KINO / DVD RANKINGI 

Mała postapokalipsa, czyli kameralne filmy o zagładzie [ranking]

Czy na nakręcenie dobrego, postapokaliptycznego filmu potrzeba stumilionowego budżetu? Jeśli wybieramy się do kina na pełne efektów specjalnych i tłumu statystów widowisko, to raczej nie można inaczej. Ale gatunek postapo obfituje również w klimatyczne, kameralne produkcje, gdzie ważniejsi od wybuchowej akcji, stad mutantów i hord zombiaków, są skazani na siebie, nieliczni ludzcy bohaterowie.
Gatunek postapo jest wielką kopalnią pomysłów i przeróżnych konfiguracji, w jednym, popkulturowym tyglu można tu wymieszać horror, fantastykę naukową, film drogi i przede wszystkim, niekoniecznie wymagający feerii efektów specjalnych, dramat obyczajowy.

Jeśli ktoś myśli, że wyeksponowanie obyczajowych wątków w filmowym postapo zaczęło się od „Drogi” bądź serialowego „The Walking Dead”, ten nie może bardziej się mylić. Dzisiaj filmów posiłkujących się postapokaliptyczną poetyką jest na pęczki, ale nie inaczej było pół wieku temu i jeszcze wcześniej, w latach pięćdziesiątych, czyli w czasach rozkwitu tego gatunku.  Bowiem jedna rzecz w filmowej branży się nie zmienia – ograniczony budżet i związane z nim pomysły na oryginalne i przede wszystkim niedrogie fabuły. Stąd brały się dawne filmy z niewielką liczbą aktorów w rodzaju „Ostatniej kobiety na Ziemi”, „The Earth Dies Screaming”, czy „Five” i dzisiaj jest nie inaczej.  Gatunek postapo jest po prostu wielką kopalnią pomysłów i przeróżnych konfiguracji, w jednym, popkulturowym tyglu można tu wymieszać horror, fantastykę naukową, film drogi i przede wszystkim, niekoniecznie wymagający feerii efektów specjalnych, dramat obyczajowy. A gdzie dramat obyczajowy nie wybrzmi szczególnie, jeśli nie w scenerii końca naszego świata? Oto rzut oka na kilka najnowszych produkcji, wykorzystujących realia światowej zagłady dla ukazania interakcji nielicznych, pozostałych przy życiu bohaterów.

„Hidden”

O tym filmie pisaliśmy całkiem niedawno, więc ląduje w rankingu  bardziej  gwoli przypomnienia. Podziemny schron, a w nim przebywająca prawie od roku trzyosobowa rodzina.  Nad nimi zaś ogarnięty wirusem świat i tajemnicze, i długo niewidoczne dla widza, poruszające się po powierzchni stwory, nazywane przez bohaterów „breathers”. Kino mocno klaustrofobiczne, a najlepiej wypada w nim przekonująca i jakże po dziecinnemu irytująca w roli córki ukrywającego się małżeństwa, Emily Alen Lynd. Podczas seansu z duszą na ramieniu czekamy na nieuniknione, a kiedy ono nadchodzi, to…  cóż, najlepiej to zobaczyć samemu.

„Maggie”

To trochę nietypowe postapo, bo nie ma tu stricte totalnej zagłady. Krążył jakiś wirus, który niszczył uprawy i zamienił część ludzi w zombie, ale jak na razie sytuacja wygląda na opanowaną. Tytułowa Maggie to zainfekowana nastolatka, córka farmera, którego gra nie kto inny, jak sam, w lekko nietypowej dla siebie roli, Arnold Schwarzenegger. Dla każdego rodzica nadchodząca śmierć dziecka jest rodzajem najstraszniejszej zagłady, a przeniesienie tego motywu w postapokaliptyczną poetykę tylko podkręca emocje. Dziecko nie umrze, tylko przemieni się w potwora, a to chyba jeszcze gorsze niż śmierć – czy rodzic może na coś takiego pozwolić? Jest tutaj kilka scen chwytających za serce, jak ta z macochą dziewczyny, która wyczuwając nadchodzącą przemianę, jeszcze chwilę przedtem z czułością opatrująca pasierbicę, zmuszona jest sięgnąć po narzędzie do obrony. Ale najciekawiej wypadają sceny, kiedy nastolatki, ci zarażeni i ci niezarażeni, lądują razem na nocnej imprezie. Nie ma sztampy, nie ma tanich chwytów tylko nocne rozmowy młodych ludzi, podszyte szczęściem wspólnego obcowania  i zarazem rozpaczą, bo oto w pewien sposób kończy się ich świat. Mocne, miejscami bardzo przygnębiające i pozornie pozostawiające bohaterów bez żadnego wyjścia kino, ostatecznie  niosące w sobie całkiem spory ładunek pozytywnych emocji.

„Air”

Na samym początku, przez wątek z podziemnym schronem i wykonującymi tajemnicze zadania bohaterami, „Air” przypomina trochę „Zagubionych”, ale fabuła idzie tu w zupełnie inna stronę. Dwóch męskich bohaterów żyje, czy raczej przeważającą część czasu śpi w komorach hibernacyjnych w wielkim, podziemnym silosie. Wybudzani są co kilka miesięcy, dosłownie na półtorej godziny, aby dokonać rutynowego przeglądu technicznego. W podziemiach nie są sami – są tu inni, śpiący ludzie, będący szansą na przetrwanie gatunku. Na powierzchni nie ma praktycznie warunków do życia, brakuje tytułowego, zdatnego do życia powietrza, które także w silosie jest dawkowane bardzo oszczędnie. Dramat rozpoczyna się, kiedy komora hibernacyjna jednego z mężczyzn przestaje działać i zaczyna się wyścig z czasem oraz z własnym strachem i uprzedzeniami. Może fabularnie nie jest to wielkie dzieło, ale ma przeraźliwie klaustrofobiczny klimat, no i Normana Reedusa w jednej z dwóch głównych ról. Choć lepiej i ciekawiej wypada tu postać drugiego z mężczyzn, grana przez czarnoskórego Djimona Hounsou.

„Extinction”

Tytuł mocno dosadny i trochę jakby nie pasujący do kameralnego charakteru filmu. Początek jest jak z typowego horroru z zombie i osaczoną przez nich grupą ludzi. Potem niespodziewanie przenosimy się dziewięć lat do przodu. Wita nas krajobraz wiecznej zimy. Obserwujemy życie trójki ocalałych z pogromu osób. Jest jeden, żyjący samotnie mężczyzna, i drugi, mieszkający po sąsiedzku  z córką. Na początku filmu była jeszcze kobieta, matka dziewczynki. Została ugryziona i najwyraźniej nie przeżyła. Najciekawsze jest to, że mężczyźni w ogóle ze sobą nie rozmawiają. Ten, który mieszka z dziewczynką pała do drugiego wyraźną niechęcią, najwyraźniej ma mu coś za złe. Konflikt między nimi staje się osią fabuły, rodząc u widza pytanie, czy w wypadku jakiegoś zagrożenia, będą w stanie stawić mu wspólne czoła? Na razie zagrożenie pozornie nie istnieje, ponieważ zombie w międzyczasie po prostu zamarzły i najwyraźniej wymarły, ale czy na pewno? I znowu najlepiej w tym małym gronie wypada dziecięca aktorka, Quinn McColgan, choć ciekawą rolę ma tu też znany z „Zagubionych”, Matthew Fox.

„Z for Zachariah”

Ekranizacja książki Roberta C. O’Briena z 1974 roku, dosyć odbiegająca od oryginału, a także adaptacji BBC z 1984 roku. Wszystko przez to, że do fabuły dorzucono trzecią postać, przez co dość poważnie zmieniona zostaje wymowa całości. To jednak wcale nie wada, a jedynie trochę inne, twórcze spojrzenie na wzorce ludzkich zachowań w obliczu zagłady. Nie ma tu żadnych potworów, czy przerażających zagrożeń, nie doświadcza  ich, oprócz dojmującej samotności żyjąca w dolinie wśród gór młoda kobieta. To miejsce zrządzeniem losu, czy raczej specyficznego ukształtowania terenu wolne jest od skutków wszechobecnego na niższych partiach i będącego skutkiem niesprecyzowanego konfliktu promieniowania i słusznie  jawi się jako odpowiednik biblijnego Raju.

Po pewnym czasie, do dziewczyny dołącza wędrujący w poszukiwaniu schronienia naukowiec, który porusza się w chroniącym przed promieniowaniem kombinezonie. Dla dziewczyny jest on niczym Zachariasz, postać z  czytanej przez nią niegdyś serii biblijnych publikacji, którego, po dziecinnemu uważała za ostatniego mężczyznę na Ziemi (skoro „A jak Adam” był pierwszy, to „Z jak Zachariasz” musi być ostatni). Między dwójką bohaterów, choć dzieli ich i spora różnica wieku, i różne przekonania co do religii,  zawiązuje się uczucie. A potem pojawia się ten trzeci (wątek wcale nie taki  nowy w postapokaliptycznych produkcjach, znany przykładowo z „Ostatniej kobiety na Ziemi”, czy filmu pod mocno wymownym tytułem, „Świat, ciało i szatan”) i między mężczyznami rozpoczyna się gra o względy kobiety. ta gra, jak możemy śmiało przypuszczać, będzie miała tragiczne następstwa. W rezultacie,oglądamy pełną biblijnych odniesień, ale też seksualnego napięcia ekranową przypowieść o niezmienności i nieustępliwości ludzkich charakterów, nawet w obliczu końca świata.

Świat Książki
Poprzedni

Pierwszych piętnaście żywotów Harry'ego Augusta – bardzo długi Dzień Świstaka [recenzja] [książka]

Media Rodzina
Następny

Harry Potter i Kamień Filozoficzny - magiczna powieść z magicznymi ilustracjami [recenzja]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

1 Comment

  1. 2015-11-10 at 11:18 — Odpowiedz

    No to skoro jest „Maggie” jako nietypowe postapo dodałbym „Monsters”, które niedawno zobaczyłem. Pełnometrażowy debiut Garreta Edwardsa pokazuje zagładę, która z pewnością nadciągnie. Zaś królem postapo w segmencie kina z mniejszym budżetem jest „Rover”. Kosztował 12 mln. $ więc chyba można go zaliczyć :)

Dodaj komentarz