RANKINGI 

Ile kosztuje film? Ranking tanich filmów gatunkowych, które nie powstały w Polsce.

W ubiegłym roku „Time Lapse”, debiut reżyserski Bradleya D. Kinga, zebrał w sumie dwadzieścia dwie nagrody na najważniejszych festiwalach filmowych na świecie. Ile kosztował? Ciekawostka… „Coherence” Jamesa Warda Byrkita zgarnęło statuetek pięć. Oba filmy to produkcje science fiction, które ponoć w Polsce ze względu na problemy z finansowaniem nie mają prawa powstać. Ale czy na pewno? Z ciekowości porównaliśmy budżety polskich i zagranicznych produkcji gatunkowych.

Na początek historia finansowania kina w pigułce.  Może i „Gwiezdne wojny” będą największym hitem kinowym tego roku (i wieku), ale na pewno nie są siłą napędową Hollywood. Nią zawsze były i będą filmy niezależne. Gdyby prześledzić od strony finansowej historię kina da się zauważyć pewną prawidłowość. Mniej więcej co dekadę od początku istnienia tego medium (dobra od momentu narodzin Hollywood) obserwujemy spektakularny powrót niezależnych produkcji, które obracają w perzynę producenckie układy. W latach 30. poza obiegiem wielkich wytwórni powstawały filmy takie jak „Reefer Madness” (kultowa dziś opowieść o zgubnych skutkach palenia marihuany), które tworzyły podwaliny pod późniejszy rozwój kina exploiation. Niezależne filmy skutecznie walczyły z kinowymi hitami w latach 50. (każdy klasyk SF w stylu „Ziemia kontra latające spodki” miał swojego odpowiednika w uboższej wersji realizowanej poza Hollywood), a Roger Corman zaczyna budować swoje imperium taniego kina. Prawdziwa rewolucja dokonała się jednak w latach 60., kiedy niszowy film „Easy Rider” nagle okazał się wielkim hitem i sprawił, że powoli zaczął zmieniać się system dystrybucji filmowej. Do tej pory film niezależny trafiał do małych kin, w których zazwyczaj nikt ich nie oglądał, bo wielkie kina należały do filmowych gigantów. W drugiej połowie lat 60. rynek zostanie uwolniony, a o repertuarze kin zaczną decydować kiniarze, a nie producenci. Dzięki temu całe lata 70. to w zasadzie zalew Hollywood przez niszowe filmy i niezależnych twórców. Tak rodzą się największe hity, z „Gwiezdnymi wojnami” na czele. Kolejna dekada, to rozwój rynku VHS, zaś lata 90. to wielki powrót filmów niezależnych. Tak zaczyna się kariera Quentina Tarantino, Robert Rodrigueza i w zasadzie wszystkich współczesnych, wielkich filmu. Potem znów nastał czas wielkich produkcji. Jako, że natura nienawidzi próżni, kino niezależne przypomniało o swoim istnieniu jakieś dziesięć lat temu (wielki sukces „Paranormal Activity”) a pochód niszowych produkcji w Hollywood trwa do dziś. Tyle że oczywiście na nowych zasadach. Nauczeni na błędach producenci założyli firmy specjalizujące się w realizacji tanich filmów kinowych, których budżet nie przekracza maksymalnie pięciu milionów USD. Tu prym wiedzie absolutny geniusz marketingu i produkcji Jason Blum, który od 2009 roku wraz ze swoim studiem Blumhouse Prodution zarabia miliardy na swoich produkcjach. Nie wierzycie? To zobaczcie kto stał za takimi filmami jak „Sinister” (budżet 3 miliony, przychód 77), „Noc oczyszczenia” (budżet 3 miliony, przychód 90), seria „Paranormal Activity” (przychód całości 900 milionów, przy kosztach 6 części – 28 milionów), „Ouija” (koszt 5 milionów, przychód 110) czy seria „Naznaczony” (koszt 3 części 20 milionów, przychód 360). Przepis na sukces? Nie wydawać zbyt wiele, produkować po kosztach i stawiać na dobry marketing. Blum bezsprzecznie odrobił lekcje produkowania filmów u Rogera Cormana i Williama Castle.

A teraz wróćmy do Polski. Kiedy przychodzi do realizacji kina gatunkowego w Polsce, zawsze rozlega się ten sam lament. – Nie ma budżetów, nie ma pieniędzy, nikt na to nie da. Fakt – po „Hiszpance” Barczyka, która kosztowała 20 milionów PLN i była klapą finansową, wydawanie sporych pieniędzy na filmy znów zostanie zablokowane (pamiętajmy, że lata 90. to wielki wysyp wysokobudżetowych produkcji, który zakończyła spektakularna klapa „Quo Vadis” Kawalerowicza), ale czy rzeczywiście od Hollywood i kręcenia dobrych gatunkowych filmów dzieli nas finansowy ocean możliwości?

Dlaczego na listach PISF-u nie ma takich projektów? Dlaczego w zapowiedziach premier na 2016 nie ma takich polskich filmów?  Dlaczego ciągle powtarzamy, że aby nakręcić film fantastyczny potrzeba gigantycznego budżetu? Dlaczego w Polsce nikt nie nakręcił filmu found footage?

To pytanie od dłuższego czasu nie daje mi spokoju. Rozumiem podstawy tego myślenia.  Polska to nie Stany, a Warszawa to nie Hollywood. Przez lata komunizmu nie wykształcił się u nas system produkcji filmowej. Wtedy mieliśmy szkoły i studia filmowe. Wszystko państwowe. I choć powstawały wówczas filmy absolutnie genialne, to mechanizm był zupełnie inny. Pieniądze po prostu były, albo nie. Rok 1989 może i przyniósł zmianę ustroju, ale nie zmianę mentalności. Studia filmowe się rozpadły, ale układy pozostały, a pieniądze dostępne były głównie dla wtajemniczonych. Choć mówienie o jakimś tajnym układzie byłoby krzywdzące. To były inne czasy – o wiele prostsze dla zainteresowanych kinem sponsorów i mecenasów. Jeśli firma produkująca alkohol, chciała dać pieniądze – dawała. A w zamian wszyscy w filmie pili „łodkę Bols”. To samo tyczyło się nikotyny itp. Wraz z kolejnymi obostrzeniami prawnymi, rynek sponsorów się kurczył, a wraz z nim zmieniały się układy rządzące kinem. W końcu powstał PISF, państwo zaczęło dotować filmy na większa skalę, a rynek producentów się unormował. Czy raczej wykrystalizował. Zostali na nim najwięksi gracze, którzy inwestowali głównie w wypróbowane projekty. Stąd boom na komedie romantyczne, domorosłe filmy i seriale gangsterskie (ze sporym naciskiem na komedie). Fantastyka i horror nie załapały się ani na dotacje, ani na sponsorów. Spory wpływ na ten stan rzeczy miał zapewne fakt, że w Polsce nigdy nie było tradycji kinowej fantastyki czy grozy. Podczas gdy w Stanach czy Wielkiej Brytanii ten rodzaj kina od końca drugiej wojny światowej stanowił formę społecznego wentylu bezpieczeństwa, w Polsce rolę takowego przejęły komedie. I ten stan się nie zmienił – od „Skarbu”, po „Listy do M 2”. Po prostu Polacy najbardziej lubią oglądać filmy komediowe, nawet jeśli są tak nieśmieszne iż przypominają dramat.

A czy to da się zmienić? Otóż moim zdaniem nie – póki w głowach producentów i filmowców pokutować będzie przekonanie, że fantastyka (i horror) to kosztowna sprawa, póty nici z tego. Nawet jeśli to kompletna bzdura. (Bo tak jest). Żeby nie było, że marudzę i nie wiem o czym mówię. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, jak trudno zdobywa się finansowanie na film w Polsce, bo od kilku miesięcy walczymy z budżetem dokumentu, który wynosi ok.  400 tys. PLN. Pewnie, że popełniliśmy masę błędów, że nie zrobiliśmy rzeczy, które mogliśmy (np. złożyć dokumenty do PISF), ale nie o to chodzi. Jeśli przekonanie do inwestycji kilka wielkich instytucji zajmuje niemal rok ciężkiej pracy, a mówimy o dokumencie, to nie dziwi mnie walka z budżetem fabuły. Tyle, że o ile jestem w stanie dziś obudzony o czwartej w nocy powiedzieć z pamięci na co wydane zostają poszczególne pieniądze z budżetu (i dlaczego archiwa są najdroższe), jak przyglądając się budżetom filmów gatunkowych w Polsce, za diabła nie jestem wstanie zrozumieć gdzie te pieniądze przepadły. Lub inaczej – po co tyle ich było, skoro na świecie lepiej zrealizowane filmy kosztują mniej, a więcej zarabiają. Trzy ostatnie głośne kryminały czyli „Ziarno prawdy” Lankosza, ”Czerwony pająk” Koszałki i „Anatomia zła” Bromskiego kosztowały kolejno: pierwszy otrzymał dofinansowanie 3 000 000 , cały budżet zamykał się w 6 000 000 PLN. Drugi – przy budżecie 5 110 000 otrzymał dofinansowanie na poziomie 2 800 000. Trzeci otrzymał dofinansowanie wysokości 2 500 000, zaś cały budżet wyniósł  5 000 000. Żeby była jasność – nie twierdzę, że ktoś produkując te filmy zrobił coś złego. Nie. Nic z tych rzeczy. Nie uważam również, żeby to były złe filmy. Chodzi mi o same kwoty i porównanie tego ile kosztuje film gatunkowy w Polsce a realizowany na niezależnym rynku film SF w USA. Przecież wedle wszelkich opinii fantastyka jest droga i nie da się jej w Polsce kręcić. A zatem przyjrzyjmy się kosztom siedmiu filmów gatunkowych, które albo zarobiły wielkie pieniądze, albo zdobyły gigantyczną ilość nagród na świecie.

Plan 9 reż. Johnny Johnson

Budżet: 100 000 USD – 395 000 PLN

W obsadzie była wielka gwiazda z początku lat 90., Brian Krause, całość zaś jest remake’iem najgorszego filmu świata czyli „Planu 9 z kosmosu”. Tyle, że zrealizowana na poziomie o jakim w Polsce możemy marzyć. Efekty specjalne wyglądają bardzo dobrze, całość błyskotliwie napisana, kpiącą z konwencji SF. I masa ukłonów w stronę klasyki kina. Ważne – zrealizowane za własne pieniądze, prawa sprzedane za ciężkie pieniądze gigantowi. Czeka na oficjalną premierę w USA.

Szubienica (The Gallows) reż. Travis Cluff, Chris Lofing

Budżet 100 000 USD – 395 000 PLN

Genialny strzał Jasona Bluma – przychód 45 milionów dolarów. Prosta historia o opętanej szubienicy, nakręcona w konwencji found footage. Nie jest to dobry film, nie oszukujmy się. Ale prostota pomysłu, sprawna realizacja i szybki montaż sprawiły, że „Szubienica” zarobiła, oj zarobiła…

Pod reż. Mickey Keating

Budżet 100 000 USD – 395 000 PLN

Prosty pomysł – leczony psychiatrycznie chłopak dzwoni do brata i błaga go, aby nie przyjeżdżał do domu w lesie. Ten zabiera siostrę i oczywiście przyjeżdża. Na miejscu okazuje się, że szalony braciszek zamknął kogoś w piwnicy. I teraz pytanie – a co jeśli nie jest wariatem, a w piwnicy uwięziony jest drapieżny kosmita? Sprawne połączenie „Z archiwum X” i „Inwazji porywaczy ciał” – entuzjastycznie przyjęte przez krytyków. Sprzedane do Sundance TV.  Plus – dobre efekty specjalne.

Coherence reż. James Ward Byrkit

Budżet 100 000 USD – 395 000 PLN

Film fenomen – pięć nagród na prestiżowych festiwalach(Austin, Sitges, Imagine) i ekstaza u krytyków. O czym? Kolejna prosta historia. Pewnego wieczoru grupka znajomych spotyka się na kolacji. Nad ich głowami przelatuje kometa. Kiedy obiekt ich mija, coś dziwnego zaczyna się dziać z rzeczywistością. Nagle bohaterowie odkrywają, że za oknami mają lustrzane odbicie swojego świata. Film Byrkita zaczyna się jak kolejny niszowy kumpelski film o gadaniu przy piwie, ale szybko zamienia w paranoiczną fantastykę. Perła, w dodatku kapitalnie zagrana. Byrkit zatrudnił tu teatralnych aktorów, którym dawał co kilka dni kolejne kartki scenariusza. Na próbach ogrywano niektóre scenki i w ten sposób udało się stworzyć autentyczną chemię między postaciami.

Harbinger Down reż. Alec Gillis

Budżet 350 000 USD – 1 382 500 PLN

„Harbinger Down” to hołd dla lat 80. nie tylko w warstwie wizualnej. Cały film to ukłon dla „Coś”  Carpentera i klimatu dawnych filmów grozy. Fabuła zresztą mocno inspirowana jest „Coś”. Oto załoga statku Harbringer wyławia na morzu gigantyczną, tajemniczą bryłę lodu. Na pokładzie okazuje się, że lód ukrywa w sobie dziwną zawartość, a nasi bohaterowie będą musieli stawić czoła zmiennokształtnemu potworowi nie z tego świata. Uwaga – ten film wygląda lepiej i jest lepszy od nieszczęsnego prequela „Coś”. Perła.

Time Lapse reż. Bradley D. Kinga

Budżet: 500 000 USD – 1 975 000  PLN

Jeśli „Coherence” to fenomen, to „Time Lapse’ jest cudem. Niszowy debiut Bradleya D. Kinga hołd dla „Strefy mroku” i  starych filmów o podróżach w czasie. Grupka przyjaciół odkrywa aparat fotograficzny, który robi zdjęcia przyszłości. Tak zaczyna się niebezpieczna zabawa z przeznaczeniem. W sumie 22 nagrody, status filmu kultowego i zaproszenie do Hollywood.

Honeymoon reż. Leigh Janiak

Budżet: 1 000 000 USD – 3 950 000

Co byłoby gdyby podczas miodowego miesiąca pojawili się kosmici, którzy nie mają dobrych intencji? Ano życie zamieniłoby się w horror. Debiut Leigh Janiak, to niezwykle klimatyczna fantastyka, która na dodatek straszy jak należy, a Janiak udowadnia, że wystarczy odrobina wyobraźni, aby ożywić wyeksploatowane schematy. Entuzjastyczne recenzje i zaproszenie do Hollywood dla reżyser.

A teraz pytania. Dlaczego na listach PISF-u nie ma takich projektów? Dlaczego w zapowiedziach premier na 2016 nie ma takich polskich filmów?  Dlaczego ciągle powtarzamy, że aby nakręcić film fantastyczny potrzeba gigantycznego budżetu? Dlaczego w Polsce nikt nie nakręcił filmu found footage? Dlaczego nasze filmy są takie drogie a tak źle wykonane (w porównaniu z tańszymi niemal amatorskimi filmami ze świata)? Dlaczego produkujemy filmy za 6/8 milionów mając świadomość, że aby wyjść na zero musi obejrzeć taki film co najmniej pół miliona widzów? I tak sobie te pytania zostawię.

Dane finansowe na podstawie raportów PISF i informacji od producentów.

Ostatnia wieczerza - Leonardo da Vinci
Poprzedni

Mechanicy odtwarzają sceny z malarstwa w swoim garażu [galeria]

J.P. Fantastica
Następny

Srebrny Trójkąt - japoński koktajl a'la Philip K. Dick [recenzja]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz