trochę tak że albo się stosuje jakieś kryterium oceny albo tylko pisze co się lubi i co by się chciało. Inaczej mówiąc wygląda to tak jakby ktoś pisał o swoich niespełnionych marzeniach reżysera czy scenarzysty i dowalał ile wlezie. Z tych podanych propozycji z całą pewnością nie zostały one uczciwie zaprezentowane. Zawsze bronie filmu „Prometeusz” mimo że jest wiele krytyki na temat tego filmu to zależy kto ją wygłasza czy osoby lubiące gatunek ale nie zaciekle będące fanem serii czy własnie ktoś kto patrzy tylko ściśle z perspektywy całej serii. Kiedy się rozbudzi wielkie oczekiwania i nadzieje to potem czasem jest rozczarowanie i tylko po kilku latach można ocenić dane dzieło czy było faktycznie tak słabe czy może lepsze niż się kiedyś wydawało. Prometeusz na pewno nie jest tak słaby jak go przedstawiono, film ma w sobie ciekawość, trochę mroku i nute nawiązania do poprzednich części a koniec zapowiada coś dalej, mi to wystarczy. Byłem na nim w kinie i dobrze go odebrałem a jakiś czas temu oglądałem go w TV i też wydał mi się ok. Drugi film z którym absolutnie nie mogę się zgodzić to JESTEM LEGENDĄ, film jest bardzo udany i nie każdy musiał czytać książkę a na tle podobnych produkcji można wybrać całą masę gniotów choćby serie Resident Evil , której można by poświęcić osobny artykuł. Nie będę z resztą propozycji dyskutował chociaż Babylon Ad też ma swoich zwolenników i przeciwników.

    Do podanej listy mało udanych produkcji dodałbym jeszcze:

    1. Battleship: Bitwa o Ziemię – nie wiem co tam robi Liam Neeson :(
    2. Bitwa o Los Angeles
    3. Resident Evil jako seria chociaż pierwsza część była dość dobra i z dwie miały potencjał na coś lepszego
    4. Pamięć absolutna (2012r) takie reaktywacje to żenada i aktorzy nie ratują tego
    5. Terminator 3 Byłem w kinie i mam niesmak do dzisiaj
    6. Transformers/ X-man itd, itp to już tasiemce są, które nie wzruszają niczym
    7. Kowboje i obcy… przemilczę
    8. Gamer
    9. Ultraviolet

    Jest tego cała masa od komerchy po nieco ambitniejsze spojrzenie i po jakieś dziwne wymysły.

Dodaj komentarz