RANKINGI 

Wit Szostak – cztery powieści, które warto znać

Jeśli „Wróżenie z wnętrzności” was uwiedzie – oto mini przewodnik po twórczości Wita Szostaka. Powieści, które naszym zdaniem warto znać i na pewno warto do nich często wracać.

Chochoły (2011, Lampa i Iskra Boża)

chochoły

Mam chyba jakąś prywatną obsesję na punkcie tej książki, bo wraca do mnie niczym bumerang i nie daje spokoju. Bohaterami wielopoziomowej, i nie ukrywajmy trudnej w odbiorze, powieści Wita Szostaka jest krakowska rodzina Chochołów rezydująca w wielkiej kamienicy. Ród Chochołów to zbieranina dziwaków i outsiderów, w których kumulują się wszelkie nasze narodowe wady, zaś ich dom to magiczny żywy organizm, którzy potrafi tworzyć nowe rzeczywistości. Może i opis ten nie jest nazbyt intrygujący ale powieść za to jak najbardziej. Szostak korzysta tu bowiem z zapomnianej i zignorowanej w naszej kulturze literackiej frazy schultzowskiej. Pełno tu fantasmagorii, poetyckich opisów i zabaw z rzeczywistością. I bezustannie będę powtarzał – niech to ktoś zekranizuje.  Scenariusz, owszem byłby wyzwaniem, ale dobrze skrojony mógłby być nie tylko podstawą nowego „Wesela” ale przede wszystkim czymś na kształt „Sanatorium pod klepsydrą” Wojciecha Hasa. A poetyckich, a przy tym inteligentnych filmów od śmierci tego reżysera nikt w naszym kraju kręcić nie potrafi. Może wraz z „Chochołami” czeka nas nowe objawienie talentu na miarę Hasa. Tak czy siak – jak czytać Szostaka, to „Chochoły” obowiązkowo. Pozostałe części tzw. trylogii krakowskiej („Dumanowski” i „Fuga”) też są intrygujące, ale tę wielbię najbardziej.

Oberki do końca świata (2007, PIW i 2014 Powergraph)

szostak_oberki

„Oberki…” były powieścią w której Szostak definitywnie odciął się od swojej twórczości fantasy – jeśli kiedykolwiek mogliśmy mówić o nim per autor fantasy (ale o trylogii Smoczogór później). W „Oberkach…” mamy zapis Polski, której nie ma. Podróż na prowincję, między ludowych grajków i snute przez nich opowieści. Ale bez obaw, to nie jest – jak w kilku miejscach można przeczytać – powieść chłopska. Na pewno nie w taki sposób w jaki kojarzy nam się ten typ literatury. Lubię określać „Oberki…” mianem ludowej przypowiastki muzycznej.  Tytułowe oberki to nie tylko zgrabne nawiązanie do ludowego tańca, a rytm jaki słowom i całej powieści nadaje Szostak. Tak, „Oberki do końca świata” gnają przed siebie w szalonym tempie, narracja nas uwodzi rytmiką, melodyką a pod nią podporządkowana jest opowieść. Z początku zdawać się może przypadkowa, poszatkowana, składająca się z nieprzystających do siebie opowieści, ale to złudzenie – całość „Oberków…” to bowiem przejmująca opowieść o przemijaniu, wyborach i świecie, którego już nie ma.

Sto dni bez słońca (2014, Powergraph)

sto-dni-bez-slonca

Powieść akademicka? Jeśli już, to satyra akademicka i to chwilami tak brutalna, że śmiejemy się niemal przez łzy. Bohaterem „Stu dni…” jest Lesław Srebroń człek tak irytujący i zarozumiały, że czytelnik ma ochotę rzucić powieścią o ścianę z nadzieją, że czyn ten choć trochę nim wstrząśnie. Ale nic to. Srebroń już tak ma – jest niereformowalnym megalomanem, który nie będzie w stanie się zmienić. Bo jak mógłby zmienić się ktoś, kto nie widzi potrzeby zmiany? Taka osoba nie zrobi nic, a życie może wysyłać mu najbardziej jaskrawe sygnały – on i tak je zignoruje, lub zinterpretuje po swojemu. I tak też dzieje się w chwili gdy Srebroń w ramach wymiany uniwersyteckiej zamiast na Oxfordzie, ląduje na zapyziałym uniwersytecie w Newport. „Sto dni…” jest zatem satyrą na życie uniwersyteckie, na fantastów (Srebroń z uwielbieniem opowiada o twórczości niejakiego Fillipa Włócznika), studentów, Polskę i w końcu nas samych. Bo Srebroń to nasze odbicie. A miałkość tej postaci pięknie pokazuje miałkość naszego życia.

Poszarpane granie (2004, Runa)

poszarpane-granie

Swoją karierę Wit Szostak zaczynał od fantastyki, a ściślej mówiąc – fantasy. Było to jednak specyficzne fantasy, które dało mu tyluż zwolenników, ilu wrogów. Powód? Prosty – cykl opowieści o Smoczogórach wykorzystywał anturaż fantasy by tak naprawdę snuć opowieść o góralskim folklorze, przemijaniu i samym mechanizmie opowieści. Zwolennicy trolli, strzyg i polowań na wiedźmy poczuli się urażeni i do dziś wieszają na cyklu psy, zaś reszta, no cóż reszta Szostaka pokochała. Bo i trudno nie zadurzyć się w sposobie opowieści Wita. W jego językowych stylizacjach, neologizmach i zabawach słowem. Owszem – pewnie, że czasami odnieść można wrażenie, że bardziej od samej historii autora interesuje sposób opowieści, ale to nie jest zarzut. To kwestia nastawiania. W skład cyklu wchodzą dwie powieści i tom opowiadań. Tu wybrałem powieść drugą. Ciut dojrzalszą od debiutu i jeszcze bardziej unurzaną w górlaskości i opowieści. W tej konwencji Szostak osiągnął tu chyba wszystko – nie dziwota, że zaczął szukać innego języka i gatunku.

IFC Midnight
Poprzedni

Backcountry - polowanie na człowieka [recenzja]

Imperial
Następny

Mr. Holmes - rozliczenie z przeszłością [recenzja]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz