RANKINGI 

Najsłabsze filmy Ridleya Scotta

Ridley Scott należy do ścisłej czołówki, do grupy wizjonerów, którzy zmienili kino. Jego pomysły orbitują w popkulturze żywotne do dziś. „Bladerunnera”, „Obcego” czy „Gladiatora” otacza kult. Niestety, zdarzyły mu się też słabsze produkcje. Tak jak „Prometeusz”, którego sequel pod tytułem „Alien: Paradise Lost” niedawno ogłoszono.

Robin Hood

Oto film, który padł ofiarą zbyt odważnych zapowiedzi. Czego zabrakło, by uznać „Robin Hooda” za dobry? Realizacyjnej odwagi. W pierwszych zapowiedziach można było dostrzec świeżość i pomysł. Główny bohater miał być „tym złym”, zaś szeryfa przedstawiałoby się w lepszym świetle. Tymczasem Scott zmiękł i dostaliśmy „Gladiatora” 2.0, który rabował bogatych i czasem nawet dawał biednym. Oglądało się to ze świadomością, że nawet z bardziej standardowej wersji opowieści można było wycisnąć odrobinę więcej charakteru. Dostaliśmy widowiskowego, sympatycznego przeciętniaka – a mogło być tak pięknie.

Prometeusz

To mółbyć dobry, intrygujący film. Wielki powrót wizjonera. Scott zebrał ciekawą obsadę. Zdjęcia oszałamiają. Pierwsze pół godziny hipnotyzuje, naprawdę. A potem, niestety, zaczyna się fabuła… Scenariusz odleciał w stronę, z której trzeźwo się nie wraca, w fabule występują okropne, czarne dziury wsysające całą logikę. „Prometeusz” zapadł się pod ciężarem nagromadzonych bzdur i niedopowiedzeń. Jedni dostrzegają w tym głębię nieprzebraną jak wszechświat, zdecydowana większość jednak wyszła z kina zawiedziona.

Królestwo niebieskie

O tym, że Scott uwielbia kręcić widowiska historyczne, wiadomo nie od dziś. Opowieść o wyprawach krzyżowych to praktycznie samograj. Historie pełne szlachetności i podłości. Na planie reżyser zgromadził super-grupę, z Jeremym Ironsem, Evą Green i Liamem Neesonem na czele. Był klimat, była gigantyczna kampania promocyjna z wyeksponowanym do obrzydliwości Orlando Bloomem. Wiecie, żeby małolaty zleciały do kina. A mimo to film okazał się klapą, w kinach zarobił śmiesznie mało. Fabuła była pocięta i gdzieś w połowie rozminęła się z logiką. Wraz z całkiem niezłą wersją „director’s cut” wyszło na jaw, że film zwyczajnie padł ofiarą pozbawionych subtelności cięć na stole producenckim.

Adwokat

Co by było, gdyby scenariusz do filmu Ridleya Scotta napisał Cormac McCarthy, a w obsadzie znalazły się takie gwiazdy, jak Penelope Cruz czy Michael Fassbender? Okazuje się, że nic dobrego. Literackość paradoksalnie zaszkodziła filmowi. Stał się ociężałym, nudnawym obrazkiem z życia zblazowanych Amerykanów. Zmarnowany potencjał.

Hannibal

Ridleya Scotta podejście kultowej postaci doktora Lectera. Uznany reżyser? Jest. Budżet? Jest. Gwiazdorska obsada? Jest. Wprawdzie zabrakło Jodie Foster, ale wśród komentujących często przebrzmiewały głosy pełne ulgi. Problem w tym, że mroczny dreszczowiec, operujący tajemnicą zastąpiono… „widowiskiem”. Widowiskiem pełnym dziwnych scen, które budzą najwyżej uśmiech politowania, bo przecież nie prawdziwe dreszcze. Mrok zastąpiono festiwale niezręczności, zaś wątek romantyczny… po prostu sobie darujcie.

 

Kultura Gniewu
Poprzedni

Vreckless Vrestlers - "Kung Fury" komiksu [recenzja]

art. by Dave Dorman
Następny

Nowy kanon Star Wars - przewodnik [komiks] [ film] [książka] [serial] [gra]

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który raz nie może usiedzieć w miejscu, a kiedy indziej zaszywa się w swojej pieczarze. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wyżywanie się na macie, jak i wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, a czasem nawet i w otchłań studiów. Opublikował parę tekstów tu i tam, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych. Od 2014 regularnie publikuje w Dzikiej Bandzie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz