RANKINGI 

Trzech, siedmiu, trzystu, dwunastu, czyli filmowa numerologia [ranking]

Filmowcy lubią liczby, lubią cyferki i to nie tylko te widoczne na wyciągach z ich kont. W oczekiwaniu na premierę „Nienawistnej ósemki„, czyli ósmego dzieła Quentina Tarantino, przypominamy filmy z liczbami w tytule. Ale żeby nie była to aż tak oczywista wyliczanka,  bierzemy pod uwagę tylko te, w których mamy określoną  liczbę kluczowych dla fabuły bohaterów.

Szperanie w tego rodzaju filmowej numerologii może przynieść zaskakujące rezultaty. Niektóre tytuły, jak przykładowo „Dwa tysiące maniaków!” są całkiem słusznie niepokojące, inne – „Ich stu i ona jedna”, budzą skrajne skojarzenia, mimo, że ich fabuła nic skrajnego nie zawiera. Dziwi słaba reprezentacja trzynastki („Trzynaście duchów”, „Trzynastu zabójców”), ale wiadomo, pech odstraszy nawet najodważniejszych. Niekiedy liczba jest trochę jakby od czapy („47 roninów”), innym razem wprowadza w konsternację: „Dziesięciu małych murzynków”, „Ten Little Indians”, czy po prostu „I nie było już nikogo”? Niektóre cyferki z pierwszych dziesięciu są mocniej reprezentowane, inne mniej, po prostu wszystko zależy od jakości filmu, od tego, czy zapisał się w pamięci widzów. Szkoda trochę piątki, cyfry wydawałoby się idealnej, ale proszę, wymieńmy tak z marszu przykład tytułu z piątką bohaterów. Nie takie proste, prawda? Bo kto pamięta stare, postapokaliptyczne „Five”, czy „The Five Man Army”? Nie jest też łatwo z dziewiątką (?), dwójką („Two Jakes”) i jedynką („The One” z Jetem Li), a szóstka dopiero od niedawna ma mocnego przedstawiciela w postaci animowanej „Wielkiej szóstki”. A resztę, z tych najważniejszych i najpopularniejszych, do grona których będziemy zapewne mogli zaliczyć  „Nienawistną ósemkę”,  znajdziecie w poniższym rankingu.

300

Adaptacja komiksu Franka Millera, w której zamiast prawdy historycznej ważniejsze są cieszące oczy efekty specjalne i „matrixowe” sceny walk, ale również kadry jakby żywcem wyjęte z pierwowzoru. A także to jedna z tych filmowych opowieści, pod koniec której na ekranie pozostaje dużo mniej bohaterów, niż określająca ich ilość liczba w tytule. A w przypadku „300” to już właściwie  skrajna redukcja. Dodajmy, że to nie pierwszy film o dzielnych Spartanach spod Termopil, wcześniej nakręcono jeszcze w 1962 roku „The 300 Spartans”.

101 Dalmatyńczyków

Tak, to czarno-białe psiaki są prawdziwymi bohaterami tego disneyowskiego klasyka (zarówno w wersji animowanej i aktorskiej). Znowu był niedawno w telewizji i człowiek cieszył się jak dziecko, widząc na ekranie tyle znanych, aktorskich twarzy. I nie chodzi tu bynajmniej jedynie o Glenn Close, ale także o Hugh Laurie, czy Marka Williamsa. Ale i tak psiaki są najważniejsze.

Dwunastu gniewnych ludzi

Dwanaście to ważna, filmowa liczba. Mieliśmy przecież „Parszywą dwunastkę”, czy „Dwanaście małp”, ale niewątpliwie najważniejszym obrazem w tym gronie jest klasyk Sidneya Lumeta z 1957 roku. Rozgrywający się niemal przez cały czas w jednym pomieszczeniu wciąga bez reszty i rodzi u widzów, w zależności od ich osobistych przekonań różnorakie, piętrowe interpretacje. Bo z czym mieliśmy do czynienia? Z opowieścią o potędze siły perswazji i manipulacyjnych technik? Q mozolnej drodze dochodzenia do prawdy? O słabości ludzkich sądów, zbudowanych na bazie uprzedzeń i stereotypów?

Ocean’s eleven

No proszę, jedenastka, jak nietypowo. Obsada marzeń, zarówno w pierwowzorze z 1960 roku, jak i w remake’u Stevena Soderbergha. Filmy z precyzyjną fabułą o skoku na kilka kasyn,  które ogląda się z nieustającą przyjemnością.

8 kobiet

Kwiat francuskiego, kobiecego aktorstwa i czasy, kiedy Francois Ozon był na samym szczycie. Śpiewany kryminał i zarazem  jeden z tych filmów, który ilekroć pojawi się znienacka na ekranie telewizora, za każdym razem go obejrzymy.

Siedmiu wspaniałych / Siedmiu samurajów

 Oba filmy to legendy kina i w obu, wraz z postępującą fabułą mamy redukcję liczby tytułowych bohaterów. A to jeszcze nie wszystkie siódemki – „Siedmiu psychopatów„, „The Savage Seven”, a nawet „Siedem narzeczonych dla siedmiu braci”, widać, że to jedna z ulubionych cyfr filmowców, tyle że dla większości bohaterów wydaje się być mało szczęśliwa.

Czterej pancerni i pies

Cztery, czyli „Fantastyczna czwórka” (2005), „Fantastyczna czwórka 2: Narodziny Srebrnego Surfera”, „Fantastyczna Czwórka” (2015). Fantastyczna czwórka? Buuuuu! Mamy swoją fantastyczną czwórkę. I psa!

Trzech mężczyzn i dziecko

Trójka, czyli najbardziej pokochana przez filmowców liczba, nawet siódemka i dwunastka nie mogą iść z nią w konkury. Oprócz „Trzech mężczyzn i dziecka”, czyli jednego z ulubionych filmów pań (bo występują tu bardzo fajni, opiekuńczy i przystojni panowie), są jeszcze „Trzech amigos”, „Trzy siostry” (te od Czechowa), „Trzej idioci” i oczywiście „Three Kings” (u nas jak zwykle z niefortunnym tytułem – „Złoto pustyni”). No i nie zapominajmy o najważniejszym!  „Trzej muszkieterowie”, czyli po kolei:  Atos, Portos, Aramis i D’Artagnan. Hmmm… coś tu chyba nie gra.

Egmont
Poprzedni

Star Wars Komiks 2/2015: Darth Vader i jego wojna z Rebelią - solidny akcyjniak [recenzja]

woody allen portret mistrza
Następny

Woody Allen. Portret mistrza - Przepiękny niezbędnik [recenzja]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

1 Comment

  1. Anonim
    2016-01-06 at 13:59 — Odpowiedz

    9 – 9 Rota

Dodaj komentarz