RANKINGI 

Igrzyska śmierci – nie tylko Kosogłos [ranking]

Dzisiaj filmy, w których człowiek staje się zwierzyną łowną w ramach okrutnej i zaplanowanej z premedytacją gry, mają głównie młodzieżową widownię i bohaterów. Tymczasem jest to motyw ogrywany w historii kina od dziesięcioleci i znacznej części powstałych w oparciu o niego filmów z pewnością nie da się określić mianem opowieści dla dzieciaków.
filmy o człowieku, urządzającym w formie gry lub widowiska łowy na innego człowieka, z powodu samego, kontrowersyjnego pomysłu na fabułę potrafią wywoływać u widza skrajne emocje.

Filmów o ściganych, walczących o przetrwanie ludziach jest w rzeczywistości  multum. Istnieje jednak ich specyficzna odmiana, którą w ostatnich latach zagarnął dla siebie właśnie sektor młodzieżowy. Powstały już dziesiątki książek z młodymi bohaterami biorącymi udział w śmiertelnych zmaganiach w formie gry (oprócz „Igrzysk śmierci”, choćby multimedialne „Endgame”, a przypomnijmy, że i tak najpierw był bezpardonowy „Wielki marsz” Stephena Kinga) i nie trzeba było długo czekać, aż pokażą się ekranizacje. Ciekawe zjawisko, ponieważ w przeznaczonych dla młodzieży produktach, śmierć stała się nagle bardziej obecna, z zadaniem szokowania i silnego grania na emocjach (choćby w serii o Harry Potterze). Śmierć jest po prostu trendy, choć ubocznym efektem jest umniejszenie jej wagi w poszczególnych historiach. Zanim jednak zaczęto ją w tej formie hurtowo sprzedawać dzieciakom, bohaterami obrazów opowiadających o grach o przetrwanie byli dorośli bohaterowie.

Przez lata w gatunku filmowego survivalu wykształciło się kilka odmian, które podawane były w przeróżnych konfiguracjach. Oprócz filmów o ludziach polujących dla rozrywki na innych ludzi, są także tytuły o brutalnej, sportowej bądź pseudosportowej rywalizacji, często kosztującej uczestników życie – poczynając od opowiadającego o historycznych wydarzeniach „Spartakusa”, poprzez „Rollerball”, „Wejście smoka”, „Krwawy sport”, „Krew bohaterów”, do całej serii filmów o samochodowych wyścigach, w których praktycznie nie istnieją reguły, byle dojechać do mety („Wyścig gumowej kuli”). Są filmy, w których bohaterowie zostali wciągnięci w grę wbrew własnej woli, czasem nawet nie znają jej reguł i postawieni w sytuacji bez wyjścia walczą o przetrwanie („Cube”, przewrotna „Gra” Finchera, czy niedawny „Więzień labiryntu”). Mamy również sensacyjne dramaty, w których niewinny, bądź przypadkiem wplatany w intrygę człowiek staje się obiektem skoordynowanego pościgu („Ścigany”, „Wróg publiczny”, „Północ – północny zachód”). A jednak to filmy o człowieku, urządzającym w formie gry lub widowiska łowy na innego człowieka, z powodu samego, kontrowersyjnego pomysłu na fabułę potrafią wywoływać u widza skrajne emocje. Oto garść najciekawszych obrazów o tej tematyce.

„The Most Dangerous Game”.

Protoplasta wszystkich filmów o śmiertelnych grach, kręcony nocami na planie „King Konga” w 1932 roku. Można go zobaczyć w całości na youtube i przekonać się, iż w truizmie, że wszystko już kiedyś było, nie ma wcale przesady. Najpierw jednak, jak to często ma miejsce w  popkulturze, była literatura. „The Most Dangerous Game” to bowiem dzieło oparte na opowiadaniu Richarda Connela z 1924 roku. Fabuła filmu opowiada o rozbitku, który trafia na wyspę będącą w posiadaniu arystokraty, hrabiego Zarkow. Jak się z czasem okazuje, to właśnie ów hrabia doprowadzał do katastrof statków, by potem urządzać polowania z rozbitkami w rolach zwierzyny. To z tego filmu wzięło się słynne określenie, znane choćby ze sprawy Zodiaca – „Man is the most dangerous animal of all to kill”.   W zasadzie, w każdym późniejszym filmie opartym na motywie polowania na ludzi dla rozrywki i dreszczu emocji, można znaleźć inspirację wziętą z „The Most Dangerous Game”, na czele z dosłownymi cytatami (ludzkie głowy w słojach jako trofeum w „Grze o przetrwanie” z 1994 roku) oraz postacią światłego intelektualisty, który ujawnia swoje mordercze, pierwotne instynkty.  Poza tym,  w grze muszą obowiązywać pewne zasady: uciekający z reguły ma przewagę czasową, ale za to marne wyposażenie, a za przetrwanie w grze do ustalonego  momentu czeka go na końcu nagroda. No i przede wszystkim, bohater zazwyczaj odgrywający rolę zwierzyny zaczyna tak dobrze odnajdywać się w grze, że sam staje się łowcą i stawia czoła oprawcom.

„Dziesiąta ofiara”

Film oparty na opowiadaniu „Siódma ofiara” Roberta Sheckleya, który zresztą specjalizował się w tego typu survivalowej tematyce. Jak widać już z samego tytułu, podniesiono liczbę potencjalnych zgonów, ale sam film… no, czegoś takiego jeszcze nie widzieliście. Czuć w nim wyraźnie ducha Felliniego, w głównej roli jest zresztą Marcello Mastroianni. Fabuła toczy się w nieokreślonej przyszłości i z pewnością podchodzi pod antyutopię, ale w wykonaniu Włochów bardzo specyficzną. Już na samym początku seansu wyłożone są reguły rozgrywanej przez bohaterów gry. Na świecie działa instytucja Wielkich Łowów, dzięki której przemoc została zalegalizowana. Uczestnicy gry, by wygrać wielką nagrodę, muszą przeżyć dziesięć łowów, pięć jako ofiara, pięć jako łowca. Będąc ofiarą nie wie się, kim jest łowca, ten natomiast ma wszystkie dane ofiary. Jeśli ktoś liczył tu na rasowe sci-fi, srogo się zawiedzie, dostajemy bowiem lekką opowiastkę, toczącą się przy akompaniamencie jazzowej muzyki. Jest tu zblazowany Marcello Mastroianni, strzelająca z biustonosza pociskami (dosłownie!) Ursula Anders i w zasadzie chodzi o to, żeby oboje się w sobie zakochali. Dziwaczny film dla koneserów, ale jednocześnie chyba pierwszy z serii obrazów, w których to za organizacją widowiskowych łowów stoją media.

„Wyścig Śmierci 2000”

Film z 1975 roku, opowiadający o tytułowym, nacechowanym brutalną przemocą wyścigu. W Ameryce, od czasu niedoprecyzowanego wydarzenia z 1979 roku panują totalitarne rządy. Wyścig organizowany jest dla uciech społeczeństwa, nie ma w nim praktycznie reguł, można na każdy sposób eliminować współuczestników, ale to nie wszystko. Za każde trafienie, czyli po prostu rozjechanie na trasie człowieka, który nawinie się pod koła, uczestnicy otrzymują punkty, a ich liczba jest różna, w zależności  od tego kogo się trafi. To wszystko wygląda z opisu na ponure sci-fi, ale w rzeczywistości „Wyścig śmierci 2000” jest mocno podszyty czarnym humorem, miejscami niemal jak z Monthy Pythona. Jedną z uczestniczek pościgu jest zawodniczka o pseudonimie „Swastyka”. Faworytem jest grany przez Davida Carradine’a ” i paradujący w obcisłym, lateksowym kostiumie i masce osobnik o ksywce Frankenstein, a obok ważnych dla fabuły, nieporadnych rebeliantów, zobaczymy także Sylvestra Stallone’a w przerysowanej (albo tragicznej, w zależności od naszego podejścia) roli Karabina Joe. I taki jest właśnie cały film, przerysowany, przegięty, z bardzo dobrą końcową sceną i bardzo pomysłowym montażem, który zgrabnie niweluje budżetowe niedociągnięcia. Skojarzenia z „Wyścigiem śmierci” z Jasonem Stathamem jak najbardziej słuszne, to rzeczywiście remake, ale odchodzący daleko od oryginału.

„Polowanie na indyka”

Autralijski film z 1982 roku, jeden z legendarnych obrazów polskiego rynku vhs lat osiemdziesiątych. Kiedyś oglądało się go z otwartą buzią, bo był pełen drastycznych scen i przytłaczającej atmosfery terroru, któremu poddawani byli grający więźniów bohaterowie. Zaczynał się od mocnej czołówki, w której zaprezentowano miks autentycznych taśm filmowych z różnych, pełnych brutalności prawdziwych wydarzeń. Fabuła zaś rozgrywała się w obozie stworzonym do przetrzymywania niepokornych, występujących przeciw władzy osobników. Stylizowane na wyniosłych intelektualistów szefostwo obozu co jakiś czas organizowało tytułowe „polowanie na indyka”, czyli wybierało grupkę więźniów, wypuszczało ich  do dżungli, obiecywało wolność w nagrodę za przeżycie określonego limitu czasu, a potem ruszało w pogoń. Widzów czekał bezlitosny, krwawy survival i jak się możemy słusznie domyślać, oczekiwane odwrócenie ról w łowach. Film również doczekał się remake’u, w 2014 roku.

„Gymkata”

Wspominając o tym filmie, należy zaznaczyć, że wszystko zaczęło się od „Wejścia smoka”, które zapoczątkowało modę na filmy o sztukach walk i krwawych turniejach. „Gymkata” to kolejny tytuł, który królował niegdyś na kasetach VHS. Oglądany dzisiaj razi kuriozalnością fabuły i śmieszy wyczynami tytułowego Gymkaty, którym jest po prostu zawodowy gimnastyk. Są tu wojownicy w stylu ninja, Tatarzy i w ogóle średniowieczne klimaty, z tymże film rozgrywał się współcześnie. Jest ekranizacją książki „The terrible game” Dana Tylera Moore’a z 1957 roku, która to, podobnie zresztą jak film – jakby to dziwnie nie zabrzmiało – jest formą amerykańskiej odmiany socrealizmu. Gymkata  bierze udział w  śmiertelnym turnieju, organizowanym od stuleci w małym, fikcyjnym Parmistanie, państewku o strategicznym położeniu. Jeśli bohater wygra turniej, organizatorzy będą musieli spełnić  jego życzenie. To życzenie znamy już od samego początku – jest nim możliwość rozmieszczenia w Parmistanie systemów wczesnego ostrzegania rakietowego. Wraz z innymi gimnastykami, zakochany w córce chana bohater rusza po zwycięstwo, ścigany przez siepaczy okrutnego Samira, sprawującego tu faktyczną władzę. Owszem, to wszystko wzbudza śmiech, ale film warto zobaczyć dla jednej, surrealistycznej  sekwencji z pobytu bohatera w Mieście Przeklętych, zamieszkiwanych przez samych obłąkańców. Niezapomniane wrażenie.

„Uciekinier” i „A stawką jest śmierć”

Popularny film z Arnoldem Schwarzeneggerem, grającym uczestnika (wbrew własnej woli) wielkiego telewizyjnego show, w którym poluje się na ludzi. Tytuł mówi sam za siebie, ale skoro gra tu Arnold, to chyba dobrze wiemy, jak skończy się ta ucieczka. „Uciekinier” to ekranizacja książki Stephena Kinga, która diametralnie różni się od filmu, pod względem fabuły, bohatera, niemalże pod względem wszystkiego. Film dodatkowo oskarżany był o plagiat wobec francuskiej produkcji, która w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku przewinęła się przez polskie kina – „A stawką jest śmierć”. Tam również było telewizyjne show i człowiek ścigany przez pięcioro łowców.  Francuski film jest z kolei ekranizacją opowiadania „Roberta Sheckleya zatytułowanego „Cena ryzyka”, które powstało mniej więcej w czasach „Uciekiniera” Kinga – tak to czasem w popkulturze wszystko ładnie się zgrywa. Dodajmy, że „A stawką jest śmierć”, w odróżnieniu od prawie wszystkich, wymienionych w zestawieniu produkcji ma bardzo dosadne zakończenie, jakże dalekie od typowego w tego rodzaju produkcjach happy endu.

„Battle Royale”

Jeden z ulubionych filmów Quentina Tarantino, ekranizacja popularnej mangi, która miała pierwowzór książkowy. Znowu nieokreślona przyszłość, w której na małej wyspie umieszczono kilkudziesięcioosobową grupę uczniów z jednej szkoły, a po trzech dniach ma z nich przeżyć tylko jedna osoba (przy okazji, fabuła znowu kojarzy się z „Wielkim marszem” Kinga). „Battle Royale” to poezja brutalności i w jakiś magiczny sposób film urzekający, może ze względu na młodych, znających się wzajemnie i przeżywających to wszystko mocniej bohaterów. Podatny na wiele interpretacji, może jawić się nawet jako metafora wchodzenia w dorosłość, utraty radości życia i zabijania w sobie młodzieńczej spontaniczności. Ale to tylko jedna z interpretacji.

„Nieuchwytny cel” i „Gra o przetrwanie”

Filmy oparte praktycznie na tym samym motywie, powstałe niemal w tym samym czasie. Grupa ludzi z charyzmatycznym liderem (w „Nieuchwytnym celu” gra go Lance Henriksen, w „Grze o przetrwanie” Rutger Hauer) organizuje potajemnie dla spragnionych mocnych wrażeń bogaczy polowania na ludzi. Do roli ofiar angażowani są bezdomni, ale nieprzypadkowi, każdy z nich podlega pewnej weryfikacji, żeby łowy w ogóle miały sens. W „Nieuchwytnym celu” taką ofiarą, ponoszącą na początku filmu śmierć jest ojciec głównej bohaterki, niewidziany przez nią od dzieciństwa. Śledztwo w sprawie jego zniknięcia prowadzi, grający tu byłego żołnierza Jean-Claude Van Damme, który ostatecznie sam staje się obiektem polowania. W „Grze o przetrwanie” zwierzyną jest natomiast grany przez Ice’a T, bezdomny Mason. I jak możemy się spodziewać, w obu filmach polujący tym razem trafiają na wymagających przeciwników, którzy szybko wychodzą z roli zwierzyny. Jako ciekawostkę dodajmy, że „Nieuchwytny cel” był pierwszym filmem Johna Woo w Ameryce, trochę niedocenionym, być może z powodu specyficznego, azjatyckiego podejścia do kina akcji. No tak – gołębie, przejaskrawione wyczyny kaskaderskie i surrealistyczne, będące areną przemocy scenerie (ten wypełniony rekwizytami z wesołego miasteczka magazyn) to może było ciut za dużo dla zwykłego, amerykańskiego widza.

„Turniej”

Na koniec ciekawostka. Wcale nie tak stary film, bo z 2009 roku, ale przypominający klimatem filmy z okresu rozkwitu rynku VHS w Polsce. W obsadzie nieźli aktorzy – Robert Carlyle, Ving Rhames, Liam Cunningham, niektóre sceny akcji bardzo efektowne (jeden pościg samochodowy wagi ciężkiej), ale całość po prostu przekombinowana. Może przez sam pomysł – co siedem lat organizowany jest turniej, w którym trzydziestu zawodowych zabójców, z których może przetrwać tylko jeden, gra o wielką,  pieniężną nagrodę, a widownią jest grupka bogaczy, zakładających się o to, kto wygra. Każdy turniej rozgrywa się w innym mieście, które przez jeden dzień staje się prawdziwym poligonem, a całe wydarzenie jest sprawnie tuszowane przez mających polityczne wpływy widzów. Brzmi to trochę kuriozalnie, ale momentami przyprawia o dreszcze – znowu mamy tu filmowe migawki z prawdziwych wydarzeń, przy których otrzymujemy z ekranu komentarz, że tak naprawdę widzimy arenę zmagań trzydziestu zawodowych morderców. Coś wówczas w widzu pęka i od razu powraca świadomość, że każdy z przywołanych tu tytułów to po prostu lepsza lub gorsza fikcyjna historia, której zadaniem było dostarczyć nam przede wszystkim solidnej porcji emocjonującej rozrywki i odrobiny materiału do przemyśleń. I  niestety – jak bardzo wszystkie wymienione tu filmy o polowaniu ludzi na ludzi nie byłyby przerażające – rzeczywistość i tak zawsze okazuje się straszniejsza.

Egmont
Poprzedni

All New X-Men #2: Tu zostajemy - starzy kontra młodzi [recenzja]

Canal +
Następny

Dracula: Historia Nieznana - zestaw antywampiryczny [konkurs]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

1 Comment

  1. Anonim
    2015-11-20 at 22:18 — Odpowiedz

    Od „Battle Royale” zacząłem swoją przygodę z filmami o mordujących się nastolatkach :) Ach, wspomnienia… Pamiętam też, że niesamowite wrażenie zrobił na mnie „Wielki Marsz” Kinga. I z książek chyba nic go nie przebije. Z nowszych bardzo dobrze wypada druga część „Endgame”, w szczególności na tle słabej moim zdaniem serii o Katniss.

Dodaj komentarz