TEKSTY 

Alan Rickman – gdy milknie głos Boga

Nie będę oryginalny, gdy powiem, że Alana Rickmana poznałem jako Hansa Grubera z pierwszej części „Szklanej pułapki”. I w zasadzie z miejsca znienawidziłem do żywego, by potem odkrywać tej nienawiści coraz to głębsze pokłady. A to gdy zastrzelił pana Takagi, a to gdy próbował zwieść bohaterskiego Johna McClane’a, podając się za jednego z ocalałych zakładników. Te jego uśmieszki, ta pozbawiona emocji twarz czy wreszcie głos i śmiech. Brrr… Autentycznie cieszyłem się więc, gdy nadszedł finał filmu, a on wywijając rękami, dziwiąc się, jak to wszystko mogło pójść tak źle, mimo tak doskonałego planu, poleciał dziesiątki pięter w dół budynku Nakatomi.

Tak, to był pierwszy raz, gdy widziałem Alana Rickmana. Miałem wtedy bodaj osiem lat i wtedy jeszcze nie wiedziałem, nie przeczuwałem nawet tym swoim szczeniackim umysłem, że to właśnie był mój początek pierwszej przyjaźni.

Jak wielu z nas u Alana Rickmana najbardziej urzekał mnie głos. Owszem, bardzo sobie ceniłem jego sposób gry, to jak potrafił być cudownie nieprzewidywalny, jak po mistrzowsku i jakby zupełnie mimochodem odbierał gwiazdom ich filmy. To przecież on, nie Kevin Costner jest pierwszym, którego kreacja jawi się w mej głowie, gdy wspominam „Robin Hooda: Księcia złodziei”. To jego zbolała mina, a potem pełne wiary i determinacji „Na młot Grabthara, zostaniesz pomszczony” mogło jako jedyne konkurować z wyeksponowanym biustem Sigourney Weaver. Tim Allen grający w „Kosmicznej załodze” główną rolę robił Rickmanowi jedynie za tło.

Ale to głosem Rickman nas sobie kupił. Ktoś powiedział kiedyś, że tak brzmiałby aksamit, gdyby umiał mówić i gdy słyszę, jak Rickman mówi, jak jego słowa wibrują mi w uszach i powoli całego wprowadzają w drżenie, nie umiem temu porównaniu nie przyznać racji.

Choć tak właściwie Kevin Smith wpadł na lepsze i jako jedyny na świecie oddał owemu głosowi należne mu honory, obsadzając Brytyjczyka w roli Metatrona wyrażającego werbalnie wolę i słowa samego Boga. To temu wcieleniu oddawaliśmy hołd, przyjmując wraz z sekcją teatralną Śląskiego Klubu Fantastyki nazwę Słudzy Metatrona. Pamiętam, jak marzyliśmy, że kiedyś uda nam się przed Rickmanem wystąpić. Z czymkolwiek, choćby z miniaturą. Choćbyśmy mieli lecieć na drugi koniec świata. Cóż, teraz, wygląda na to, że dystans do pokonania jeszcze się nam wydłużył…

Próbuję sobie w głowie ułożyć, o czym napisać, do jakich jego wcieleń się odnieść poza tymi, o których wspomniałem wyżej.

Był oczywiście Snape, ale choć widziałem, doceniłem, ta rola mnie jakoś mija. Wręcz wkurzałem się, że ten znakomity aktor już na zawsze zostanie zespolony z tą przetłuszczoną peruką i wyląduje w potterowskiej szufladce. Poniekąd tak jest, choć chcę wierzyć, że po prostu miałem w tej kwestii pecha do rozmówców.

Był Harry w „To właśnie miłość”, bohater jak dla mnie najsmutniejszego i niestety najprawdziwszego wątku w tym filmie. Historii o miłości gasnącej, kostniejącej, zaniedbanej i przez to, wbrew optymistycznemu finałowi, raczej nie do odratowania.

Ilekroć oglądam dzieło Curtisa, mam nadzieję, że tym razem nie wróci po ten cholerny wisiorek, a potem, na tych kilka kluczowych scen, gdy okazuje się, że jednak, zawsze udaję, że muszę do łazienki i wychodzę ze ściśniętym gardłem, zostawiając Emmę Thompson samą z jej bólem. Bo przecież tak się, cholera, cudownie dogadywali…

No i wreszcie Marvin z „Autostopem przez galaktykę”, najlepszy głosowy casting wszechczasów. Jakich by ten film nie miał wad, jak bardzo by nie potraktował skrótowo znakomitej powieści, dla Rickmana zamkniętego w wątłym ciele z wielką głową warto.  Aż się człowiek zaczynał zastanawiać, czy skoro Bóg mówi głosem robota z depresją, to ten świat ma jeszcze jakieś szanse?

Próbuję uniknąć wyliczanki, dlatego wspomnę jeszcze tylko o dwóch wcieleniach Rickmana, których dla odmiany nie było mi dane zobaczyć. Bardzo chciałem, ale teatr i scena mają swoje prawa. Pierwsze z nich to podobno wybitny sceniczny de Valmont z „Niebezpiecznych związków”. Wieść głosi, że podczas przygotowywania obsady do wersji filmowej Malkovich wygrał tylko swą większą wówczas rozpoznawalnością, a potem i tak chodził na każdy spektakl, by podpatrywać Rickmana w akcji. Wcielenie drugie to sceniczny „Piotruś Pan”, gdzie Rickman wcielił się w postać Haka. Pamiętam, że dawno temu miałem na tapecie komputera mocno rozpikselowane zdjęcie z nim w tym wcieleniu i latami odpowiadając na pytanie, kto był najlepszym Hakiem w historii, odpowiadałem: „Dustin Hoffman mógłby dziś przegrać tylko z Alanem Rickmanem, gdy go w końcu zobaczę…”. Teraz już chyba nie ma się czego obawiać.

Ostatnim, co widziałem z Rickmanem, był jednak nie film, a fragment wywiadu, gdzie  aktor opowiadał, tym swoim niesamowitym głosem, jak to wspólnie z bodaj sir Michaelem Gambonem (a może jeszcze z Richardem Harrisem?) robili zabawne numery Danielowi Radcliffe’owi za pomocą poduszki pierdziuszki. A potem Alan Rickman wdychał hel i…

Cholera,  trudno się to wszystko pisze, bo myśli uciekają, nie chcą się składać.  Zaledwie czterech dni potrzebował Major Tom, by zerwać się ze smyczy i odlecieć w nieskończony kosmos,  a dziś umilkł Bóg. I teraz tak jakoś cicho…

J.P. Fantastica
Poprzedni

Souichi i jego głupie klątwy - Junji Ito w wersji light [recenzja]

Egmont
Następny

Malutki lisek i wielki dzik #1: Tam - o sile przyjaźni [recenzja]

Jakub Ćwiek

Jakub Ćwiek

Jakub Ćwiek – publikując od dekady, miksuje różne podgatunki fantastyki z mediami innymi niż literatura. Tak powstał filmowo-serialowy "Kłamca", ukazujący kult gwiazd jako nową mitologię, rockowy "Dreszcz" będący komiksem zaserwowanym w postaci prozy, tworzący wizerunek polskiego superbohatera czy "Chłopcy", którzy nawet z najwygodniejszego fotela zabierają czytelnika na pustą drogę ciągnącą się aż po horyzont. Łącznie szesnaście tytułów. A gdy książki trafiają już do wydawnictwa, Kuba preleguje, podróżuje po świecie, grywa na gitarze, pisze teksty piosenek, scenariusze i felietony. Jego bohaterowie doczekali się komiksów, LARP-ów, filmów krótkometrażowych, adaptacji teatralnych, słuchowisk, gry karcianej i serii koszulek. Rock&Read Festival pokazało nowy sposób zabawy literaturą i rockiem, a gdzieś pomiędzy tym wszystkim Ćwiek znalazł jeszcze czas, by uścisnąć ręce Bruce'a Willisa, Jossa Whedona i Stephena Kinga oraz by założyć Browncoats of Poland. Za opowiadanie "Bajka o trybach i powrotach" otrzymał Nagrodę Fandomu Polskiego im. Janusza A. Zajdla.

2 Comments

  1. Lenor
    2016-01-15 at 01:35 — Odpowiedz

    Cudownie jest wiedzieć, że są osoby, które lepiej poradziły sobie z wyrażeniem moich myśli w składny sposób. Ten tekst i tekst Anety Jadowskiej, choć tak od siebie różne (a może właśnie dlatego) podsumowują idealnie moje dzisiejsze, okraszone wieloma łzami przemyślenia.

    Będziemy cholernie tęsknić.

  2. Anonim
    2016-01-21 at 01:46 — Odpowiedz

    Masz jeszcze szansę zobaczyć Alana jako kapitana Haka – oglądnij film An awfully big adventure, serdecznie polecam, jedna z wielu jego świetnych ról.
    Dzięki za artykuł, ja do tej pory nie mogę się oswoić z tym, że odszedł.

Dodaj komentarz