RANKINGI 

7 skandali filmowych, które nudzą

Do kin trafi  „Love” kontrowersyjny niemal pornograficzny film Gaspara Noe. „Love” pokazujące dosłownie akt płciowy i ejakulację (na każde możliwe miejsce na ciele) docelowo miało wywołać skandal, ale stało się inaczej. „Wytryski w 3-D” padły ofiarą żartów, a film Noe zamiast oburzać, niezamierzenie bawi… Ale przecież bardzo często programowe skandale filmowe kończą się nieprogramową kpiną. Dlatego też wybraliśmy siedem filmów, które miały wywołać (i wywoływały) skandale, a dziś… no właśnie dziś najczęściej bawią, albo zwyczajnie nudzą.
 

 Głębokie gardło (Deep Throat)  Reż. Gerard Damiano. USA 1972

Pierwszy film pornograficzny, jaki trafił w Stanach do oficjalnych kin. Wielka afera na cały kraj i wielkie oburzenie. No i najlepiej zarabiający pornos w historii, bo przy budżecie 25 tysięcy dolarów zarobił do dziś 600 milionów. W 1972 roku uznawany był za film będący manifestacją seksualnego wyzwolenia Ameryki: oto opadła ostatnia maska, tak wygląda kopulacja, wszyscy to robicie, teraz możecie też to oglądać, i to nie potajemnie. Dziś jednak nawet w kategorii porno „Głębokiego gardła” nie da się oglądać. Kamera lata tu na wszystkie strony, „aktorzy” są straszni, a fabuła… No właśnie, ten film ma fabułę! Otóż chodzi w nim o to, iż pewna kobieta nie może szczytować podczas normalnego stosunku, albowiem, jak się okazuje, ma łechtaczkę umieszczoną w gardle. Reszty można się domyślić. Jeśli więc ktoś chce po ten film sięgnąć teraz, to chyba tylko ze względów historycznych (w końcu od tytułu tego filmu wziął swój pseudonim informator dziennikarzy, którzy odkryli aferę Watergate). Uwaga! „Głębokie gardło” doczekało się sześciu kontynuacji. Niestety nie zagrała w nich Linda Lovelace.

Dzieje grzechu Reż. Walerian Borowczyk. Polska 1975

No i mam problem z tym filmem. Niby jak na polskie warunki odważny, ale żeby zaraz skandaliczny czy też skandalizujący, jak o nim mówiono? Wiem, że czas swoje zrobił, że zmieniła się obyczajowość, ale ja naprawdę nie rozumiem, o jaki skandal mogło chodzić. Tym bardziej że w tym samym roku we Francji Borowczyk nakręcił o wiele bardziej prowokującą, szaloną, do dziś kontrowersyjną „Bestię”. Ale właśnie chyba w tym tkwi klucz do zrozumienia, dlaczego „Dzieje grzechu” dziś ogląda się jak czytankę dla licealnej młodzieży. Otóż film ten Borowczyk kręcił w siermiężnym Peerelu. To, co libertynowi i skandaliście, jak mówiono o Borowczyku, uchodziło nad Sekwaną, nad Wisłą uchodziło już mniej, bo socjalistyczna moralność nie dopuszczała zbytniego świntuszenia na ekranie. Komuna była przecież ostoją obyczajowej hipokryzji. Ale też i nie przesadzajmy, wszak i za Peerelu powstawały filmy bardzo odważnie pokazujące nagość i miłość fizyczną, by wspomnieć tu choćby o zrealizowanej w 1971 roku „Perle w koronie” Kazimierza Kutza. Widać więc, że jak ktoś chciał, to mógł. Borowczyk być może nie do końca był pewien, na ile może sobie pozwolić, jeśli chodzi o „momenty”. Ale i te, które się w filmie znalazły, wystarczyły, by w Polsce przyciągnąć do kin tłumy widzów. Choć teraz owe „momenty” wydają się raczej grzeczniutkie. Poza „odważną” erotyką film wywołał jeszcze jeden skandal, który bardziej dotyczył okoliczności jego kręcenia niż samego obrazu. Otóż Grażyna Długołęcka, odtwórczyni postaci Ewy Pobratyńskiej, głównej bohaterki filmu – kobiety, która z miłości stacza się na dno, zostaje prostytutką itp. – udzieliła pod koniec lat 90. jednej z gazet wywiadu, w którym wspominała realizację „Dziejów grzechu” jako istny koszmar. Twierdziła, że zaczynała film jako młoda czysta dziewczyna z tysiącem kompleksów, a kończyła jako wystraszony strzęp człowieka. O Borowczyku mówiła: „Chciał mnie rozbierać w scenach, które wcale do tego nie upoważniały. Nie potrafił zapanować nad swoimi emocjami”. Nie miała też wątpliwości, że za występ w Dziejach grzechu zapłaciła ogromną cenę w życiu zawodowym. Uważała, że nie chciano jej angażować do innych filmów, bo ciągle była utożsamiana z kobietą, którą zagrała u Borowczyka. Tu warto dodać, że w latach 80. aktorka wyjechała do Szwecji, gdzie jako pierwsza cudzoziemka zaczęła występować na deskach Teatru Królewskiego w Sztokholmie. Oczywiście Borowczyk bronił się po swojemu i w książce „Moje polskie lata” wszystkie zarzuty Długołęckiej z pasją odpierał, nazywając aktorkę histeryczką, mitomanką i kobietą bezradną wobec swego nadmiernie wybujałego popędu płciowego. Ale wracając do filmu Borowczyka – najbardziej zestarzało się tu to właśnie, co miało być jego siłą, czyli erotyka. Pod tym względem ten film już po prostu dzisiaj nie rusza.

Salo, czyli 120 dni Sodomy (Salò o le 120 giornate di Sodoma) Reż. Pier Paolo Pasolini. Włochy, Francja 1975

Wierzę głęboko, że ten film bolał i uwierał, w chwili gdy powstał. Teraz mimo całego jego wyuzdania i perwersji oglądanie go przypomina właśnie wizytę w nowoczesnym gabinecie stomatologicznym. Stało się tak, ponieważ Pasolini podporządkował swój film idei. „Salo…” miało być ostatecznym atakiem na współczesne społeczeństwo, dowodem na korupcję i zwyrodnienie władzy, która w mniemaniu twórcy filmu była złem absolutnym. Może się nie mylił, tylko czy musiał do udowodnienia tej tezy użyć tak bełkotliwych środków wyrazu?

Tytułowe „Salo…” odnosi się do Włoskiej Republiki Socjalnej, fikcyjnego państwa utworzonego przez Mussoliniego na północy Włoch pod koniec drugiej wojny światowej. W willi w Salo miejscowi notable – biskup, książę i prezydent – więżą przypadkowo uprowadzonych ludzi, aby zmuszać ich do seksu grupowego,  torturować, nakazywać zjadanie ekskrementów, a w końcu mordować. Film podzielony jest na cztery części, każda z nich rządzi się niezwykłą logiką i wyrachowaniem oprawców. Nie ma tu więc miejsca na improwizację, wszystko jest zaplanowane i przeprowadzane z chirurgiczną precyzją. Naturalizm scen gwałtów i przemocy do tego stopnia zszokował publiczność, iż film został zakazany w ponad czterdziestu krajach, a właściciele kin, którzy decydowali się puszczać go u siebie w wersji nieocenzurowanej, byli aresztowani przez policję.

Fakt, w 1975 roku ten film musiał szokować swoją dosłownością, ale to przeszłość, dziś bowiem „Salo…” razi swoją pompatycznością. Mnożąc cytaty od Dantego przez Pounda po Camusa, Pasolini bowiem  tylko osłabił  demaskatorską wymowę swojego filmu, który teraz wydaje się być  nie tyle  pełnym pasji oskarżeniem ludzkości i władzy, ile popisem erudycji zadufanego w sobie  prymusa.

A wystarczyło przecież pozostać wiernym literackiemu pierwowzorowi, którym były „120 dni Sodomy, czyli szkoła libertynizmu” markiza de Sade, aby stworzyć dzieło naprawdę intrygujące. Pasolini musiał jednak wtrącić swoje trzy grosze i wyszło tak, jak wyszło. Sam reżyser nie dożył ani premiery filmu ani nie mógł napawać się aferą, jaką film wywołał. Został zamordowany na plaży w Ostii. Początkowo o zabójstwo oskarżono męską prostytutkę, którą wcześniej poderwał. W 2005 roku rozpoczęto na nowo śledztwo w sprawie jego śmierci, na jaw wyszły bowiem nowe fakty – zabójców miało być trzech, ale do tej pory niczego w tej kwestii nie ustalono.

Snuff Reż. Michael & Roberta Findlay USA, Argentyna 1976

Film „inspirowany” morderczą działalnością grupy Charlesa Mansona. Jest więc tu i charyzmatyczny przywódca kultu, są i niewinne ofiary, jest wreszcie też i  rytualne morderstwo, które ma wstrząsnąć widzami. Reszta, niestety, jest totalnym chaosem. Mimo to „Snuff” stał się dość popularny na świecie. Co więcej, od tego filmu w popkulturze zagościło na dobre hasło snuff movie, czyli film, w którym zabija się kogoś naprawdę (czasami określa się to mianem kina „ostatniego tchnienia”). Stało się tak dlatego, że kampania promocyjna „Snuff” utwierdzała widzów w przekonaniu, iż oglądać będą film, w którym przed kamerą rzeczywiście morduje się kobiety. „Ten film mógł powstać tylko w Ameryce Południowej, gdzie życie jest tanie” – głosiło hasło reklamowe. Chwyt okazał się skuteczny, a wiele osób do dziś wierzy, iż w „Snuff”  kogoś naprawdę zamordowano. Była to oczywiście spreparowana bajka, co nie zmienia faktu, że wyświetlania filmu zakazano w wielu krajach. Legendzie Snuff przysłużył się zapewne także fakt, iż prawie nikt z obsady później nigdzie nie grał. Tyle że nie wynikało to z tego, iż wszyscy na planie zginęli, lecz jedynie z faktu, iż film kręcili amatorzy. Dziś widać to aż nadto.

 Nagi instynkt (Basic Instinct) Reż. Paul Verhoeven. USA 1992

Środowiska homoseksualne urządzały pikiety pod kinami, gdzie wyświetlano „Nagi instynkt”, żądając zakazu rozpowszechniania filmu, który pokazuje kobietę biseksualną jako socjopatkę. Gay & Lesbian Alliance Against Defamation uznało, że film utrwala w społeczeństwie homofobiczne stereotypy. A całą tę aferę rozpętał thriller erotyczny, na którego sukces nikt z producentów nie stawiał. Jednak dzięki temu zamieszaniu film stał się jednym z największych hitów kinowych lat 90.,  od niego też  zaczęła się na dobre kariera Sharon Stone. Sukces „Nagiego instynktu” rozpoczął w kinie także modę na thrillery erotyczne. Ale czy ten film faktycznie był tak kontrowersyjny, jak o nim pisano? Absolutnie nie, co zresztą obnażył upływ czasu. Historia pisarki Catherine Tramell, która gra w kotka i myszkę z detektywem seksoholikiem Nickiem Curranem, niczego nowego do kina przecież nie wnosi. Ot, sprawnie ogrywa schematy wypracowane przez Hitchcocka czy Briana De Plamę. Oczywiście słynna scena, w której Stone zakłada nogę na nogę  nie mając na sobie bielizny, była sporym szokiem dla widzów (nawet dla samej aktorki, która ponoć zakazała Verhoevenowi zamieszczenia  jej w filmie), ale reszta to opowieść, którą dobrze  znamy z innych filmów. Nawet słynne sceny seksu między Douglasem a Stone dziś nie robią wrażenia (po scenach choćby z Intymności). A co na to obecnie Gay & Lesbian Alliance Against Defamation? Ano nic, bo przecież tak naprawdę „Nagi instynkt” krzywdy nikomu nie zrobił. Wszak nagi.

 Ludzka stonoga (The Human Centipede: First Sequence) Reż. Tom Six. Wielka Brytania 2009

Bodaj najbardziej kontrowersyjny film ostatnich lat i w tym stwierdzeniu nie ma naprawdę żadnej przesady. Tom Six w swym debiutanckim horrorze przekroczył wszelkie granice obrzydliwości. Oto po Niemczech podróżują sobie dwie amerykańskie turystki. Kiedy psuje im się samochód, zostają uprowadzone przez szalonego chirurga doktora Heitera. Dziewczyny, odurzone wcześniej narkotykami, budzą się na prowizorycznej sali operacyjnej. Lekarz informuje je, iż jest światowym specjalistą od rozdzielania bliźniąt syjamskich, ale zawsze marzył, by stworzyć ludzką istotę składającą się z trzech osób połączonych układem pokarmowym. Dziewczyny i japoński turysta zostają więc połączeni ze sobą w specyficzny sposób – odbyt pierwszej osoby jest przyszyty do ust drugiej itd. Co dzieje się później, nietrudno ( może właśnie trudno!) sobie wyobrazić. Six wzajemne „karmienie się” stonogi pokazuje tak szczegółowo, iż trudno nie odwrócić oczu od ekranu. Czemu to ma służyć? Nie wiadomo. Sam reżyser twierdzi, iż inspirował się medycznymi eksperymentami, jakie w Auschwitz przeprowadzał doktor Mengele, co jeszcze gorzej świadczy o jego fascynacjach. Mimo to film odniósł wielki sukces kasowy na świecie, doczekał się kontynuacji, a Six kończy część trzecią. Sukces „Ludzkiej stonogi”, która powstała tylko po to, aby szokować widza, każe zadać sobie pytanie, dokąd zmierza popkultura. A może właśnie „Ludzka stonoga” jest jej niezamierzoną metaforą, z której wynika, iż już od dawna zjadamy własne g… Jakkolwiek by było, ten film jest po prostu zły.

Wstyd (Shame) Reż. Steve McQueen. Wielka Brytania 2011

Jedną z polskich krytyczek filmowych, gdy wspomniałem jej, że „Wstyd to jeden z najbardziej przereklamowanych filmów ostatnich lat oburzona krzyknęła – Jak to!. – Nie rozumiesz tego filmu! To film o mnie! Może czegoś nie wiem o tej pani, ale uznać „Wstyd” za film o kimś, to jednak gruba przesada. Bo to film raczej o nikim i niczym. Główny bohater jest przystojny, dobrze zarabia i ma problem. Otóż jest seksoholikiem. Biedak naprawdę ma przerąbane. Nie dość, że ogląda internetowe strony porno w pracy, nie dość, że się w tej pracy masturbuje (ale nie w tak pięknym stylu jak Runkle, bohater serialu „Californication”), to jeszcze ciągle albo chodzi na dziwki, albo podrywa kobiety w barach. Kiedy do jego drzwi zapuka dawno niewidziana siostra, nałóg napotka na swojej drodze małe komplikacje. Owszem, „Wstyd” jest pięknie sfotografowany, ale nic poza tym . To zbiór scen, które widzieliśmy wielokrotnie, stąd na nikim już nie robią one wrażenia.

Do polskich kinWstyd” określany mianem „najodważniejszego filmu naszych czasów” trafił w aurze skandalu. Na pewno odwagą wykazali się producenci, inwestując w, jak napisałem wcześniej, powtórkę z rozrywki. O żadnej innej odwadze w kontekście „Wstydu” powiedzieć się bowiem nie da. Film powtarza wyświechtane banały, jak choćby ten, że mężczyźnie nie staje przy kobiecie, którą kocha, ale przy prostytutce jego  gotowość jest pełna. „Wstyd  ukazuje też piękny wschód słońca, ku któremu w finale dumnie maszeruje główny bohater. Najładniej ten film spuentowała brytyjska aktorka Charlotte Rampling – Śliczna, ale nikomu niepotrzebna błyskotka. Święta racja.

UIP
Poprzedni

Hitman: Agent 47 - po prostu jest [recenzja] [film]

What Else Films!?
Następny

Yakuza Weapon - absurdalny japoński splatter [recenzja DVD]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

1 Comment

  1. gdfgdfgdfg
    2015-08-27 at 19:28 — Odpowiedz

    dziwna strona..

Dodaj komentarz