RANKINGI 

Marcin Przybyłek: Dziesięć książek mojego życia

Nie będę udawał, że dziesięć książek, które ukształtowały mój sposób myślenia czy widzenia świata, to rzeczy beletrystyczne. Owszem, były i są powieści, które bardzo lubię i do których wracam, są opowieści pouczające i wzbogacające i zapewne napiszę o nich następnym razem. Teraz jednak wspomnę o tytułach najważniejszych, żałując, że nie mogę opowiedzieć o wszystkich, bo musiałbym napisać książkę o książkach.

1. Dezintegracja pozytywna, Kazimierz Dąbrowski

Ważna jest nie tylko ta książka, ale wszystkie pozycje tego autora, przy czym od tej wypadałoby zacząć. Dlaczego dezintegracja pozytywna to tak istotna teoria i dlaczego zmieniła moje życie? Dąbrowski pisze do tych i o tych, którzy nie pasują, którzy się nie potrafią zaadaptować, do ludzi, nie chcę użyć tu słowa „wybitnych”, ale na pewno nietuzinkowych. Pisze do tych, którzy zwierzając się ze swoich przeżyć czy obserwacji słyszą: „E, szukasz sobie problemów”.

W jego tekstach jest wyjaśnienie, którego brak w innych psychologicznych teoriach – jest wysoki poziom, który trudno jest opisać, nazwać, przekazać subtelności z nim związane, dlatego najczęściej się go pomija. Polski psychiatra potrafi nazwać i opisać tak złożone funkcje psychiczne, że człowiek czytając jego obserwacje, myśli: „Rany boskie! Już rozumiem!”

Autor teorii dezintegracji pozytywnej prostuje świat. Przywraca mu właściwe proporcje. Mówi, że wysoki potencjał rozwojowy ma przede wszystkim osoba wrażliwa, a nie „silna osobowość”, że bogata wyobraźnia nie prowadzi do eskapizmu, ale do pogłębiania świata idei, a ci, którzy jej nie mają i „twardo stoją na ziemi” uprawiają eskapizm o wiele groźniejszy – od idei ku szarej rzeczywistości. Dąbrowski pisze, że adaptacja do otaczającego świata niekoniecznie świadczy o kimś dobrze, bo istnieje „pozytywne nieprzystosowanie”, świadczące o tym, że osoba patrząca na ten świat czuje i myśli. Pisze o wielu arcyważnych sprawach, które pomagają najcenniejszym ludziom, twórcom kultury i sztuki. Dopóki nie pozna się jego teorii, bardzo wielu zjawisk nie potrafi się nazwać ani wyjaśnić. Ja jak się pozna – już się potrafi. I powstaje potrzeba podzielenia się tą wiedzą z innymi, którzy także nie wiedzą, czy to oni są nienormalni, czy to świat oszalał.

2. Wojna Restrepo, Sebastian Junger

Jest to rzecz o kompanii Battle walczącej w dolinie Korengal, w Afganistanie. Junger jest dziennikarzem, który z amerykańskimi żołnierzami spędził wiele miesięcy.

Dopóki nie przeczytałem tej książki, nic nie wiedziałem o wojnie, o tym, co czują żołnierze, o tym, jak się zachowują i co myślą, nie wspominając o tym, że chociaż czytałem „Żmiję” Sapkowskiego, mało wiedziałem o Afganistanie. Obserwacje Jungera są odkrywcze, zmieniają rzeczywistość. Dziennikarz pisze między innymi o miłości, tak, miłości łączącej żołnierzy służących w jednym oddziale. Pogrążając się w lekturze czytelnik zaczyna rozumieć, że ci ludzie bez wahania są w stanie zasłonić „Brata”, oddać za niego życie. Poznając tę książkę czytelnik przestaje się dziwić, że wojna staje się atrakcyjna i lepsza od rzeczywistości, do której wojacy wracają po odbyciu tury.

Dzięki niej zrozumiałem, dlaczego żołnierze powracają na wojnę i dlaczego tutaj popadają w alkoholizm. Nie dlatego, że dręczą ich wspomnienia, ale dlatego, że to, co otacza nas na co dzień tak bardzo ich przygnębia.

3. O zabijaniu, Dave Grossman

Jest to dzieło uzupełniające książkę Jungera, nie tak pełne subtelnych obserwacji jak „Wojna Restrepo”, za to naszpikowane badaniami i niezwykle odkrywczymi prawdami na temat… aktu zabijania na polu walki.

I tak jak nic nie wiedziałem o wojnie i żołnierzach dopóki nie przeczytałem książki Jungera, tak, zgodnie ze słowami Bogusława Lindy, „Co ty wiesz o zabijaniu?”, wiedziałem o nim nic.

Grossman to komandos amerykańskiej armii, człowiek, który dokonał pierwszej kompletnej analizy aktu odebrania życia podczas bitewnego starcia oraz konsekwencji tego aktu. Stworzył nawet równanie „matematyczne” pokazujące czynniki zwiększające i zmniejszające prawdopodobieństwo odebrania życia drugiemu człowiekowi. Należą do nich szacunek do dowódcy, wsparcie grupy, siła rozkazu, odległość fizyczna od „celu”, dystans psychologiczny, atrakcyjność celu i tak dalej. Każdy z tych czynników Grossman opisuje bardzo szczegółowo dając wiele przykładów i relacji weteranów.

Pisze też o tym, co czują żołnierze wracający z frontu, jak powinni wracać i jak należy ich traktować. Chociaż jestem pacyfistą, zrozumiałem, że żołnierzy należy po prostu kochać i okazywać im wsparcie całkowicie bezwarunkowe, bo to od nas zależy, czy wytworzy się u nich „naturalna reakcja na nienaturalną sytuację”, czyli syndrom stresu pourazowego.

4. Enneagram, Helen Palmer

Przez długi czas uważałem (i to się w zasadzie nie zmieniło), że ta cegła to skarb, którego należy strzec i który należy trzymać w tajemnicy, bo opisuje niezwykle subtelne i nieprawdopodobne trafne różnice między tak zwanymi typami ludzkimi. Traktowałem tę księgę tak jak Gollum traktował pierścień władzy. Zrobiłem na jej podstawie konspekt i uczyłem się go na pamięć.

Psychologia klasyczna nie zajmuje się typologią opisującą dziewięć typów osobowości. To zbyt trudne do naukowego ujęcia, a tym bardziej do zbadania. Każdy jednak, kto czytał książkę Helen Palmer odkrywa z wielkim zdumieniem czytając swój typ: „O rany, to ja! To ja!”. Palmer nas demaskuje. Pewne sposoby myślenia i spostrzegania świata, które uważaliśmy za „swoje”, „wyjątkowe”, z których nawet do końca nie zdawaliśmy sobie sprawy, a które od zawsze stanowiły oś naszej osobowości okazują się być charakterystyczne dla takiego a takiego typu osobowości! Podobny szok przeżywamy, gdy czytamy o jakimś innym typie i orientujemy się, że… „To moja żona!”, „To mój mąż!”, „To mój ojciec!”, „Mama!”, „Siostra!”. Nagle świat staje się bardziej zrozumiały, a erratyczne, jak mogłoby się wydawać, i trudne do przewidzenia reakcje i zachowania innych stają się całkowicie jasne.

To niesamowita książka. „Używam” jej cały czas. Mam w głowie charakterystyki wszystkich typów i nieustannie zadziwia mnie, jak jest trafna.

5. Struktura kosmosu, Brian Greene

Greene jest mniej znany i mniej medialny od Michio Kaku czy Stephena Hawkinga, a szkoda, bo pisze lepiej i ciekawiej od obu. Kaku opisuje rzeczy interesujące, ale mniej dogłębnie, a Hawking nierzadko wyskakuje zupełnie „w bok” (vide liczby urojone), w sumie nie wiadomo po co (fakt, że dzięki tym liczbom jakiś wykres wygląda lepiej nie jest poważny moim zdaniem, ale co ja tam wiem, w końcu nie jestem fizykiem).

Dzięki Greenowi i jego opasłej, ale napisanej dobrym, przystępnym stylem „Strukturze kosmosu”, pierwszej bodaj książce, jaką przeczytałem na temat współczesnych fizycznych teorii, miałem niezwykłą okazję prześledzić historię powstawania coraz to nowszych teorii fizycznych i problemów, którym naukowcy stawiali czoła. Dzięki niemu zrozumiałem, jak dziwna i niezrozumiała jest prawdziwa natura rzeczywistości, jak świat kwantowy przeczy „zdrowemu rozsądkowi” i że to, co widzimy jest tylko złudzeniem, a prawdziwa „materia” jest raczej informacją.

Greene pod koniec pisze o najnowszych teoriach fizycznych, takich jak teorie hologramu czy multiwszechświata, pisze o myśli, która przemieszcza się razem z teraźniejszością i innych cudach, które zaczynają graniczyć z filozofią i religią, ale mają pierwocinę w matematycznych wzorach. Do dzisiaj mam w pamięci wiele przytoczonych przez niego eksperymentów i twierdzeń.

Niewątpliwie „Struktura kosmosu”, książka, nota bene, polecona mi przez przyjaciela, zmieniła moje życie.

6. Archetypy i symbole, Carl Gustav Jung

Wszystko, co pan Jerzy Prokopiuk przetłumaczył na nasz język Karola Gustawa Junga przeczytałem jeszcze na studiach. „Archetypy i symbole” są chyba najlepiej znaną książką szwajcarskiego psychologa, ucznia Zygmunta Freuda, zawierającą być może najciekawsze wykłady, ale niemniej frapująca jest „Psychologia a religia”, gdzie znajduje się wiekopomny tekst „Odpowiedź Hiobowi”, dzięki któremu można zrozumieć, jak się wydaje, sens życia i śmierci Chrystusa a także coś w rodzaju „psychologii YHWH”, „Symbol przemiany w mszy”, dzięki której to książce ja, ateista, z niejaką wyższością patrzę na katolików, bo mam przekonanie, że lepiej rozumiem przebieg mszy i znaczenie poszczególnych jej faz od stałych bywalców kościoła, „Podróż na wschód”, która pokazuje jungowski punkt widzenia na „śniący świat Indii”, czy „Nowoczesny mit”, w którym twórca psychologii głębi w bardzo twórczy i intrygujący sposób podchodzi do zjawiska… UFO.

Ale wróćmy do „Archetypów i symboli”. No cóż. Kto czytał tę książkę i poznał pierwotne, jungowskie znaczenie słowa „archetyp”, trochę się zżyma czytając tu i ówdzie artykuły używające tego terminu w zupełnie innym, nieco frywolnym znaczeniu. Ale nie to, żebym się jakoś czepiał, toleruję inne spostrzeganie tego słowa, bo tak już ze słowami jest: ich konotacje się zmieniają. Niemniej miło jest wiedzieć, czym jest archetyp Cienia, Animy, Animusa, Wielkiej Matki, Starego Mędrca i Jaźni, miło jest rozumieć pojęcie podświadomości indywidualnej, a jeszcze milej, kto wie czy nie najmilej, jest zgłębiać tajemnicę podświadomości kolektywnej, bodaj najbardziej tajemniczego bytu opisanego przez Junga. To bowiem ta struktura, nieznająca ograniczeń czasu i przestrzeni, umożliwia według niego coś w rodzaju jasnowidzenia czy telepatii. Jung poważnie podchodził do systemów wróżebnych i traktował je jako medium komunikacji między świadomością a podświadomością kolektywną, która „wie wszystko”, ale niestety nie rozumie słów. Jak więc się z nami komunikuje i jak my możemy się komunikować z nią? Oczywiście za pomocą symboli. Czyż nie jest to fascynujące? Można powiedzieć, że wiele mistycznych ujęć zupełnie by mi umknęło, albo traktowałbym je jak bajki dla dorosłych gdyby nie inteligentne, gnostyckie ujęcie Junga.

7. Samolubny gen, Richard Dawkins

Tę książkę dawno temu polecił mi znany dziennikarz, znawca Chin i języka mandarynów, Konrad Godlewski. Przeczytałem ją jednym tchem i do dzisiaj jestem wdzięczny temu człowiekowi za zwrócenie mojej uwagi na postać pana Dawkinsa, którego wielką miłośniczką jest również moja żona.

Co tu dużo mówić. Bez obserwacji poczynionych w tej książce do dzisiaj miałbym kłopoty podczas dyskusji na temat moralności narzuconej versus wrodzonej (oczywiście ze zwolennikami tezy, że religia daje jedyne słuszne oparcie etyczne), do dzisiaj nie rozumiałbym wielu genetycznych złożoności i ciekawostek ze świata natury (jako absolwent Akademii Medycznej wiedzę na temat genów oczywiście posiadam, ale co innego podręcznik, a co innego żywa myśl okraszona dziesiątkami przykładów), nie utrwaliłbym sobie pojęcia memu oraz nie wytworzyłbym w głowie wyobrażenia co do tego, jak niezwykle złożone niespodzianki tworzy natura i jak dalece odbiega od tego, co sobie wyobrażamy na temat tego, co jest naturalne, a co nie. Właśnie podczas lektury „Samolubnego genu” zrozumiałem, że ludzie wypowiadając frazę „to jest zgodne / niezgodne z naturą” mają na myśli „to jest zgodne / niezgodne z kulturą” i że najczęściej guzik wiedzą, czym jest natura, bo natura jest niebywale bogatą i różnorodną mieszaniną zjawisk, nierzadko paradoksalnych i niezgodnych (trochę jak mechanika kwantowa) ze zdrowym, kulturowym rozsądkiem. Jak bowiem nazwać porządek, w którym samiec pewnego gatunku ryb po zapłodnieniu samicy i poczekaniu, aż ta zaopiekuje się potomstwem, zamienia się w samicę, a ona w samca i teraz to on będzie musiał się zajmować potomstwem? I tak na okrągło, sezon za sezonem raz jest panem, a raz panią? Hm?

8. Nowe śreniowiecze, Lech Jęczmyk

Pewnie znawcy moich zapatrywań odnośnie kościoła, wiary i religii zdziwią się, dlaczego w tym zestawieniu umieściłem pozycję znanego w polskim światku fantastycznym Leszka Jęczmyka, którego mam zaszczyt znać osobiście, a który jest zadeklarowanym katolikiem, głoszącym dość kontrowersyjne tezy na temat walki chrześcijaństwa z islamem.

A no tak. Nigdzie nie jest powiedziane, że ze wszystkim trzeba się z Leszkiem zgadzać, to po pierwsze, a po drugie ta książka naprawdę otwiera oczy. Autor ma olbrzymią wiedzę, jest erudytą i człowiekiem tak oczytanym, że dwóch żyć by mi nie starczyło, żebym przeczytał połowę tego, co wchłonął on. O czym jest „Nowe średniowiecze”? To zbiór felietonów, które były drukowane kiedyś w Fantastyce. Są to teksty o świecie, zależnościach gospodarczych w nim występujących, o polityce i wojnach. To książka, dzięki której czytelnik może spojrzeć na światowe konflikty z szerszej, bardziej zrozumiałej (i przez to przerażającej) perspektywy, z „Nowego średniowiecza” dowiedzieć się może bowiem, że w sumie wojny mogą być indukowane i tak kierowane, by jedna konkretna siła zarobiła zaopatrując obie strony. Brzmi znajomo? Ależ tak. Ale autor tej książki potrafi to poprzeć faktami, których zwykły śmiertelnik nie zna i to jest wartość dodana lektury. Leszek, używając swojej wiedzy historycznej i geopolitycznej spekuluje na wiele kontrowersyjnych tematów, nie boi się teorii spiskowych, bawi się nawet zupełnie szalonymi teoriami Dicka, a robi to tak, że człowiek zaczyna zadawać sobie pytanie „czy przypadkiem nie ma w tym ziarna prawdy?”, ignorując pointujące zdanie: „No, ale Dick był szalony, nieprawdaż?”.

Dzięki tekstom Leszka poznałem jakże nośne określenie Stanów Zjednoczonych „trup w zbroi”, zrozumiałem, dlaczego upadł Rzym i pojąłem więcej niż dekadę temu, że Europie zagraża islamizacja. Tak, tak, Leszek trąbił o tym najmniej piętnaście lat wstecz. Tylko nikt go nie słuchał. Ba, uważano go za szaleńca.

9. Sygnowano: Ernest Hemingway, Ernest Hemingway

Książka ma dziwny tytuł i dziwnie wygląda na mojej półce, a jeszcze bardziej osobliwa jest jej historia. Oto bowiem zostaliśmy kiedyś z żoną zaproszeni na spływ kajakowy gdzieś daleko w Polsce i nocowaliśmy w dużym, starym, byle jak umeblowanym domu przeznaczonym dla głodnych wrażeń turystów. W małej, uwalanej pyłem z pobliskiej drogi szafce za ledwie przezierną szybką walały się trzy podarte, śmierdzące kurzem książki. Jedną z nich była właśnie ta. Kartki ledwie trzymały się grzbietu, a obwoluta była w strzępach. Zacząłem czytać i ledwie połknąłem kilka pierwszych stron, wiedziałem, że ten zacny wolumin powinien się znaleźć w godniejszym miejscu. Byłem mu to winien.

Co to jest za książka? To zbiór felietonów Hemingwaya. Amerykański pisarz opisuje swoje wrażenia z Afryki, relacjonuje rybackie eskapady, rozmowy z młodymi pisarzami, dzieli się wreszcie obserwacjami z Europy przedwojennej i wojennej.

Lektura tych tekstów uświadomiła mi jedną, fundamentalną rzecz: żadna bezstronna, obiektywna relacja nie zastąpi punktu widzenia mądrego, niepozbawionego wrażliwości człowieka. Dopiero dzięki takiemu felietoniście można zapoznać się z oceną zdarzeń a nie tylko relacją. Oceną popartą obserwacjami i doświadczeniami. Nie tylko ważne jest bowiem, co się działo kilkadziesiąt lat temu, ale także to, co ludzie wtedy myśleli. A Hemingway myślał. Już zawsze będę pamiętał jego stwierdzenia, że „idzie wojna”, że „wojna jest nieuchronna”, jego opowieści o przedwojennych, biednych Niemczech, do których Francuzi jeździli przez granicę, aby kupić za bezcen ciastka z cukierni. Do dzisiaj pamiętam jego poradę dla młodego pisarza, aby ten ścigał się z tymi, którzy nie żyją, bo sława żyjących pisarzy jest napędzona przez ludzi od reklamy i marketingu, tak, tak! Już w czasach Hemingwaya sławy się sztucznie pompowało i nadmuchiwało i pompowało i nadmuchiwało…

10. Żelazny Jan, Robert Bly

Mówię o tej książce, że to „biblia dla mężczyzn”, przekonując, że każdy homo sapiens rodzaju męskiego powinien ją przeczytać. Śmieję się, gdy słyszę zachwyty nad teledyskiem Woodkida „Run boy, run”, bo myślę wtedy: mój boże, co oni mogą z tego zrozumieć nie znając „Żelaznego Jana”? Przecież dopiero po lekturze książki amerykańskiego gawędziarza można się dowiedzieć, czym są tajemnicze istoty, które wyskakują spod ziemi by pomóc chłopcu w biegu, dopiero po zapoznaniu się z przemyśleniami Bly’a można pojąć, czym jest miasto, do którego malec biegnie, po co mu miecz, dlaczego wyciąga go w górę i co symbolizują rogi na jego hełmie…

Tak, tak, „Żelazny Jan” to rzecz o mężczyznach, jak mówi polski podtytuł, a konkretnie jest to analiza bardzo starej bajki opowiadającej o tym, jak chłopiec staje się mężczyzną i jakie stadia musi pokonać, by tego dokonać. Żelazny Jan to owłosiony humanoid, rudowłosy Wookie, którego chłopiec znajduje na dnie jeziora w mrocznym lesie. Nie jest to demon, nie jest to czart, nie jest to zły duch. To symbol neotypu, czyli tej struktury psychicznej, która zadaje nam niepokojące pytanie: „Czy ty wiesz, kim mógłbyś być?” i która pcha nas do rozwoju, ale nie pojmowanego jako powiększanie wiedzy czy umiejętności. Żelazny Jan pcha młodzieńca ku szaleństwu, odwadze, ku robieniu tego, czego się boi, ku czynom, które wyzwolą go z okowów zakazów, nakazów i posłuszeństwa… matce. Brzmi to może zbyt pompatycznie, zbyt ogólnikowo i zanadto psychoanalitycznie, ale zapewniam, że jest dużo subtelniejsze niż to, co napisałem. Bly nie jest bowiem psychologiem tylko poetą. A pisze takie rzeczy, że mężczyzna od nich mężnieje, mądrzeje, prostuje się i zaczyna szukać w swojej duszy Żelaznego Jana. A może nie szukać, tylko słuchać jego podszeptów. Bo lepiej późno, niż wcale.

Jamie Weiland/Rolling Stone
Poprzedni

Scott Weiland: 1967 - 2015

Sonia Draga
Następny

Blizna - sentymentalna podróż z RHCP [recenzja]

Marcin Przybyłek

Marcin Przybyłek

Lekarz medycyny, wieloletni pracownik koncernu farmaceutycznego, obecnie trener i konsultant biznesowy. Autor największej polskiej sagi science fiction "Gamedec", antyporadnika dla menedżerów "Sprzedaż albo śmierć?", powieści (teoretycznie dla dzieci) "Kalina i Kaj", zbioru anegdot dla graczy "Grao Story" i powieści korporacyjnej "CEO Slayer". Od lat zainteresowany psychologicznym, technologicznym oraz finansowym rozwojem ludzkości, przekazuje swoje wizje w książkach, wykładach i podczas szkoleń. Ma żonę Annę i córkę Kalinę.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz