RANKINGI 

Jakub Ćwiek: Dziesięć książek mojego życia [ranking]

Przyznam, że mnie samego zaskoczyło to zestawienie i to jakich książek na nim ostatecznie zabrakło. Pamiętam z jakimi wypiekami na twarzy czytałem chociażby Władcę Pierścieni, Conany, howardowskie i nie tylko, czy kryminały Chandlera przeplatane opowiastkami firmowanymi nazwiskiem wielkiego Alfreda H. z serii o „Trzech detektywach”. Był czas, gdy wolałem tych drugich, bo mieli fajniejsze zagadki.

Sięgam pamięcią za mglisty horyzont niespełna półtorej dekady i przypominam sobie chwile gdy odkrywałem, że Twain to nie tylko Sawyer czy Jankes u Artura, albo, że powieść zatytułowana „Grona gniewu” – kiedyś wydawało mi się to strasznie pretensjonalne, głupi ja – może tak mocno mnie zachwycić. „Piotruś Pan” uzupełniony „Władcą much” czy „Orkanem na jamajce” już nigdy nie był taki sam, a co do panów Mastertona, N.Smitha czy Barkera, jestem przekonany, że którejś nocy wycięli mi i zjedli kawałek serca, a może i duszy.

Szukam tych książek w tym co poniżej i im bardziej ich tam wypatruję, tym bardziej ich tak nie ma. Nie widzę Pratchetta, Gaimana, Dicka, Palahniuka i wielu, wielu innych, których dzieła są dla mnie cholernie ważne. Co więc znalazło się na tej liście? Myślę, że książki, które wciąż mają na mnie wpływ i wracają raz po raz. Nie kamienie milowe, które dawno temu zostawiłem za sobą, ale tytuły do których wracam raz po raz i odkrywam je wciąż na nowo, czytając na każdym nowym etapie swojego życia. Ale nawet wtedy to nie jest kompletna lista. Cóż, taki jest chyba urok podobnych rankingów. W każdym razie każda z tych książek warta jest lektury.

„Piotruś Pan i Wendy” J.M. Barrie

Opowieść, która towarzyszy mi od najmłodszych lat, najpierw w postaci słuchowiska na winylu, potem animacji Disneya, wreszcie jako jedna z najmądrzejszych, najdojrzalszych i najbardziej przewrotnych książek dla dzieci jakie znam. Jest jak jeden z tych obrazków, który zmienia się w zależności od tego spod jakiego kąta na nią patrzysz. Z tym, że tu chodzi o pozycję na linii życia. Opowieść o wiecznym chłopcu wprowadzającym rodzeństwo Darling w świat wiecznej zabawy może bawić, śmieszyć, ale też wzrusza i momentami przeraża. Zwłaszcza gdy do człowieka dociera, że Pan nie jest wcale tak pozytywną postacią jak zakładaliśmy przez lata.

„Wielki marsz” Stephen King (jako Richard Bachman)

Podobno pierwsza napisana przez Stephena Kinga, a potem, po latach wydana pod pseudonimem Richard Bachman to jedna z najlepszych książek o przyjaźni jakie znam. Przyjaźni kiełkującej na najmniej zdatnym do tego gruncie – podczas finałów okrutnego sportu przyszłości, Wielkiego Marszu, w którym stu chłopców idzie tak długo bez przerwy, aż zostanie tylko jeden. Przekonani dotąd o własnej nieśmiertelności, od chwili startu młodzi ludzie krok po kroku zdają sobie sprawę jak dali się zmanipulować, jak bardzo każdym potknięciem, każdym załatwieniem fizjologicznych potrzeb ocierają się o śmierć. I wtedy potrzeba bliskości, drugiego człowieka każe im zwrócić się o pocieszenie do konkurencji. Do innych maszerujących…

Czytałem tę książkę po raz pierwszy w jakimś dziwacznym wydaniu na obozie harcerskim w 1996 roku i nie mogłem potem zasnąć. A jakiś czas potem wróciła do mnie, gdy po raz pierwszy ruszyłem na rajd „Setka z hakiem” gdzie w dobę należało przejść sto kilometrów. I choć zdecydowanie nie byłem w formie, buty nie takie, zła pogoda, kołacząca gdzieś w głowie, absurdalna myśl wywołana tą lekturą: „Gdy się podejmiesz, maszeruj albo giń” pozwoliła mi ów marsz ukończyć.

„W Drodze” Jack Kerouac

To, że ta książka jest biblią bitników dowiedziałem się długo po jej przeczytaniu. Kiedy trafiłem na nią po raz pierwszy, wydawało mi się, że będzie to zabawne – na pierwszą długą podróż autostopem (a był to czas, gdy zaczynałem realizować plan przemierzenia tylko z plecakiem i minimum gotówki całej Europy) zabrać książkę o takim właśnie tytułem. Trochę mi się on kojarzył z pewnym katolickim regularnikiem, ale nie czułem się zniechęcony. Moja podróż miała w założeniu odbyć się na kilku poziomach i jeżeli tak miało być, że duchowy wymiar poprowadzi mnie ścieżką religii… niech i tak będzie. Okazało się inaczej. Poznałem opowieść o podróży spisaną przez człowieka, który nie potrafi usiedzieć w miejscu. Gościa, któremu nogi nieustannie wybijają rytm, a chęć poznawania nowych ludzi, nowych miejsc jest ważniejsza niż wygoda, pełny brzuch czy perspektywa jutra. I mówiąc szczerze to było trochę jak religijne objawienie. Podstawa mojej dzisiejszej życiowej filozofii opiera się w jakiś sposób na tej książce. Dziś Bóg jest dla mnie Drogą – wiem, że Jezus też się tak nazywał, może korzystając z tego, że jest ponad czasem, czytał akurat wtedy Kerouaca? – na której mogę stać lub jechać do przodu, a napotkanych ludzi zabierać na pakę/ samemu dać się im zabrać albo nie. Życie sprowadzone do dwóch wyborów stało się wbrew pozorom dużo bogatsze i za to autorowi „W Drodze” jestem wdzięczny ogromnie.

„Dziewczyna z sąsiedztwa” Jack Ketchum

Jack to cholernie miły facet. Niezwykle wrażliwy, wnikliwy obserwator rzeczywistości. Gdy spotkałem go po raz pierwszy, mówił – zapytany o to jakiej książki by nie napisał – że zawsze cierpi pisząc o krzywdzie zwierząt. Gdy w tym roku rozmawialiśmy w Nowym Jorku o budynku Dakota, ze wzruszeniem wspominał chwilę, gdy w tłumie, ramię w ramię opłakiwali śmierć Lennona. Stali wtedy na Strawberry Fields i śpiewali „Imagine”. Gdybym miał w sobie aż taką dawkę empatii, nie zdecydowałbym się nigdy na opowiadanie historii jak on. Jack bowiem widząc temat, który nim wstrząsa, szuka szczegółów, poznaje historię i potem dokument obraca w powieść, wzbogacając suche fakty o autentyczne emocje i tak, z „perspektywy ulicy”, mierzy się ze złem historii. Próbując zrozumieć, a może po prostu wykrzyczeć to, co boli i przeraża, przechodzi raz za razem cały żmudny proces dekonstrukcji zła, winiąc za nie nade wszystko bierność świadków. Tych, którzy mogliby coś zmienić. Stephen King nazwał kiedyś Ketchuma najstraszniejszym człowiekiem Ameryki. To nieprawda. Ale być może ten gość, na którego twarzy każda zmarszczka jest niczym blizna w boju ze znieczulicą, jest jednym z najwrażliwszych ludzi jakich poznałem i miałem zaszczyt czytać. A „Dziewczyna z sąsiedztwa” to jedno z jego szczytowych osiągnięć.

„Droga” Cormac McCarthy

Właściwie sam jestem zdumiony jak to się stało, że ta książka wyparła na mojej liście inne wielkie powieści postapokaliptyczne, w tym „Aleję Potępienia” Zelaznego, „Bastion” Kinga czy wreszcie – to chyba najbardziej zaskakujące „Jestem Legendą” Mathesona. Gdyby ktoś zadał mi rankigowe pytanie parę dobrych lat wstecz to nawet przy założeniu, że książka McCarthy’ego już by istniała, nie dałby rady żadnemu z powyższej trójki. A jednak. Jedyna książka na tej liście, którą przeczytałem raz i nie przeczytam więcej, bo siedzi mi w głowie tak mocno, obrazy z niej tkwią tak głęboko pod powiekami, że zwyczajnie nie chcę, nie potrzebuję. A co w niej jest takiego? Mam wrażenie, że to kolejna opowieść na mojej liście o dziecięcej niewinności. Piotruś Pan był o tym, że nie zawsze znaczy ona coś dobrego, że czasem może być po prostu brakiem świadomości zła. „Wielki marsz” mówił o zbyt gwałtownym wejściu w dorosłość, o utracie wszelkich złudzeń. „Droga” z kolei to historia o nadziei, że tę niewinność da się zachować. Tego właśnie pragnie ojciec wędrujący przerażającym, wyniszczonym światem – chronić nie tylko życie, ale i niewinność syna. Symboliczna scena oddania mu puszki z Colą, by chłopiec poznał jej smak, odruchy zasłaniania mu oczu czy odwracania uwagi, gdy okrucieństwo przekraczało już i tak z dawna zachwiane normy – to wszystko we mnie siedzi. To wszystko uzmysławia mi jak ważną mam rolę w tym świecie odkąd sam zostałem ojcem.

„Pan Światła” Roger Zelazny

Wielu ludzi sięgając po mojego „Kłamcę” natychmiast szuka inspiracji Gaimanem. To trop chybiony, ale nie do końca, bo źródło faktycznie jest to samo – Roger Zelazny. Wielki mistrz SF, choć pisał bardzo nierówno, stworzył kilka dzieł absolutnie wybitnych i odmieniających gatunek (że wspomnę chociażby Kroniki Amberu czy „Aleję Potępienia”, na temat której rzuciłem już słówko nieco wyżej). Na czele tych dzieł wybitnych stoi właśnie „Pan Światła”, science-fantasy o ludziach, którzy stali się Bogami. To chyba najlepszy przykład tego jak można posłużyć się mitologicznymi, religijnymi odniesieniami, wykazać niebywałą wręcz erudycją połączoną ze zdolnością opowiadania historii i stworzyć dzieło totalne. Są w tej książce elementy westernu, kina samurajskiego, kina kung-fu, sceny batalistyczne i przygodowe. Jest wielki spór religijno-filozoficzny, rozważania nad kondycją człowieka. Są wreszcie baśniowe duchy i dżiny oraz blockbusterowe bon moty. Wszystko napisane tak, że chwyta za gardło i trzyma na bezdechu. A potem inspiruje.

A jeszcze co do języka i odniesień. Widząc ile wysiłku włożył w swój przekład Piotr W. Cholewa, jak szukał, cytował Upaniszady, zgłębiał tajniki buddyjskiej filozofii, wszystko po to by oddać tę książkę jak najlepiej, nie odważyłem się jej czytać w oryginale. I chyba dobrze, bo to jedna z tych kwestii, gdy PWCowi ufam bardziej niż sobie.

„Blues Kojota” Christopher Moore

Uwielbiam Moore’a. Świadomie odkąd przeczytałem znakomitego „Baranka”, ale nieświadomie, co okazało się po latach, właśnie od „Bluesa Kojota”. Prześmiewcza i przekomiczna – a to nie zawsze idzie w parze – opowieść o odzyskiwaniu własnej tożsamości, a jednocześnie pierwsze spotkanie z nieznanym mi dotąd tricksterem – to było mocno odświeżające i ubogacające doświadczenie. Wielokrotnie nawiązywałem potem do Moore’a tak treścią jak i formą, bo choć jego poczucie humoru jest dla wielu zbyt rubaszne, u mnie trafia w punkt i sprawia, że zginam się w pół. Czyli tak, łatwo się domyśleć w jaki punkt trafia.

„Z przejmującego zimna” John Le Carre

I znowu książka będąca dla mnie symbolem wejścia w dorosłość. Tym razem szok jaki towarzyszył mi przy odkrywaniu, że „ej, jak to szpieg, a nie jest jak Bond?” był podobny do tego momentu, gdy odkryłem prawdziwą tożsamość św. Mikołaja. Za pierwszym razem brnąłem przez tę powieść jak przez śnieg. Parę lat później przeczytałem w trzy godziny zdumiony jak wielu rzeczy tam nie widziałem. Później uzmysłowi mi to „Rozmowa” Coppoli czy „Powiększenie” Antonioniego, ale to chyba był pierwszy raz, gdy zdałem sobie sprawę, że napięcie takie, że aż boli nie musi wcale wiązać się z powszechnie rozumianą akcją. A nawet, cholera, nie powinno. Pragnę też zaznaczyć, że zwięzłość tej książki i fakt że nie ma w niej żadnych zbędnych słów, jest czystą esencją opowieści, sprawiły, że umieściłem na tej liście właśnie tę pozycję, choć długo walczyła o miejsce z „HMS Ulissesem” McLeane’a. Wygrała ledwie o włos, a właściwie o odrobinę za długi wstęp tej drugiej wybitnej książki. Warto jednak poznać obie, dla ich ciężkiego nastroju oddanego co do cząsteczki, dla ich uczciwie nakreślonych postaci i wreszcie dlatego, że w obu poznajemy cennik dla wielkich wartości. I nikt nie patrzy na nas krzywo, gdy zastanawiamy się czy to aby nie za dużo.

„Godzina zemsty” Richard Stark

Wpisałem ten tytuł, ale generalnie chodzi o Parkera i czego bym nie wpisał, pasowałoby jak ulał. Twardy złodziej z zasadami, które rozumie do końca tylko on w świecie tak zepsutym, że paradoksalnie to on staje się tym prawym i porządnym. Zanim poznałem Parkera nie wiedziałem, że tak można, byłem przekonany, że granica leży tam, gdzie rysował ją Sergio Leone swoim bezimiennym przybyszem znikąd. Tu poszedłem o krok dalej, za linię zachodzącego słońca i dostałem uczciwie pokazaną ciemną, smolistą noc. A w niej zwalistą sylwetkę drapieżnika. Być może najgroźniejszego z nich wszystkich.

Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika” Stephen King

Kupiłem tę książkę jako podręcznik, dostałem quasi- autobiografię. Nie mam jednak prawa narzekać. Przeciwnie, bo to czym podzielił się King w tej książce dało mi w życiu więcej niż tysiąc porad o stylu, jakie wyczytałem w innych książkach. Najważniejszy pisarz w moim życiu wytłumaczył mi co to znaczy żyć opowieściami, jaka jest, czy raczej bywa tego cena, ale też co dostajesz w pakiecie. Garść porad jakie się w tej pozycji pojawiają huczy mi w głowie za każdym razem, gdy piszę i gdy jakąś świadomie łamię, muszę przekonywać sam siebie, że tak trzeba. I jeśli mi się to nie uda, odpuszczam i piszę jak King przykazał. A za każdym razem, gdy jest mi źle, gdy nie widzę sensu swojej pracy, gdy chcę odpuścić, sięgam po „Jak pisać…” i po raz kolejny czytam fragment „Jak żyć.” Tak jak Kerouac pokazał mi Drogę, tak King uświadomił co jest nią dla mnie. Nie tylko tą książką, ale… hej, dziesięć pozycji, nie? Taka była ta pieprzona, bezsensowna zasada. Więc się jej trzymam.

Taurus Media
Poprzedni

Valerian. Wydanie zbiorcze t.3 - miłość, polityka i ratowanie światów [recenzja]

Warner Bros TV
Następny

Najciekawsze nawiązania do sagi Star Wars [film] [ serial]

Jakub Ćwiek

Jakub Ćwiek

Jakub Ćwiek – publikując od dekady, miksuje różne podgatunki fantastyki z mediami innymi niż literatura. Tak powstał filmowo-serialowy "Kłamca", ukazujący kult gwiazd jako nową mitologię, rockowy "Dreszcz" będący komiksem zaserwowanym w postaci prozy, tworzący wizerunek polskiego superbohatera czy "Chłopcy", którzy nawet z najwygodniejszego fotela zabierają czytelnika na pustą drogę ciągnącą się aż po horyzont. Łącznie szesnaście tytułów. A gdy książki trafiają już do wydawnictwa, Kuba preleguje, podróżuje po świecie, grywa na gitarze, pisze teksty piosenek, scenariusze i felietony. Jego bohaterowie doczekali się komiksów, LARP-ów, filmów krótkometrażowych, adaptacji teatralnych, słuchowisk, gry karcianej i serii koszulek. Rock&Read Festival pokazało nowy sposób zabawy literaturą i rockiem, a gdzieś pomiędzy tym wszystkim Ćwiek znalazł jeszcze czas, by uścisnąć ręce Bruce'a Willisa, Jossa Whedona i Stephena Kinga oraz by założyć Browncoats of Poland. Za opowiadanie "Bajka o trybach i powrotach" otrzymał Nagrodę Fandomu Polskiego im. Janusza A. Zajdla.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz