RANKINGI 

Robert J. Szmidt: dziesięć powieści mojego życia

Dziesięć książek po niemal półwieczu świadomego czytania? Jak je wybrać? Jakiego klucza użyć, żeby z oceanu tekstów wyłowić to, co rzeczywiście najcenniejsze? Z Dziką Bandą nie ma to tamto, więc muszę to zrobić, bo jak nie…

Zapraszam zatem w podróż sentymentalną po moich lekturach. Zacznijmy od czasów najdawniejszych, wprawdzie po polskich ziemiach nie chodziły już dinozaury, ale pierwsza z lektur, o których wspomnę, radowała oczy Waszych pradziadków, tego jestem pewien.

Juliusz Verne, 20 000 mil podmorskiej żeglugi

To książka, dzięki której połknąłem bakcyla fantastyki. Na początku lat siedemdziesiątych minionego wieku, kiedy Polska z drewnianej powoli stawała się murowana, a o poprawności politycznej nikt nawet nie słyszał, zapisałem się do biblioteki, bo tylko tam można było bez problemu dostać prawie każdą książkę. Po fascynacji klasycznymi baśniami i literaturą przygodową dla dzieci, jako ośmio- albo dziewięciolatek sięgnąłem po wizjonerskie książki Verne’a. Spośród wielu, które przeczytałem, najbardziej zapadła mi w pamięć właśnie ta lektura. Wizja podmorskich podróży była tak sugestywna, że wybrałem nawet zawód marynarza, by choć w części zrealizować marzenie o pokonywaniu mórz i oceanów. Wiele lat później skłoniła mnie także do zrobienia licencji nurka, dzięki czemu odwiedziłem Pandorę na lata przed tym, nim pokazał ją Cameron w Avatarze.

William Golding, Władca much

Kilka lat później poznałem literaturę postapokaliptyczną. Wtedy nie było wielu książek z tego gatunku, ale te, które wydano w socjalistycznej podówczas Polsce, zasługiwały na mistrzostwo świata. Nie pamiętam już, czy sięgnąłem po Władcę Much przed czy po Ostatnim brzegu, ale zacznę od tej pozycji, ponieważ jest dzisiaj mniej znana, a IMHO warto ją przypomnieć czytelnikom. Wbrew pozorom to nie horror o Szatanie, choć od jednego z jego imion wziął się tytuł. Wybucha wojna nuklearna. Brytyjczycy, podobnie jak podczas drugiej wojny światowej, ewakuują dzieci i młodzież, tym razem nie na prowincję, ale do najodleglejszych kolonii. Jeden z samolotów przewożących nadzieje imperium rozbija się na bezludnej wyspie. Ocalone dzieci muszą przeżyć i robią to, tworząc nowe podziały i zasady. Banda małolatów z trzeciego Mad Maxa to pan pikuś w porównaniu z tym, co przedstawił w swojej powieści Golding.

Nevil Shute, Ostatni brzeg

Książka, która ocaliła świat. Nie przesadzam, w momencie premiery wydawała się tak szokująca, że wielu intelektualistów mówiło wprost: „dzięki Nevilowi nasi generałowie przejrzeli w końcu na oczy”. Powieść i jej ekranizacja stały się ogromnymi przebojami. Ja czytałem o Australii czekającej na nadejście zabójczego promieniowania w momencie, gdy zimna wojna osiągnęła apogeum, gdy mieliśmy w szkole próbne alarmy przeciwatomowe i symulowane ewakuacje do schronu. To z pewnością spotęgowało wrażenia z lektury. Wizja pewnego końca, braku ratunku, czekania na nieuchronną śmierć i wreszcie tragiczny finał do dzisiaj przebijają wszystko, co niosą najbardziej wypasione współczesne postapokalipsy.

Issac Asimov, Fundacja

Tę książkę przeczytałem, a potem przetłumaczyłem na potrzeby wydawnictw bezdebitowych. Byłem tak zafascynowany wizją upadku imperium i nastania nowego średniowiecza (Asimov opisał umiejętnie wydarzenia towarzyszące schyłkowi Rzymu, przenosząc rozpad ówczesnej cywilizacji w daleką przyszłość), że poświęciłem wiele miesięcy na przetłumaczenie niedostępnej wówczas w Polsce książki mistrza. Do dzisiaj jest dla mnie kamieniem milowym i nie starzejącym się arcydziełem. Mam przynajmniej cztery wydania Fundacji w swojej bibliotece.

Alistair MacLean, HMS Ulisses

Widząc to nazwisko, myślicie sobie, kolejny przekombinowany kryminał, w którym czarnym charakterem jest z pewnością gość o polskobrzmiącym nazwisku (nie wiedzieć czemu tak właśnie było w kilku książkach tego pisarza). Nic bardziej mylnego. To jeden z najbardziej przejmujących obrazów wojny na morzu, jaki można przeczytać. Tym cenniejszy, że pochodzący z pierwszej ręki. MacLean służył w marynarce podczas wojny i płynął w feralnym konwoju, którego los opisał tak sugestywnie, że nawet dzisiaj, gdy spoglądam na oprawiony własnoręcznie tomik, czuję ciarki na plecach.

Umberto Eco, Wahadło Focaulta

Wielu ma go za lewaka, i pewnie taka jest prawda, ale mnie ujął tą książką o wiele bardziej niż nie mniej znanym Imieniem Róży. To jest, moi drodzy, prawdziwa literatura, tu język jest równie ważny, a może nawet ważniejszy niż treść. To książka, w której same dygresje pokazują takie bogactwo wiedzy autora, że można przed nim tylko chylić czoła.

Philip K. Dick, Ubik

Moje ulubione dzieło Dicka. Mógłbym na tej liście umieścić kilka jego książek, gdyby nie reżim ograniczający wybór do dziesięciu tylko powieści. Kto czytał mój wstęp do wydanego ostatnio zbioru opowiadań Dicka, ten już wie, jakie boje toczyliśmy przed laty na aukcjach, by zdobyć sczytany niemiłosiernie egzemplarz Ubika, często za niebotyczne sumy. Opowieść o cofającym się w czasie świecie Jory’ego była podówczas rzadziej spotykana niż mityczne jednorożce.

Siergiej Sniegow, Ludzie jak bogowie

Rosyjska space opera. Serio. Choć może się to wydawać dziwne, a nawet zabawne, zaczytywaliśmy się tym opasłym tomiszczem, które było pierwszą prawdziwą space operą, jaka została wydana w Polsce. Szczerze mówiąc, pisząc Pola dawno zapomnianych bitew, miałem w tyle głowy właśnie tę powieść (stąd moi Obcy są tak podobni do Truba), a nie Trudno być bogiem Strugackich. Wizja przyszłości Sniegowa, poza socrealistycznymi, obowiązkowymi wstawkami, była naprawdę oszałamiająca, zwłaszcza że nie znaliśmy jeszcze amerykańskich powieści tego gatunku, i dla wielu z nas pozostała równa najlepszym dokonaniom Anglosasów.

Arkadij i Borys Strugaccy, Piknik na skraju drogi

Kolejna legenda ze Wschodu. Polubiłem naprawdę wiele powieści braci, ale ta jest wyjątkowa. Książka tak naprawdę opowiada o niemożności porozumienia się pomiędzy zbyt różniącymi się cywilizacjami, ale dla wielu jest też tekstem ocierającym się o jakże mi bliską postapokalipsę. Ludzie wchodzący do pełnej anomalii, skażonej strefy, w której wylądowali jakiś czas temu Obcy. Śmiałkowie poszukujący z narażeniem życia artefaktów na sprzedaż. W tej książce jest moc i nostalgia, jakiej nie znajdziecie w żadnym, najbardziej nawet reklamowanym hicie z Zachodu.

Stanisław Lem, Cyberiada

Nie sposób wyrazić, ile frajdy dostarczył mi tą prześmiewczą książką Lem. Opowieści o Trurlu i Klapaucjuszu są ponadczasowe i pokazują prawdziwą klasę niedoścignionego mistrza polskiej fantastyki. Moim skromnym zdaniem właśnie w tych humorystycznych przypowieściach kryje się to, co najlepsze w Lemie, czyli błyskotliwość, inteligencja, futurologia. Myślę, że to książka, która nigdy się nie zestarzeje. Dla was będzie równie dobra i odkrywcza, jak była dla nas czterdzieści lat temu, a i za kolejnych kilka dekad ludzie będą się śmiać równie szczerze. Tylko koniecznie szukajcie wydań z ilustracjami Daniela Mroza.

uniwersum-metro-2033-wieza-b-iext35314404
Poprzedni

Wieża - Cisza przed burzą [recenzja]

warcraft-poczatek
Następny

Warcraft: Początek - honorowa porażka [recenzja]

Robert J. Szmidt

Robert J. Szmidt

Ojciec założyciel i przez 8 lat redaktor naczelny „Science Fiction Fantasy i Horror”.
Zapalony podróżnik. Pisarz i tłumacz. Jeden z pomysłodawców Nagrody im. Janusza A. Zajdla, twórca plebiscytu Nautilus, laureat Śląkfy w kategorii Fan Roku 1985.
Doprowadził do pierwszego polskiego wydania tekstów Roberta E. Howarda o Conanie. Pierwszy przełożył "Fundację" Isaaca Asimova. Przetłumaczył m.in. "Spook Country" Williama Gibsona, 5 tomów "Zaginionej Floty" Jacka Campbella oraz prozę Mike’a Resnicka.
Pracuje jako copywriter dla dystrybutorów filmów oraz tłumacz gier komputerowych ("Resident Evil 4", "Hitman: Blood Money", "Age of Empires II").

Brak komentarzy

Dodaj komentarz