RANKINGI 

Marta Guzowska: Dziesięć powieści mojego życia

Wybór dziesięciu najważniejszych książek mojego życia jest niemożliwy. Najważniejszych, to znaczy takich, bez których nie mogę się obejść. Mam w domu kilka tysięcy książek, i to są same te, bez których nie mogę się obejść, pozostałe dawno już rozdałam. Ale Robert nie pozwolił mi opisać kilku tysięcy, uparł się, że ma być dziesięć. Będzie jedenaście (może się Robert nie doliczy…). Kolejność przypadkowa i dowolna, w miarę jak wpadały mi w ręce z półek.

„Lśnienie” Stephena Kinga. To nie jest moja ulubiona książka Kinga. To jest, moim zdaniem, najważniejsza książka Kinga. Pierwsza książka, przy lekturze której czułam zwierzęcy strach, taki płynący z trzewi. Wracam do niej czasami i za każdym razem czuję to samo, chociaż wiem, że Danny Torrance wyjdzie cało. Przez tego Kinga zapalam w nocy światło w łazience, choć nie lubię, jak mnie razi w oczy. Ale nie mogę ryzykować, że za zasłoną prysznica pokiwa na mnie w ciemności palcem kobieta z pokoju 237.

„Świat według Garpa” Johna Irvinga. Znów, to nie jest moja ulubiona powieść Irvinga, jest nią bezkonkurencyjna „Jednoroczna wdowa” z bezkonkurencyjną bohaterką Ruth Cole. Ale to jest powieść, po przeczytaniu której (a było to dawno, dawno temu) zatkało mnie: to tak można pisać? Zachwyt nie minął do tej pory. No i niezapomniana Roberta Muldoon.

Skoro już mowa o rewelacyjnych bohaterkach: „Podróże z moją ciotką” Grahama Greene’a. I ciotka Augusta. Mam dwa marzenia. Pierwsze: zestarzeć się w taki sposób. Drugie: któregoś dnia osiągnąć, choćby na pięć minut, tę niesłychaną elegancję i klarowność prozy Greene’a (no i nie zapominajmy, że Graham Greene był też ulubionym pisarzem Ruth Cole – patrz wyżej).

„Kraina chichów” Jonathana Carrolla. Najlepsza powieść Carrolla, zresztą jego debiut. Żadna późniejsza jej nie dorównała. Nie tylko historia jest świetna, ale przede wszystkim sposób, w jaki została opowiedziana. Jeśli mogę powiedzieć, że jakakolwiek książka wywarła bezpośredni wpływ na moje pisanie, to właśnie ta (pośredni wywarło więcej, niż mogę tu wyliczyć).

„Ciotka Julia i skryba” Maria Vargasa Llosy. Powieść na zły humor. Pomaga zawsze. Przede wszystkim Pedro Camacho i jego yerba mate. Ale całe to radio Panamericana. Kto nie czytał ten trąba!

„Dzieci z Bullerbyn” Astrid Lindgren. To jest historia pożądania. Wstęp może lekko nieadekwatny do tematyki książki opisującej niewinne dzieciństwo na szwedzkiej prowincji. Ale spośród wszystkich książek, jakie czytałam w epoce jedynego słusznego ustroju i chwilowych niedoborów rynkowych, tej pożądałam najgoręcej. Była nie do kupienia. Nigdzie! Za żadną cenę! Można było tylko pożyczyć z biblioteki, ale tylko na zapisy, a ja chciałam ją czytać na okrągło. Kiedy jedyny słuszny ustrój został zastąpiony drugim słusznym i wyszło wznowienie, pognałam do księgarni. I co? Okazuje się, że prawdziwa miłość przetrwa nawet lata rozłąki.

„Przeminęło z wiatrem” Margaret Mitchell. Dobra, wiem. Pisarka kryminałów nie powinna w życiu, ale to w życiu, nawet na torturach przyznać, że od czasu do czasu czytuje do poduszki losy Scarlett O’Hara. Ale to jest naprawdę bardzo dobra książka. Bardzo. Dobra. I już.

„Smilla w labiryntach śniegu” Petera Høega. Pisarka kryminałów powinna się przyznawać do bliskiej zażyłości z kryminałami. To jest mój ulubiony. Tak, nie Chandler i proszę nie rzucać we mnie kamieniami, tylko je oszczędzić na później. Nie lubię zimna, w czasie zimy w Danii cierpiałam tak, że chrześcijańscy męczennicy mogliby się na mnie wzorować, ale jest coś pociągającego w bieli śniegu i sposobie, w jaki Smilla go czyta, jak książkę. Może na moim odbiorze zaważył fakt, że po raz pierwszy czytałam tę powieść na wykopaliskach w Turcji, w czterdziestostopniowym upale.

„Tajemna historia” Donny Tartt. Tyle się teraz mówi o „Szczygle” (notabene: mnie się podobał i nie rozumiem sedna tej całej krytyki), ale nigdy nie zapomnę, jakie wstrząsające wrażenie wywarła na mnie, lata temu (na wykopaliskach nad Renem), pierwsza powieść Donny Tartt. Arcydzieło. Przez jakiś czas podejrzewałam, że Tartt jest mężczyzną, a to na podstawie sposobu, w jaki opisała pewien biały, jedwabny szalik. Fakt, że to ciągle pamiętam, powinien być najlepszą rekomendacją.

„Ubik” Philipa K. Dicka. Nie pytajcie mnie, dlaczego kocham powieści Dicka, które są niedopracowane, surowe, i które sam Dick pisał tylko dla kasy, bo podobno tak naprawdę chciał być pisarzem „poważnym”. Na szczęście mu nie wyszło. Napisać, że „Ubik” jest opowieścią o rozpadzie czasu, to jak napisać, że trylogia Larssona jest opowieścią o problemach czasopisma. Jak każda dobra powieść na tym łez padole, a już na pewno jak wszystkie powieści Dicka, „Ubik” jest opowieścią o samotności.

„Alicja w krainie czarów” i „Po drugiej stronie lustra” Lewisa Carrolla. Najpiękniejsza książka mojego dzieciństwa. I długo potem też. Moja ulubiona w tłumaczeniu Słomczyńskiego. „ Było smaszno, a jaszmije smukwijne świrokrętnie na zegwniku wężały…”. Pamiętacie? Bo ja ciągle mogę wyrecytować Jabberwocky’ego z pamięci.

Fox Games
Poprzedni

Hobbit: Wyprawa po skarb - walka o złoto [recenzja]

Czarna Owca
Następny

Zbrodnia po skandynawsku – najlepsze kryminały z krainy fiordów

Marta Guzowska

Marta Guzowska

Marta Guzowska (litościwie nie wspominajmy, kiedy urodzona), pisarka, archeolożka i dziennikarka naukowa. Od kilkunastu lat pracuje w Troi, na legendarnym stanowisku odkrytym przez Heinricha Schliemanna (i, niestety, gruntownie przez tegoż zniszczonym). Prowadzi też badania na terenie Grecji.

Zadebiutowała w 2012 r. powieścią „Ofiara Polikseny”, która zdobyła Nagrodę Wielkiego Kalibru dla najlepszej powieści kryminalnej roku. Druga powieść Guzowskiej „Głowa Niobe” została uhonorowana nominacją do tej samej nagrody. W kwietniu 2015 ukazała się najnowsza powieść „Wszyscy ludzie przez cały czas”, trzecia z części archeologiczno-kryminalnej serii z głównym bohaterem, aroganckim archeologiem Mariem Yblem. Czwarta powieść z tej serii zapowiedziana jest na maj 2016.

Marta Guzowska jest współzałożycielką grupy pisarskiej Zbrodnicze Siostrzyczki.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz