RANKINGI 

5 nowych seriali na Halloween 2015 [ranking]

W Halloween można założyć na siebie coś dziwnego, zbierać lub rozdawać cukierki, no i oglądać klasyczne horrory. A co, jeśli już się wszystkie widziało? Wtedy pozostają jeszcze seriale. Oto garść najnowszych, mrożących krew w żyłach bądź przyprawiających o ataki wściekłego śmiechu telewizyjnych produkcji.

W tytule rankingu jest pięć nowych seriali, a zacznijmy tak naprawdę od szóstego, który w USA będzie miał premierę wieczorem, trzydziestego pierwszego października – „Ash vs. Evil Dead”. Pozycja obowiązkowa dla wszystkich zakochanych w popkulturze, dla fanów horroru, komedii i mającego już swoje lata Bruce’a Campbella. Ileż to trzeba było czekać na nowe, filmowe przygody Asha… W międzyczasie można było czytać komiksy z tym bohaterem (i Armią Ciemności), ale z całym szacunkiem dla obrazków z dymkami, bez szaleńczych jazd kamery i jedynego w swoim rodzaju warkotu piły mechanicznej, to jednak nie to samo. Ale już jest, już prawie jest! A zatem, Ash, piłę na rękę, czy też rękę w piłę i do dzieła!

A co poza tym?

„Scream Queens”

Nowe dzieło Ryana Murphy’ego i Brada Falchuka jest prawie na półmetku i można o nim powiedzieć  coś więcej. Wciąż zastanawiam sie, czemu właściwie oglądam tę jadącą totalnie po bandzie głupotkę, ale jakoś nie mogę przestać. Raz – z powodu wielu fajnych nawiązań do klasyki kina („Lśnienie”, „Teksańska masakra piłą mechaniczną”, „Milczenie owiec”), dwa – z powodu nawiązań do klasyki serialowej („Orange is the new black”, no i padłem, kiedy parodiowany był „Detektyw”), trzy – z powodu przeszarżowanej i przejaskrawionej konwencji kina grozy i kpiny w żywe oczy z zasad politycznej poprawności i to w taki sposób (deklamowane kwestie w wykonaniu w większości debilowatych bohaterów ze studenckich stowarzyszeń), że nie ma się do tego jak przyczepić. No i sama zagadka – kto jest, czy może raczej kim są, mordujące kogoś w bodajże każdym odcinku Czerwone Diabły?

„American Horror Story: Hotel”

Wydaje mi się, że gdybym cztery, wyemitowane jak dotąd odcinki nowej odsłony „AHS” obejrzał jednym ciągiem, najpewniej coś obluzowałoby mi się w mózgu. Wciąż nie wiem, czy „Hotel” jest dobrym serialem, bo historia jak na razie jest tu właściwie szczątkowa, ale dzięki klimatowi wytwarzanemu z pomocą znakomitej ścieżki dźwiękowej, ujęć z długimi hotelowymi korytarzami i całej galerii pokręconych postaci (naprawdę niezła Lady Gaga), seans za każdym razem ma w sobie hipnotyczną moc. Jeśli, najbardziej jak dotąd udany sezon serialu, czyli „Asylum”, można było uznać za zdrowo pochrzaniony, to ‚Hotel” jest po prostu chory. A nawet więcej, ponoć według Telewizyjnej Rady Rodziców z USA, to najbardziej plugawy i szokujący serial w historii telewizji. Hmmm, pewnie dla wielu potencjalnych widzów te słowa będą najlepszą zachętą do seansu. A przecież, twórcy jedynie (i aż) korzystają po prostu z (pop)kulturowej spuścizny Ameryki, która jest w dużej mierze właśnie taka (krwawa, szokująca, wyuzdana i plugawa), a nie inna. Dla mnie samego fajne jest w tym serialu pomieszanie i interakcje żyjących i nieżyjących bohaterów – jakby wszyscy tkwili w jedynej w swoim rodzaju, amerykańskiej halucynacji.

„You, Me and The Apocalypse”

Twórcom należą się już pochwały za sam chwytliwy tytuł. A sama fabuła? Na pierwszy rzut oka nic nowego – ot w stronę Ziemi zbliża się kometa. Jak informuje nas bohater/narrator w pierwszych sekundach serialu, już za moment, dosłownie za minutę rąbnie ona w naszą biedną planetę, co oznacza, że nie znalazł się nikt na miarę bohatera granego przez Bruce’a Willisa w „Armageddonie”, który powstrzymałby zagładę. Czekamy zatem na wielkie bum, gdy tymczasem akcja cofa się o trzydzieści cztery dni i zaczyna się naprawdę nieprzewidywalna i w dużym stopniu komediowa fabuła. Poznajemy równolegle losy kilku postaci, które pewnikiem zetkną się ze sobą w wielkim (a może małym?) finale. Zaliczamy nawet wizytę w Polsce, w której to słyszymy z ekranu jakże budujące i swojsko brzmiące słowa: „No, ja prawie zesrałem się z tego wszystkiego”. W każdym razie, może jest mało strasznie, ale za to śmiesznie (co zapewnia miedzy innymi znany ze świetnych „Wrong Mans” Mathew Baynton) i  mocno niestandardowo, jak na apokaliptyczną, z reguły ponurą i patetyczną w formie i treści  tematykę. Naprawdę perełka wśród serialowych nowości.

„Jekyll and Hyde”

Która to już filmowa odsłona słynnej opowieści Roberta Louisa Stevensona? Obok „Draculi” i „Frankensteina” to chyba najczęściej przetwarzane przez popkulturę dzieło z gatunku horroru. Tym razem mamy do czynienia z rodzajem sequela, bo najnowszy serial opowiada, uwaga!-  o wnuku doktora Jekylla, Robercie, którego rzecz jasna będzie trapić przypadłość przodka. Ok, brzmi to rzecz jasna trochę niedorzecznie, ale nie jest wcale źle, to eksperyment, który w przeciwieństwie choćby do ostatniego, kinowego Piotrusia Pana – wypalił. Jeśli przełkniemy wyjaśnienie, skąd nagle wziął się potomek Jekylla, zostaje nam kawał dobrej rozrywki z mocno rozbudowaną, wykraczającą znacznie  poza oryginał fabułą, sporą galerią potworów i polującą na nich rządową agencją od spraw nadprzyrodzonych. A tak, tego chyba nikt się nie spodziewał, ale wszystko tu na szczęście ładnie ze sobą gra, jest mrocznie, tajemniczo, z momentami rozluźniającego atmosferę humoru. Mnie serial kupił jedną, mocną  sceną z początkowych minut, nawiązującą do pierwszej, książkowej wzmianki o panu Hyde, która mówiła wszystko o jego podłym charakterze (zderza się on na chodniku z dziewczynką, dziecko pada na ziemię, a Hyde po niej depcze idąc dalej). Ciekawe tylko, czy doczekam się kiedyś w filmie wizerunku Hyde’a znanego z oryginału, czyli nie przerażającego, wielkiego, osiłkowatego monstrum, tylko małego, wrednego i wstrętnego pokurcza. Cóż, to po prostu za mało filmowe chyba.

„Midwinter of the Spirit”

Krótko i treściwie – trzyodcinkowy angielski serial, być może najciekawszy w całym zestawieniu. To ekranizacja powieści praktycznie u nas nieznanego Phila Rickmana. Stworzył on długi cykl o egzorcystce (bardzo podoba mi się też alternatywne określenie – „deliverance minister”)  Merrily Watkins, a „Midwinter of the Spirit” jest ekranizacją drugiej z kolei książki cyklu. W serialu, będąca kobiecym pastorem Merrliy dopiero przechodzi szkolenia na egzorcystę, jest na początku tej drogi. Przenosi się wraz z córką do nowej parafii, gdzie ma zastąpić zdziwaczałego i najwyraźniej szalonego kanonika. A w międzyczasie, gdzieś w środku lasu zostaje popełnione rytualne morderstwo. Zło powoli i skutecznie zaczyna mieszać w życiu głównej bohaterki i jej córki, wystawiając Merrily na ciężkie próby. Więcej tu lepiej nie zdradzać, może dodam jedynie, że mamy tu do czynienia z naprawdę przerażającym, niestandardowym czarnym charakterem, a scena jego pierwszego zetknięcia z Merrily może przyprawić o sercowe palpitacje. Poza tym duży nacisk położono na wątki obyczajowe, może nawet zbyt duży, przez co trochę tu za mało horroru, można było bardziej podkręcić doznania. Ale i tak jest bardzo ciekawie, z interesującym portretem współczesnego, anglikańskiego kościoła i mam nadzieję, że Merrily Watkins powróci jeszcze w jakiejś sprawie, w której będzie mogła bardziej wykorzystać umiejętności egzorcysty.

Wydawnictwo Dolnośląskie
Poprzedni

Odwet Oceanu - rasowy thriller science fiction [recenzja]

B. Kite kolaż DB
Następny

Klasyka kontra współczesność - zakręcone kolaże B. Kite'a [galeria]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz