RANKINGI 

Najgorsze ekranizacje komiksów

Do kin właśnie wchodzi reboot „Fantastycznej Czwórki”. Praktycznie większość recenzji nie napawa optymizmem. Film okazał się na tyle słaby, że zamiast jego kontynuacji Fox rozważa już nakręcenie drugiej części „Deadpoola”. Zobaczmy, które ekranizacje poległy równie sromotnie. Albo i bardziej.

Green Lantern (2011)

To było złe. Tak bardzo złe, że na kilka lat pogrzebało projekt stworzenia spójnego kinowego uniwersum DC. Wielka komercyjna klapa doprawiona koszmarnym designem i efektami tak marnymi, że głowa od tego bolała. Na autoironię w temacie animowanego stroju pozwolił sobie nawet ostatnio Ryan Reynolds, dla którego „Deadpool” to film ostatniej szansy po porażce, jaką okazał się „Green Lantern”.

Spider-man 3 (2007)

Ostatnia część trylogii Raimiego stanowi kwintesencję powiedzenia „co za dużo, to niezdrowo”. W „Spider-manie 3” pojawiło się za dużo przeciwników, przez co żaden z nich nie mógł porządnie wybrzmieć. Scenariusz nie trzymał się kupy nawet jak na letni blockbuster. To, co reżyser zrobił Venomowi, wołało o pomstę do nieba. Spłycił pokręconą osobowość anty-bohatera, zaś całą motywację sprowadził do „lubię być złym”. Scena z tańcującym na znak swej badassowości Maguire’m śni się niektórym po nocach…

Garfield (2004)

Kocur znany z komiksowych stripów i kilkustronicowych historyjek świetnie sprawdzał się w przeuroczej kreskówce z lat dziewięćdziesiątych, ale poległ sromotnie w filmie pełnometrażowym. Sympatycznego, acz złośliwego bohatera przerobiono na komputerową kukłę w familijnej popierdółce dla trzylatków. Cały zblazowany urok uleciał w siną dal, zastąpiony bzdurną historyją o ratowaniu kumpla. Nawet najstarsi górale nie wiedzą, jakim cudem ten film doczekał się kontynuacji.

Catwoman (2004)

Skoro przy kotach jesteśmy. „Catwoman” to ofiara niezdecydowania twórców. Za projekt pierwotnie odpowiadać miał Tim Burton, autor dwóch części „Batmana”, a w roli pani Kyle miała wrócić Michelle Pffeiffer. Brzmiało dobrze, prawda? Niestety, nic z tego nie wyszło. Reżyser i aktorka odchodzili od projektu i wracali, aż studio zmieniło obsadę. Zamiast tego dostaliśmy straszno-śmieszne kuriozum, w którym Halle Berry dwoi się i troi, żeby wypaść wiarygodnie, ale nic w tym filmie jej nie pomaga. Ani scenariusz, ani reszta ekipy. Dorzućcie do tego bzdurną historię o złym korpo, które próbuje podbić świat za pomocą kremiku do twarzy i porażka gotowa.

Kapitan Ameryka (1990)

Proszę nie mylić tej perły z „Captain America: The First Avenger”. Koprodukcja jugosławiańsko-amerykańska podjęła rękawicę kilkanaście lat wcześniej i upadła, rozbijając się o budżet niemieckiego pornosa kręconego w garażu i kompletny brak pomysłu. Ci, którzy czekali na pojawienie się głównego bohatera w pełnej krasie, musieli wytrzymać ponad godzinę, a kiedy już wszedł na ekran, okazał się miętkim jak dętka workiem treningowym dla każdego, kto się nawinął. No i ten gumowy kostium…

Ghost Rider: Spirit of Vengeance (2011)

Nicholas Cage jako Johny Blaze zwyczajnie się nie sprawdził. Już pierwszy „Ghost Rider” był filmem słabym, ale ratowało go kilka niesamowitych efektów specjalnych, niezła muzyka i westernowo-drogowy klimat. Druga część okazała się porażką na całej linii. Nie miała nic. Była bełkotliwą, chaotyczną rozpierduchą, która męczy szarpanymi ujęciami. Odarto ją nawet z klimatu amerykańskiego bezdroża, a Cage ze swoimi standardowymi odpałami nie poprawiał sytuacji.

Steel (1997)

Shaquille O’Neal nigdy nie należał do elity aktorów. Ale bardzo się starał, wystąpił w kilku filmach, o których im mniej powiemy, tym lepiej. Festiwal żenady w wykonaniu koszykarza prowadzi właśnie „Steel” – biedna produkcja na podstawie jednego z komiksów DC. Scenariusz praktycznie składa się z samych dziur, bohaterowie nikogo nie przekonują, a bardziej spektakularną akcję i lepsze efekty specjalne znajdziecie w amatorskich filmikach na Youtube. Wisienkę na torcie stanowi oczywiście nasz drogi sportowiec, grający z wdziękiem kłody.

Daredevil (2003)

Ben Affleck był Daredevilem, zanim to stało się cool. I właśnie przez ten film długo nie było cool. Produkcja z 2003 roku próbowała uchwycić mrok komiksu, ale jej nie szło. Próbowała uchwycić głębię i dramat bohatera, ale wypuściła to wszystko z rąk. Popadła w tak wielką śmieszność, że tylko Collin Farell i Michael Clarke Duncan w przegiętych rolach bawili się dobrze. I chyba tylko oni.

Spawn (1997)

Komiks Todda McFarlane’a to absolutny fenomen. Miał lepsze i gorsze momenty, ale w latach dziewięćdziesiątych rządził rynkiem niezależnym. Schodził w milionach egzemplarzy, napędził sprzedaż figurek, przyczynił się do powstania bardzo dobrego serialu animowanego oraz był fundamentem Image Comics, zrzeszającego twórców, którzy nie chcieli oddawać swoich postaci w ręce Marvela lub DC. Niestety, film na podstawie „Spawna” okazał się porażką. Toksyczna produkcja Marka A. Z. Dippe’go była kiepsko zagrana, cierpiała z powodu płytkiego scenariusza i dialogów pisanych przez czwartoklasistę. Spece od kostiumów i scenografii sprawili zaś, że dzieło oglądało się momentami jak „Power Rangers” na sterydach. „Spawn” stałby w serves jako wzorzec naprawdę złej ekranizacji komiksu, gdyby nie ostatnia produkcja na naszej liście.

Batman i Robin (1997)

I na koniec prawdziwa perła kinematografii. Film tak zły, że twórcy za niego przepraszali. Produkcja tak fatalna, że na dobrych kilka lat ośmieszyła wszelkie próby przeniesienia komiksów na ekran. „Batman i Robin” cofnęło rozwój kina superbohaterskiego do lat sześćdziesiątych, czasu przaśnych kolorów, drętwych, harcerskich one-linerów, bezsensownej i pretekstowej fabuły. Scenografia kłuła w oczy kiczem, Arnold Schwartzenneger straszył pomalowaną na biało łysą glacą i równie frapującą grą aktorską, a Chris O’Donnel był po prostu sobą. Czy muszę wspominać o bat-sutkach, bat-kartach kredytowych i bat-tyłkach? To wystarczyło.

Wiedzieliście, że film Schumachera tu wyląduje, prawda?

Fox Games
Poprzedni

Sztuka wojny - gra Idealna dla strategów [recenzja]

Egmont
Następny

Lobo - Portret bękarta - Slasher, satyra i czarny humor [recenzja]

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który raz nie może usiedzieć w miejscu, a kiedy indziej zaszywa się w swojej pieczarze. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wyżywanie się na macie, jak i wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, a czasem nawet i w otchłań studiów. Opublikował parę tekstów tu i tam, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych. Od 2014 regularnie publikuje w Dzikiej Bandzie.

1 Comment

  1. Anonim
    2015-08-12 at 13:46 — Odpowiedz

    Pierdoły połowa z tych filmów była spoko jak na swoje czasy. Dare, Spawn nawet Batman i Robin. To nie są filmy dla koneserów i nie doszukiwałbym się tutaj jakieś większej głębi, uważam że to gruba przesada i takie recenzje można napisać również o filmach kręconych aktualnie typu ostatni avengersi… ale tutaj wszystkie niedociągnięcia można ukryć pod efektami specjalnymi i totalnym rozpierdzielem który bawi widownię.

Dodaj komentarz