RANKINGI 

Marcin Przybyłek: Dziesięć książek mojego życia cz. 2

Pozytywny odzew na pierwsze zestawienie oraz nieprzyjemne odczucie, że pominąłem kilka istotnych tytułów skłoniły mnie ku temu, by przytoczyć drugie zestawienie „10 książek mojego życia”. Uprzedzam, mowa będzie znowu wyłącznie o rzeczach niebeletrystycznych.

Ty nic nie rozumiesz! – Deborah Tannen

To była „11” książka, którą chciałem wrzucić w poprzednie zestawienie. Jest to gruba i pełna przykładów rzecz traktująca o tym, dlaczego mężczyźni i kobiety tak często nie mogą się dogadać. I nie jest to fiku miku typu, że mężczyźni są z Marsa, a kobiety z Andromedy, nie jest to „Płeć mózgu”, skądinąd książka ciekawa, ale nader rzetelna analiza, której autorka poświęciła naprawdę dużo pracy.

Tannen pokazuje, że istnieją dwa skrypty komunikacyjne: męski i kobiecy. Nie twierdzi, że jeden jest lepszy, a drugi gorszy i nie pociesza, że łatwo mężczyźnie zrozumieć kobietę i odwrotnie. Ale jest cierpliwa i pokazuje podstawowe różnice, okraszając je dziesiątkami nagranych rozmów. Z jej obserwacji wynika, że mężczyźni komunikują się, gdy mają coś do przekazania, a dla kobiet jest to sposób na bycie z kimś, że mężczyźni unikają rozmów o problemach i szukają szybkich rozwiązań, co rozsierdza kobiety pragnące się im się po prostu zwierzyć, że mężczyźni lubią ciszę i nie widzą w niej żadnego problemu, podczas gdy dla kobiet milczenie jest ponurym emisariuszem rozpadającego się związku. I tak dalej i tak dalej, im głębiej, tym ciekawiej.

W jednym tylko nie zgadzam się z Tannen. Autorka twierdzi, że przyczyną różnic w komunikacji męskiej i kobiecej są inne sposoby wychowania chłopców i dziewczynek. Moim zdaniem nie tylko. Ważne są także geny. Niezależnie jednak od tego, czy rację mam ja, czy autorka, książka ta wciąż pozostaje kapitalnym i moim zdaniem najlepszym, najbardziej kompletnym kompendium na temat różnic w komunikacji obu płci.

Mowa ciała – Alan Pease

Miałem szczęście, że przeczytałem tę książkę jako pierwszą jeśli chodzi o mowę ciała, bo okazała się najlepsza. Wszystko, co czytałem potem było jakieś płaskie, wydumane, rozdmuchane, albo niosące znamiona nieprawdziwości. Pease naprawdę zna się na mowie ciała, poświęcił temu zagadnieniu kawał życia i tysiące obserwacji. Książka została przetłumaczona na wiele języków i nie wypada jej nie znać, jeśli ktoś chce twierdzić, że chociaż trochę rozumiepsychologię komunikacji.

Posiada krocie ilustracji, które są w tego typu publikacji niezbędne. W zasadzie wciąż mam ją „załadowaną” w osobisty RAM, bo to, co Pease opisał po prostu widać na co dzień. Tuż po lekturze nie mogłem się nadziwić, jak to, co autor opisał, sprawdza się w rzeczywistości. Potem, jak mi się wydaje, treści zawarte w książce weszły mi w krew i przestałem świadomie o nich myśleć, niemniej gdy ktoś na moich wykładach wykonuje gest sceptycyzmu, natychmiast zwracam na niego uwagę, a gdy kobieta macha do mnie stópką… rozumiecie…

Wprowadzenie do Psychologii osobowości – Piotr Oleś

Jest to podręcznik akademicki, podobnie jak „Psychologia społeczna”, która jest także na tej liście. Można by powiedzieć, że to trochę niezręczne, przytaczać podręczniki jako „książki życia”. Co jednak na to poradzę, że to właśnie ta książka spowodowała, że tak wiele pojąłem, a pewne zawarte w niej pojęcia trwale zmieniły mój sposób widzenia innych i siebie?

Zaczęło się od tego, że Ania, studiująca jakiś czas temu psychologię, poprosiła mnie, żebym przeczytał jeden rozdział.Miała z nim kłopoty. Twierdziła, że jest jakiś dziwny. Do dzisiaj powinienem być jej wdzięczny, bo był to jeden z najważniejszych tekstów, jakie przeczytałem. A chodzi o teorię zwaną psychologią narracyjną. Mówi ona, że tożsamość nie jest określoną strukturą psychiczną, ale… opowieścią. Narracją. Księgą naszego życia, która ulega nieustannej aktualizacji, jest zmienna, zmienia się w niej początek, czyli wybór wspomnień autobiograficznych, zmienia się środek, zmianie ulega zakończenie, bo ono, chociaż do niego jeszcze nie dotarliśmy, ma potężny wpływ na to, co o sobie myślimy teraz. Z teorią tą powiązane jest, także zawarte w tej książce,podejścia Adlera mówiące o tzw. celach finalnych, czyli tym, co myślimy, gdy zapytujemy samych siebie, kim będziemy w przyszłości.Niekoniecznie musimy odpowiadać zgodnie z twardą rzeczywistością. Możemy w przyszłości być poszukiwaczem przygód w postapokaliptycznej scenerii, pilotem walczącym w kosmicznych bataliach, łuczniczką zmagającą się z przeciwnościami losu ramię w ramię z elfami, kimkolwiek, kto jest w twojej wyobraźni piękny, ważny, kimkolwiek kim naprawdę, w głębi duszy chciałbyś / chciałabyś być. I co? I te wyobrażenia mają wpływ na to, kim jesteś – na twoje wybory, na twoje zakupy, na twoją edukację, wybór znajomych, wszystko. Prawdziwe czy nie, posiadacze łuków, skórzanych bransolet, liczników Geigera, pancerzy, sztuk broni i tak dalej?

Tao te king – Lao Tsy

Pierwsze wydanie „Tao te kingu” zwanego także Daodejingiem miałem odbite na ksero z „Literatury na świecie” i do dzisiaj przechowuję luźne kartki w skórzanej obwolucie. Jak relikwię. Inne wydanie, w twardej okładce, nabyłem jakiś czas temu, w innym tłumaczeniu, które o wiele mniej przypadło mi do gustu, a wstęp napisany przez interpretatora zupełnie mnie rozdrażnił, bo wyczuwam w nim jakąś agresję, z przekładu zaś widać, że tłumacz czuje filozofię dalekiego wschodu dużo gorzej od tego, który zamieścił owoce swojej pracy w „Literaturze na świecie”. Jest to jeden z wielu przykładów ilustrujących tezę, żeby nie oceniać książki po okładce.

Księgę drogi i cnoty przeczytałem jeszcze na studiach i poczytuję do dzisiaj od czasu do czasu, zwłaszcza, gdy potrzebuję wewnętrznego wyprostowania i uspokojenia, wtedy gdy chcę, by mi ktoś przywrócił właściwe proporcje życia. Już jako dwudziestolatek zrozumiałem, że wschód mam w sobie. Wiersze chińskiego filozofa są dla mnie tak przejrzyste, tak zrozumiałe, tak proste, jakbym to ja je napisał. Mam wrażenie, że filozofię Tao albo się czuje, albo nie i jeśli prawdziwa jest druga opcja, piekielnie trudno przekazać subtelność tej myśli, bo każde ujęcie w słowa trywializuje ją i upraszcza (a Tao jest przecież z definicji nieuchwytne).

Tak czy owak polecam tę książkę, bo może się okazać, że wielu czytelników nie ma wciąż pojęcia, że gdzieś na półkach księgarń leży zamknięta w okładki treść, która jest im bardzo bliska.

W objęciach jasności – Betty J. Eadie

Wbijam sobie nóż w plecy, bo przytaczam książkę co najmniej dziwną. Betty J. Eadie to półindianka, która, z tego co pamiętam, nie ukończyła nawet szkoły średniej. I nie miałaby być może niczego ciekawego do powiedzenia, gdyby nie to, że przeżyła śmierć kliniczną i to, według tego, co w książce stoi, najdłuższą w historii medycyny (w każdym razie wtedy, gdy opowieść powstawała).

Nie jest to książka długa, nie zmienia to jednak faktu, że wywarła na mnie kolosalne wrażenie. W skrócie opowiada o tym, co pani Eadie widziała „oczami duszy”. I jest to zdumiewające z jednego w zasadzie względu. Jak wspomniałem, autorka nie jest erudytką, nie zna współczesnych teorii fizycznych, jest wykształcona w stopniu zaledwie podstawowym. A pisząc o tym, jak „dusza” widzi, odnosi się do widzenia wielowymiarowego, takiego, jakiego musiałaby używać istota żyjąca w o jednym wymiarze więcej niż my. Pisząc o sposobie przemieszczania się w przestrzeni i czasie autorka opisuje istotę, która żyje w rzeczywistości, gdzie istnieje jeszcze jeden dodatkowy wymiar, a przekazując to, co widziała „w zaświatach” zamienia się w pisarkę science fiction, która za cel obrała sobie opisanie teorii hologramu, która, z pewnego punktu widzenia jest naukowym rozwinięciem platońskiej jaskini.

Jednym słowem, gdy czyta się tę książeczkę, włosy stają na głowie, bo rodzą się pytania tudzież wykrzykniki: „Skąd ta baba to wie, skoro jest niewykształcona?”, „Ależ to jest to, co czytałem u Kaku / Hawkinga / Greene’a!”. Pani Eadie jest chrześcijanką (ciekawie opisuje swój stosunek do religii, wychowana bowiem została przez siostry zakonne i przez jakiś czas nienawidziła wszystkiego, co związane z krzyżem, ale to inna historia), więc odnosi to, co widziała w stanie śmierci klinicznej do znanej sobie wiary, lecz krytyczny czytelnik łatwo zauważy, że nawiązania autorki można równie dobrze wyrzucić, a i tak pozostanie treść niezwykle frapująca.

Po przeczytaniu tej książki zdarzyła mi się rzecz niezwykła. Położyłem się spać, zgasiłem światło, zamknąłem oczy i zobaczyłem, przez zamknięte powieki, że jednak światła nie zgasiłem. Otworzyłem oczy i stwierdziłem, że jest ciemno, choćby oko wykol. Zamknąłem je i znowu zobaczyłem niezwykle jasne światło. Powtórzyłem czynność otwierania i zamykania oczu i sytuacja się powtarzała: oczy otwarte – ciemno. Oczy zamknięte – jasno. Światło było niezwykle intensywne i nie dawało mi zasnąć.

I do dzisiaj nie wiem, co widziałem, nie widząc.

Dwunasta planeta – Zecharia Sitchin

Zaraz usłyszę od purystów naukowych, że znowu strzelam sobie w kolano. Na pomoc więc przywołam Karola Junga, który twierdził, że nauka, która omija zjawiska rzadkie i niewytłumaczalne, nie powinna się mienić nauką. ZechariaSitchin to postać w świecie nauki jak to mówią, kontrowersyjna i ma mnóstwo przeciwników. Przypomnijmy jednak, że taki na przykład Roger Penrose, światowej sławy fizyk i matematyk, także ma mnóstwo przeciwników, a mimo wszystko wydaje się (mojej skromnej osobie), że to on ma rację, nie oni. Niedawno jeszcze odsądzano od czci i wiary brazylijskiego naukowca, który wytoczył ciężkie działo, bo stwierdził, że prędkość światła jest zmienna. Ostatnie odkrycia (jeśli mi się coś nie pokręciło) zdają się potwierdzać jego tezę.

O czym pisze Sitchin? O rzeczy tak dziwacznej, że aż wstyd się do niej przyznać. Mianowicie o planecie Nibiru, zwanej także Mardukiem, ciele niebieskim krążącym wokół naszego Słońca po tak wydłużonej, elipsoidalnej orbicie, że wkracza w obręb orbitujących znanych nam planet raz na ponad trzy tysiące lat. Brzmi jak bajka, prawda? Lecz autor „Dwunastej planety” nie wypadł krowie spod ogona i potrafi obronić tezę nie tylko tę, ale mnóstwo innych, a używa do tego rzeczy i zjawisk, które otaczają nas na co dzień i co do których nie zadajemy pytań. Skąd na przykład wziął się podział tygodnia na siedem dni? Nie, nie, nie mówcie o Biblii, bo to, co napisano w Piśmie Świętym jest popłuczyną po najstarszych zapisach ludzkości, czyli pismach sumeryjskich i to one, a nie poprzekłamywana Biblia są przez Zitchina, znakomitego tłumacza, interpretowane. No więc według niego siódemka nie bierze się z żadnych świętych pism, ale z tego, że Ziemia jest siódmą planetą. Licząc od zewnątrz. Miłość do złota człowieka dawnych wieków nie bierze się znikąd, ale z tego, że pałali nią kosmici, którym metal ten był potrzebny do konkretnych rzeczy. Nazwa Ziemi „Earth” bierze się od słowa Eridu, które jest nazwą pierwszej znanej sumeryjskiej osady. Sęk w tym, że słowo to oznacza „miejsce daleko od domu”. Intrygujące, prawda? A skąd się wzięło słowo „abyss”, czyli otchłań, piekło? Od Abizu, czyli sumeryjskiego terminu oznaczającego kopalnię. Bo dawni bogowie, czyli Nefilim, ci, którzy zstąpili z nieba potrzebowali naszych kopalin. No właśnie. Dlaczego patrzymy w niebo szukając tam bogów? Dlaczego ich symbolem jest krzyż? Bo przybyli z gwiazd, a krzyż to uproszczona gwiazda.

I tak dalej i tak dalej. Sitchin ma odpowiedź niemal na wszystko: potop, zlodowacenia, dwunastkowy system liczbowy, pochodzenie człowieka i wiele, wiele innych rzeczy i trzeba przyznać, opiera się na ogromnej liczbie faktów, a i wiedzę ma godną pozazdroszczenia. Ostatecznie można się z nim zgadzać, można powątpiewać, jedno jednak jest pewne: po lekturze „Dwunastej planety” nic już nie jest takie samo.

Życie seksualne królów polskich – Ludwik Stomma

Pan Stomma ma szczególne miejsce w naszym domu. Pierwsza zainteresowała się nim Ania, a potem ja i przeczytaliśmy chyba wszystko tego autora, w każdym razie to, co jest do zdobycia. Do dzisiaj pamiętam, jak zarykiwaliśmy ze śmiechu się czytając „Życie seksualne…” i jak wdzięczni byliśmy panu Stommie za to, że podzielił się swoją wiedzą historyczną i totalnie odbrązowił tak wiele posągowych, koturnowych postaci znanych z podręczników historii.

Teraz zupełnie inaczej patrzę na Kazimierza Wielkiego, Joannę d’Arc (zwłaszcza jej komilitonów) czy Augusta II Mocnego, „największego jebakę Europy”, jak pisze autor. Książka ta to jednak nie tylko śmichy chichy. To fenomenalny wgląd w psychologię władzy i to, jakich czynów może się dopuścić ktoś, komu wszystko wolno, to kapitalny przewodnik po zmieniających się poglądach na to, co moralne, a co nie w dane epoce – na przykład był okres, w którym całkowitym „obciachem” było nieposiadanie kochanki, więc jeden z opisywanych przez Stommę wielmożów opłacał pewną damę, by opowiadała, jak jest niesamowity w łóżku, a wolał płacić zamiast chędożyć, bo nie pasjonował się seksualnymi podbojami.

Jest to też bez wątpienia książka brutalna. Wiadomo nie od dziś, że satysfakcję seksualną różni ludzie osiągają w różny sposób, a podręczniki do psychopatologii opisują rozmaite parafilie i zboczenia, ale to, do czego byli zdolni monarchowie, mrozi krew w żyłach. Wyobraźmy sobie na przykład człowieka, który może „dojść” wyłącznie wtedy, gdy kocha się z dzieckiem, któremu podrzyna gardło i patrzy jak ono umiera. Mocne, prawda? Najgorsze, że to nie film, tylko opis życia seksualnego autentycznej historycznej postaci.

Fedon – Platon

Platona przeczytałem wszystko, czasami kilkakrotnie, niektóre dialogi (np. Fajdros) w zacnym towarzystwie filozofów, znawców greki, ludzi sztuki, na głos. Cenię wszystkie platońskie opowieści, znakomicie zresztą przetłumaczone przez pana Witwickiego, kocham jego opis jaskini z „Państwa”, który gorąco polecam, co innego jest bowiem o jaskini „słyszeć” a co innego przeczytać źródło. Jest ono świetne i zawiera subtelności, które niejednemu interpretatorowi uciekają. I w zasadzie nie wiem, co bardziej utkwiło mi w pamięci – jaskinia z „Państwa” (i wiele innych pomysłów w tym dialogu zawartych) czy dowód na nieśmiertelność duszy w dialogu „Fedon”.

O czym mówi „Fedon”? Widzimy Sokratesa skazanego na śmierć, w więzieniu, otoczonego przez kochających go uczniów, szykującego się do wypicia trucizny. Uczniowie płaczą, a on się dziwi. Płacząc przeczą wszystkiemu, czego ich uczył. Nakłaniają go, by uciekł (wszystko jest przygotowane, strażnicy przekupieni, tak naprawdę nikomu nie zależy, by mistrz umarł), ale on się nie godzi, bo w ten sposób zaprzeczyłby swoim poglądom. Przecież nauczyciel Platona wierzy w idee, w tym w ideę sprawiedliwości. Jakżeby mógł zatem uciec? Swoją drogą jego postawę można by unaocznić naszym politykom. Ciekawe, co by powiedzieli. Tak czy owak Sokrates widząc zwątpienie w oczach uczniów postanawia razem z nimi jeszcze raz przeprowadzić  rozumowanie, którego celem jest dowód na nieśmiertelność duszy. I, co jest właśnie w tym dialogu cudowne, dowód ten udaje się i nie sposób włożyć weń szpilki. Zdumiewające jest, że Platon nie znając współczesnych teorii fizycznych, opierając się tylko na rozumowaniu, jest w stanie udowodnić, że ulotny byt informacyjny, którym jest psyche, jest nieśmiertelny. Dokładnego wywodu oczywiście już nie pamiętam i nie warto zaglądać do Wikipedii, by poznać streszczenie, bo to zupełnie nie to samo. To trzeba samemu przeczytać i samemu przeżyć, amen.

Psychologia społeczna – Elliot Aronson

No cóż. Ktoś, kto nie zna podstawowych pojęć, eksperymentów i prawd psychologii społecznej, sam jest sobie winien. Tak, książka jest gruba, ale de facto czyta się ją jak dobry kryminał i dzięki zawartej w niej prawdom można się zorientować w bardzo wielu zjawiskach, które otaczają nas na co dzień.

Pojęcia konformizmu społecznego i rozproszenia odpowiedzialności pozwalają zrozumieć dynamikę tłumu i to, jak bywa niebezpieczny, zjawiska nazwane dysonansem poznawczym i schematem poznawczym pozwalają poprawnie ocenić niezrozumiałe bez nich zachowania innych ludzi, efekt Pigmaliona, heurystyki, modelowanie, torowanie, wpływ autorytetu, atrybucje, to wszystko pojęcia, bez których nie wyobrażam sobie obecnie funkcjonowania. Patrzę na reklamy i widzę, jakimi chwytami się posługują, bo one także są opisane w tej książce. Patrzę na modę i znam jej arcydowcipną definicję podaną w dziele pod redakcją Aronsona i wiem, że człowiek inteligentny tudzież wykształcony powinien ją mieć (modę) w „głębokim poważaniu”, patrzę na wyniki wyborów i (mniej więcej) wiem, dlaczego i jak zostały wygrane tudzież przegrane. O tym wszystkim mówi psychologia społeczna i o wielu także innych rzeczach, o których tutaj nie wspomniałem.

Wiedza zawarta w tej książce pozwala widzieć dalej, lepiej i nie wpadać w typowe dla (przepraszam za słowo, które padnie za nawiasem) niedouczonych błędy rozumowania czy oceniania jakichś zjawisk. Poznanie tej dziedziny (i w ogóle całej psychologii) ma jednak efekt uboczny. Podczas dyskusji, na przykład w internecie, po jednej stronie stoisz Ty-który-wiesz i ten-któremu-się-wydaje. I jak z nim rozmawiać?

Biblia – antologia

Tak, ja, ateista, mam tę książkę w domu, oczywiście obok opracowań na temat wielu innych religii. I czytałem. Nie, nie całą. Różne fragmenty Starego Testamentu i Ewangelie z nowego. Po co? Jak to po co? Żeby wiedzieć, co tam jest napisane, jak jest to napisane i co to w ogóle warte.

I nie powiem, w polskiej rzeczywistości lektura ta, od czasu do czasu odnawiana, przynosi nieocenione owoce. Katolicy z reguły nie znają ani pierwszej ani drugiej części tej księgi, chociaż uważają ją za kamień węgielny moralności. Ja natomiast znam i zgodnie z wrodzonym wyczuleniem na szczegóły i niuanse zwracam uwagę na to, na co kanon uwagi nie zwraca.

Na przykład wciąż i na okrągło wspomina się, że tak zwane zwiastowanie, czyli przekazanie informacji, że Maria jest w ciąży (i to nie byle jakiej), jest udziałem tylko zainteresowanej, co opisuje Łukasz. Jest to prawda, Łukasz opisuje. Ale niemal dokładnie tyle samo miejsca Mateusz poświęca na opis zwiastowania, którego adresatem jest Józef, przybrany ojciec boga-syna, a dzieje się to w jego śnie. Dlaczego o pierwszym wciąż się trąbi, a o drugim wcale? Niesprawiedliwe, prawda? Przypowieści Jezusa są ciekawe i gdyby nie to, że wiele z nich zostało zbanalizowanych przez kler, można by się  pobawić w ich głębsze analizy. Jezus mówi: bądź taki, jak ja, rozwijaj się, buntuj, myśl. Niestety, funkcjonariusze kościoła chcą, by jego słowa „idź za mną” rozumieć jako „wierz we mnie i przestań myśleć”. No cóż, mają w tym interes, nieprawdaż?

Interesujące są zestawienia tego, co mówi Mateusz, Łukasz, Marek i Jan. O ile pierwszy jest wyważony, drugi jakby rozmaślony, trzeci przeżyciowy i najbardziej „faktologiczny”, to czwarty jest zupełnie odjechany i najmniej zrozumiały. Tylko Marek pisze „był tłum i się baliśmy”, fajne, prawda?

No i jest jeszcze apokalipsa, która… nieco rozczarowuje. Jak człowiek to przeczyta, orientuje się, że wcale nie chodzi o jakiś straszny i ostateczny koniec Ziemi i galaktyk, ale o małe lokalne porachunki okolic bliskiego wschodu. Taka burza w szklance.

Ach i Hiob. A zwłaszcza odpowiedź, jakiej udziela mu YHWH po tym, jak zachował się niczym ostatni kretyn (boga mam na myśli), bo uległ podszeptom szatana, a teraz powinien po prostu przeprosić, albo przynajmniej podzielić się niezwykłymi, pouczającymi prawdami na temat cierpienia. Co zamiast tego wszystkiego mówi? Chwali się, że potrafi skonstruować hipopotama czy innego nosorożca, oraz… krokodyla. Tak! I mówi, że Hiob nie potrafi. Nic dziwnego, że główny bohater opowieści w końcu pada na twarz, bo jak tu z idiotą rozmawiać. Naprawdę pouczające.

Takich przykładów są dziesiątki, ale powstrzymam się przed ich przytaczaniem, bo musiałbym napisać książkę o biblii, a nie mam czasu.

Tak czy owak warto znać tę książkę. Zwłaszcza w Polsce.

 

Eamonn McCabe/The Guardian
Poprzedni

Lemmy Kilmister 1945 - 2015

cityonfire
Następny

City on Fire - prawie Wściekłe psy [recenzja]

Marcin Przybyłek

Marcin Przybyłek

Lekarz medycyny, wieloletni pracownik koncernu farmaceutycznego, obecnie trener i konsultant biznesowy. Autor największej polskiej sagi science fiction "Gamedec", antyporadnika dla menedżerów "Sprzedaż albo śmierć?", powieści (teoretycznie dla dzieci) "Kalina i Kaj", zbioru anegdot dla graczy "Grao Story" i powieści korporacyjnej "CEO Slayer". Od lat zainteresowany psychologicznym, technologicznym oraz finansowym rozwojem ludzkości, przekazuje swoje wizje w książkach, wykładach i podczas szkoleń. Ma żonę Annę i córkę Kalinę.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz