RANKINGI 

Najlepsze role Romana Wilhelmiego

Dziś przypadają urodziny jednego z najwybitniejszych polskich aktorów, Romana Wilhelmiego. Dla wszystkich widzów na wieki zostanie Nikodemem Dyzmą, ale chcielibyśmy przypomnieć też kilka mniej znanych wcieleń aktora.

Gdyby żył, dziś skończyłby osiemdziesiąt lat. Odszedł przedwcześnie w wieku lat pięćdziesięciu pięciu, będąc u szczytu kariery, na którą pracował sumiennie przez cały czas, często kosztem własnego szczęścia, przede wszystkim zaś szczęścia rodzinnego i życia prywatnego. Zawsze wesoły, gotów rozbawić i zwojować cały świat, na chwile słabości pozwalał sobie tylko w zaciszu domowym. Był nie tylko niezwykle utalentowany, ale również nad wyraz pracowity. O jego życiu pisał niedawno Marcin Rychcik w wydanej przez wydawnictwo Axis Mundi biografii. Ja chciałbym przypomnieć ledwie kilka ról z jego znakomitego dorobku, które zapewniły mu nieśmiertelność w sercach fanów, a gdyby los dał mu szansę urodzić się po drugiej stronie Żelaznej Kurtyny, jego imię wymieniane byłoby obok Roberta De Niro i Ala Pacino. Przesada? Bynajmniej.

„Kariera Nikodema Dyzmy” (1980)

Powieść Tadeusza Dołęgi-Mostowicza to sprytna satyra na salonowe życie dwudziestolecia międzywojennego, które odbiło się na autorze za sprawą bezlitosnej polityki Józefa Piłsudskiego. Utwór doczekał się dwóch adaptacji filmowych (jednej z Adolfem Dymszą, drugiej z Wilhelmim właśnie) i dziwacznej parafrazy (z kuriozalnym w tym wcieleniu Cezarym Pazurą). Dziś pierwszy ze wspomnianych filmów to pokryty kurzem antyk, ostatni to typowy wybryk polskiej kinematografii ostatnich lat. Ale siedmioodcinkowy serial z 1980 roku to majstersztyk po dziś dzień i nie ma żadnej przesady w stwierdzeniu, że to właśnie za sprawą kreacji Wilhelmiego. Bezrobotny Nikodem, próbujący zarobić na jedzenie graniem na mandolinie, to nieudacznik, któremu los podsuwa pod nos zaproszenie na rządowy raut. Głodny decyduje się na udział. Scena, w której Dyzma wyzywa ministra za wytrącenie talerzyka z sałatką przeszła do historii. Wilhelmi stworzył tu niewątpliwie najważniejszą kreację w swojej karierze. Jego Dyzma to momentami żałosny prostak, który niedouczeniem i prymitywizmem robi furorę wśród elit, to człowiek, który byłby komiczny, gdyby nie był tak groźny i niebezpieczny.

„Alternatywy 4” (1983-1986)

Któż nie zna tego serialu, w jakże cudowny sposób przypominający kuriozalny świat PRL-u. Dziś serial uznaje się za kwintesencję „bareizmu”, zapominając, że satyra stworzona przez reżysera wcale nie jest aż tak mocno przerysowana. Perypetie mieszkańców bloku na jednym z warszawskich osiedli to nie tylko wspaniały humor i mistrzowskie aktorstwo plejady polskich gwiazd. To nie tylko ponowne spotkanie Romana Wilhelmiego w wybitnym duecie z Wiesławem Pokorą, jakże inne, a jednak jakże podobne do tego z „Kariery Nikodema Dyzmy”. Wybitna kreacja Stanisława Anioła, gospodarza domu, równie niebezpiecznego i komicznego w swym prymitywizmie z jednej strony przypomina najsłynniejszą rolę aktora, z drugiej wychodzi poza nią. Piosenki o rzeczonym gospodarzu chyba również nie trzeba nikomu przypominać. Ciekawostka, że i ten serial doczekał się nowej wersji. I tu lepiej spuśćmy zasłonę milczenia.

„Czterej Pancerni i Pies” (1966-1970)

No i kolejny kultowy serial, bez którego nie sposób wyobrazić sobie dzieciństwa większości z nas. Pal licho prawdę historyczną, kto przejmowałby się niedociągnięciami scenariusza. II wojnę światową wygrał czołg Rudy 102 wraz ze swą wspaniałą załogą. Był czas, że każdy chłopak chciał być Jankiem Kosem, a większość dziewczyn marzyła by być Polą Raksą. Porucznik Olgierd Jarosz w kreacji Wilhelmiego jawił się nie tylko jako znakomity dowódca, ale niemal jak ojciec dla swych podwładnych. W tej roli Wilhelmi był odzwierciedleniem przedwojennych elit, szlachty, która nie zapomniała o obyczajach i kulturze, nawet w tragicznych, wojennych czasach – jak choćby w słynnej scenie z kolacją u nauczycielki. Serial ów szczęśliwie nie doczekał się nowej wersji, być może współcześni reżyserzy po prostu nie rozumieją, o czym przez większość czasu mówi się tu po rosyjsku. Ciekawostka prywatna – przyjęło się, że jedne pokolenia pierwszy raz płakały na „Bambim”, inne na „Królu Lwie”. Mnie to spotkało przy śmierci Olgierda. Tomuś nigdy nie wypełnił luki powstałej w czołgu.

„Prywatne śledztwo” (1986)

Roman Wilhelmi wcielił się tutaj w rolę Rafała Skoneckiego, mężczyzny, który doświadcza ciężkiej tragedii. W wypadku samochodowym traci najbliższych, a milicja dość szybko umarza śledztwo. Skonecki, były motocyklista crossowy nie poddaje się, zaczyna szukać sprawcy na własną rękę. Wkrótce zaczynają się morderstwa kierowców ciężarówek. Ten dość specyficzny miks kina kryminalnego i thrillera świetnie ukazuje stan polskiej kinematografii z okresu przed przełomem. Z jednej strony jakże archaiczny, a jednocześnie nieskażony zachodnim blichtrem. Taka też jest kreacja Wilhelmiego, nieprzerysowana i dramatyczna. I chociaż aktor wraz z genialnym Janem Peszkiem za dużo do grania tak naprawdę nie mają, film po dziś dzień ogląda się z wielką przyjemnością. Oto dowód na to, że nawet z banalnego scenariusza świetni aktorzy wyciągną esencję dobrego kina.

„Ćma” (1980)

Niesłusznie zapomniany już trochę film Tomasza Zygadło. Tu właśnie Wilhelmi miał okazję stworzyć jedną z najlepszych ról w swoim dorobku. Rola Jana prowadzącego nocną audycję radiową, w trakcie której doradza i pomaga słuchaczom, a jednocześnie sam nie potrafi odnaleźć się we własnym życiu, to poniekąd odbicie życia samego Wilhelmiego. Jego popadający w coraz głębszy rozstrój nerwowy „nocny lekarz ludzkich dusz” to kreacja na miarę największych gwiazd kina. Szkoda, że doceniona jedynie w Polsce Ludowej i ZSRR.

„Widziadło” (1984)

Tym razem przykład jednego z niewielu w polskiej kinematografii dobrego horroru, choć również nieczystego gatunkowo, bo świetnie przeplecionego i zdominowanego przez oniryczny dramat. Oparte na prozie Karola Irzykowskiego studium tęsknoty i utajnionych pragnień erotycznych jest obrazem niewątpliwie wartym zobaczenia, raz – dla kolejnej, znakomitej roli Wilhelmiego, dwa – dla końcowej sceny z tymże panem.

„Zaklęte rewiry”(1975)

Szczęśliwie ów film można wciąż zobaczyć, dość często powtarzają go ambitniejsze kanały filmowe. Historia młodego chłopaka ze wsi wspinającego się po szczeblach kariery to świetny obraz ludzkich zachowań w ramach walki o władzę i zaszczyty. Restauracja jawi się tu jako alegoria korporacji i firm wszelakich, a Wilhelmi jako kelner Robert Fornalski pouczający młodziutkiego Marka Kondrata to klasa sama w sobie. To jest aktorstwo najwyższej klasy.

„Wojna światów – następne stulecie”(1981)

Polskie kino science-fiction to gatunek dość specyficzny, co nie oznacza, że nieudany. Szczególną jego odmianę, bardzo antyutopijną upodobał sobie reżyser i scenarzysta Piotr Szulkin. Obok wspomnianego filmu warto jeszcze zwrócić uwagę na „Golema”, a przede wszystkim „O-bi, O-ba, koniec cywilizacji” oraz „Ga Ga, chwała bohaterom”. W „Wojnie światów – następne stulecie” Roman Wilhelmi wciela się w postać reżysera buntującego się przeciw reżimowi i, jak zwykle czyni to w sposób niesamowity. Jego Iron Idem jest tak przekonujący w swej walce o wolność, że nie przeszkadzają nam nawet kuriozalne postacie agresywnych Marsjan.

„Kolacja na cztery ręce” (1990)

Roman Wilhelmi, oprócz imponującego dorobku filmowego, słynął ze znakomitych ról w teatrze. Szczególnie tym telewizyjnym. Wcielał się tam między innymi w Diabła w „Czarownicach z Eastwick” czy McMurphy’ego w „Locie nad kukułczym gniazdem”. Najwybitniejszą ze wszystkich swych ról stworzył chyba jednak w adaptacji sztuki Paula Barza, „Kolacji na cztery ręce” opowiadającej o fikcyjnym spotkaniu dwóch czołowych kompozytorów baroku – Jana Sebastiana Bacha (w tej roli Janusz Gajos) i Jerzego Fryderyka Haendla. Mistrzowski pokaz umiejętności aktorskich obu panów stanowi niezbity dowód na to, że jako naród nie mamy co wstydzić się naszych artystów. Wilhelmi w perfekcyjny sposób odmalowuje narwanego i głośnego Haendla stale sprzeczającego się z cichutkim Bachem, czyniąc to w sposób tak perfekcyjny, że już na zawsze jego twarz zleje się Wam z tym kompozytorem. Choć inscenizacji tej sztuki było wiele (jak choćby bardzo dobra z Jerzym Bińczyckim i Janem Peszkiem), poziom tej osiągnął światowe szczyty. Warto poszukać i obejrzeć, dla najlepszej i, niestety, ostatniej roli genialnego aktora.

Kino Świat
Poprzedni

The Boy - lalka też człowiek [recenzja]

Znak Horyzont
Następny

Żywe Trupy - poznaj prawdziwą historię zombie [konkurs]

Łukasz Radecki

Łukasz Radecki

Pisarz, nauczyciel, poeta, muzyk, redaktor, publicysta. Autor zbiorów opowiadań - "Kraina bez powrotu: Opowieści Niesamowite" (2009), "Horror klasy B" (2015), oraz cyklu „Bóg Horror Ojczyzna” (do tej pory dwa tomy: „Złego początki” i „Wszystko spłonie”) (2013). Wraz z Kazimierzem Kyrczem Jr wydał zbiór "Lek na lęk" (2011), z Robertem Cichowlasem zaś „Pradawne zło” (2014) oraz powieści "Miasteczko" (2015) i "Zombie.pl" (2016). Muzyk zespołów ACRYBIA, DAMAGE CASE i WILCY. Prowadzi własny blog literacki, stale pisze dla Horror Online, Grabarza Polskiego, Atmospheric Magazine i Dzikiej Bandy. Szczęśliwy mąż, ojciec dwójki dzieci.

1 Comment

  1. 2016-06-07 at 14:59 — Odpowiedz

    Wojciech Pokora, Wiesław Gołas – w tekście wyszło aktorskie combo 😉 Tekst interesujący, ale zabrakło mi w nim jednego tytułu – „Mniejsze niebo”. Nie widziałem jeszcze kilku filmów z Romanem Wilhelmim, ale jak dotąd uważam, że to właśnie u Janusza Morgensterna zagrał rolę życia – szkoda, że tak krótkiego. Pozdrawiam!

Dodaj komentarz