RANKINGI 

2000 – 2015 – najlepsze filmy fantastyczne XXI wieku

Piętnaście lat XXI wieku za nami. Dobry moment na podsumowanie. Oto najlepsze (naszym zdaniem) piętnaście filmów fantastycznych, jakie pojawiły się między 2000 a 2015 rokiem. Coś pominęliśmy? Coś byście dopisali?

Przez ciemne zwierciadło, reż. Richard Linklater, USA 2006

Linklater dokonał niemożliwego, czyli zaadaptował na potrzeby kina jedną z najlepszych powieści Philipa K. Dicka. Co więcej, zrobił to w genialny sposób. „Przez ciemne zwierciadło” to opowieść o uzależnieniu i rozpadającej się osobowości. Temat nie jest łatwy, film także, ale jak to się ogląda. Aby mocnej pokazać paranoję rządzącą światem Dicka reżyser zastosował w tym filmie dość specyficzną technikę realizacji. Jak ktoś widział, wie o co chodzi, a jak nie, to niech biegnie do wypożyczalni. Bo warto. (RZ)

Zakochany bez pamięci, reż. Michel Gondry, USA 2004

Najlepszy film z Jimem Carrey’em i jedna z najpiękniejszych komedii romantycznych. No dobra, przesadzam może z tą komedią. „Zakochany bez pamięci” to opowieść o pewnym zwykłym szarym facecie, który porzucony przez kobietę, pragnie skasować ją z pamięci. Dosłownie. Zatrudnia, więc do tego specjalną firmę zajmującą się kasowaniem wspomnień. I tutaj zaczyna się zabawa. Miłość tak łatwo nie odpuszcza, a ludzie czasami bywają podli, tak więc grany przez Carrey’a bohater postanowi walczyć o wspomnienia i uczucia. Wysmakowany, wspaniale surrealistyczny film do wielokrotnego oglądania. (RZ)

Primer, reż. Shane Carruth, USA 2004

Motyw podróży w czasie jest tak stary jak fantastyka, ale to co zrobił z nim Carruth zaskoczyło nawet największych fanów fantastyki. Skromny (by nie powiedzieć ascetyczny) film opowiada o perypetiach dwóch przyjaciół, którzy uwikłani w paradoksy czasowe wystawiają na próbę własną przyjaźń. Ten film do dowód na to, że nie mając pieniędzy można zrobić film wybitny. Tylko trzeba mieć na niego pomysł. Carruth miał genialnie prosty. (RZ)

Doomsday, reż. Neil Marshal, Szkocja 2008

Jedni tego filmu nienawidzą (za okrucieństwo, brzydotę i idiotyczną fabułę) drudzy kochają (z tych samych powodów). Twórca rewelacyjnego horroru „Zejście” tym razem zabawił się wizją świata po zagładzie. Koniec ludzkości zaczyna się w Szkocji. To właśnie tam pojawia się zabójczy wirus. Kraj zostaje odcięty od świata i skazany na zagładę. Niestety kilka lat później wirus pojawia się w Londynie. Rząd brytyjski postanawia wysłać komandoskę wraz z oddziałem żołnierzy do Szkocji w poszukiwaniu lekarstwa. To, co dzieje się później to kompletny odjazd. Mamy tu gangi kanibali, średniowiecznych rycerzy, pojazdy rodem z Mad Maxa i super komandoskę. Jak ktoś lubi zabawę kinem gatunkowym będzie „Doomsday” zachwycony. Warto jednak pamiętać, że jest to zamierzona kpina z kina postapokaliptycznego. (RZ)

Dystrykt 9, reż. Neill Blomkamp, RPA 2009

„Dystrykt 9” to gorzkie i brutalne studium ludzkiej ksenofobii, ale podane w formie widowiskowego akcyjniaka. Blomkamp stworzył skromny, niezależny film o niebywałym zasięgu, gdzie reporterski styl miesza się z tradycyjną narracją. Gra na emocjach, potrafi zmusić do refleksji, nie bawi się w polityczną poprawność, nie idzie na ustępstwa. Tym samym tchnął w skostniały gatunek sporo energii i świeżości, a to wszystko przy minimalnym budżecie. (PD)

Moon, reż. Duncan Jones, UK 2009

Film Jonesa to kolejny przykład na to, że dobre science fiction nie potrzebuje rozbuchanych efektów specjalnych, a dobrej historii. Ta, w „Moon”, nie jest skomplikowana, ale oddziałuje z niezwykłą intensywnością. Oto na stacji wydobywczej na Księżycu, Sam Bell kończy trzyletni kontrakt nadzorczy. Na kilka dni przed odlotem okazuje się, że nie był na niej sam… Jones stworzył kameralny, niezwykle inteligentny obraz, poruszający ważkie zagadnienia, które przed nim zgłębiali m.in. Dick, Asimov czy Matheson. I ta cudna muzyka budująca klaustrofobiczną atmosferę…(PD)

W stronę słońca, reż. Danny Boyle, UK 2007

„W stronę słońca” to najlepszy film o ratowaniu Ziemi przed zagrożeniem z kosmosu. Do bólu realistyczny i zbudowany na naukowych fundamentach, z dopieszczonym każdym detalem: od fabuły i scenografii, przez muzykę aż po grę aktorską. Wszystko w tym obrazie współgra idealnie, a zdawałoby się, że pomysł wyjściowy, czyli reaktywowanie gasnącego słońca za pomocą siły atomu, jest skrajnie głupi. Ale nie w rękach Boyle’a, który stworzył niezwykle wysmakowany, mądry i jednocześnie przerażający film science fiction, w którym to „science” jest właśnie najważniejszym pierwiastkiem. (PD)

Atak na dzielnicę, reż. Joe Cornish, UK 2011

Niewielki film Cornisha to niezwykle odświeżające i autentycznie zabawne spojrzenie na inwazję z kosmosu, a przy tym wprowadzenie do popkultury jednego z najbardziej oryginalnych wizerunków obcego. W jednej z dzielnic Londynu rozbija się meteoryt z samicą niezwykle krwiożerczego gatunku. Pech chce, że zostaje ubita przez członków gangu, którzy nie zdawali sobie sprawy, że przybyła tu w celach godowych. Niedługo po niej zjawiają rozwścieczone samce szukające partnerki. Rozpoczyna się krwawy rajd po dzielnicy, a w jej obronie stają młodociani gangsterzy i handlarze prochami. Film szybko zyskał status kultowego, a główną rolę gra w nim John Boyega, który teraz stał się rozpoznawalny dzięki „Gwiezdnym Wojnom: Przebudzeniu Mocy”. (PD)

Mroczny Rycerz, reż. Christopher Nolan, USA 2008

Guru amerykańskiej krytyki filmowej, legendarny Roger Ebert, na łamach „Chicago Sun Tribune” napisał: „Nowy Batman nie jest już komiksem”. I trudno się z nim nie zgodzić. Film Nolana ostatecznie zerwał z komiksową umownością i sztampą. To mroczny, drapieżny film sensacyjny, który jedynie na potrzeby fabuły wykorzystuje komiksowe postacie. Niby wciąż mamy tu odniesienia do rysowanych historyjek, ale cytatów ze współczesnej klasyki kina akcji, z „Gorączką” Michaela Manna na czele, jest w nim więcej. Mroczny Rycerz to ostateczny dowód na to, że mariaż komiksu, kina i współczesności może udać się w stu procentach. (RZ)

Strażnicy Galaktyki, reż. James Gunn, USA 2014

Oto najlepszy, taneczny film fantastyczny. A także najbardziej bezpretensjonalny obraz z uniwersum Marvela. Wielka w tym zasługa odtwórcy głównej roli, wyluzowanego Chrissa Pratta i jego grupki towarzyszy, na czele z szopem z giwerą i gadającym głosem Vina Diesela drzewem. No i przede wszystkim, to zasługa reżysera, Jamesa Gunna, po którego wcześniejszych dokonaniach wiadomym było, że z superbohaterskich tematów potrafi wykrzesać coś nowego i świeżego. „Strażnicy Galaktyki” okazali się sentymentalnym łącznikiem z kinem Nowej Przygody, urzekając bezpretensjonalną fabułą, dzięki której dowiedzieliśmy się, że czasem do ocalenia wszechświata wystarczy intrygujący, taneczny krok.(TM)

Mad Max: na drodze gniewu, reż. George Miller, Australia 2015

George Miller po kilkudziesięciu latach powraca do swojej sztandarowej serii i po prostu rozjeżdża filmową konkurencję, a przy okazji udaje mu się stworzyć w postaci Cesarzowej Furiosy nową, kobiecą ikonę kina. „Mad Max: na drodze gniewu” napędzany gniewem i furią współczesności już dziś dołączył do panteonu największych dzieł popkultury.

Europa Report, reż. Sebastian Cordero, USA 2013

“Europa Report” to prosty, ale  zachwycający w swojej prostocie, film ogrywający, wydawałoby się do cna wyeksploatowany, motyw kosmicznej misji, w której coś poszło nie tak. Kilka pomieszczeń, parę osób i dosłownie parę efektów dźwiękowych – dokładnie tyle potrzebował Cordero, aby opowiedzieć film, który wciąga od pierwszej sceny i trzyma w napięciu, choć przecież znamy jego puentę. Nie często zdarzają się tak małe, skromne filmiki fantastyczne, które zamiast iść na łatwiznę, przez cały czas traktują tak widza, jak gatunek śmiertelnie poważnie. (RZ)

Dredd, reż. Pete Travis. UK 2012

Ten film to perełka. Oczywiście nie wielkiej sztuki filmowej a kina klasy „B”, w którym rozwalanki, wybuchy i strzelaniny są motorem akcji a nie egzystencjalne lęki twórców. W adaptacji Travisa nie uświadczycie twarzy sędziego, ani śladu po jakichkolwiek ludzkich odruchach postaci. Jest tak jak w komiksie: krwawo, okrutnie, bez morału za to z gigantycznym ładunkiem beznadziejności.  Jest w tym filmie coś pierwotnie prymitywnego, elektryzującego. Swoją dosłownością pokazywania zbrodni sięga on czasów, kiedy kino nie bawiło się w komputerowe efekty usuwające juchę i nie próbowało być chorobliwie poprawne. Za to opowiadało proste historie o kolesiach, którym nie powinno wchodzić się w drogę. (RZ)

The Host, reż. Joon-ho Bong, Korea 2006

Za rekomendację niech posłuży fakt obecności koreańskiego obrazu na liście ulubionych filmów Quentina Tarantino. „Host” przede wszystkim zaskakuje krańcowo odmienną od zachodniej estetyką. Objawia się to  i w grze aktorskiej, i w konstruowaniu fabuły. I chociaż te  elementy budują u  nieprzyzwyczajonego do takich filmowych doświadczeń widza wrażenie gatunkowego miszmaszu, to jednocześnie przykuwają do ekranu i już nie puszczają do pamiętnego, na długo pozostającego w głowie finału. (TM)

Donnie Darko, reż. Richard Kelly, USA 2001

„Donnie Darko” kontynuuje chlubną tradycję kultowych, niezapomnianych  obrazów, które w kinach zarobiły grosze. Film zupełnie nie do zaszufladkowania. Science-fiction miesza tu się z surrealizmem niczym z „Alicji w krainie czarów”, dramat psychologiczny z mistyką, a ścieżka dźwiękowa w połączeniu z sugestywnymi sekwencjami  przyprawia o gęsią skórkę.  Dzieło życia Richarda Kelly’ego. (TM)

Rebis
Poprzedni

Gamedec: Obrazki z Imperium - energetyczne i dynamiczne science fiction [recenzja]

BBC
Następny

Sherlock i Upiorna panna młoda - Holmes niepotrzebny [recenzja]

REDAKCJA

REDAKCJA

4 Comments

  1. Max
    2016-01-05 at 19:50 — Odpowiedz

    Interstellar?

    • Anonim
      2016-01-10 at 20:44 — Odpowiedz

      Też brakuje mi go w zestawieniu

  2. Sivenus
    2016-01-06 at 17:28 — Odpowiedz

    Wszystko kwestia gustu, ja osobiście uznałem Mad Maxa za najgorszy film jaki miałem okazję widzieć.

Dodaj komentarz