TEKSTY 

Amy, czyli rozpad

Niebawem do kin trafi „Amy”, dokumentalna opowieść o życiu i tragicznej śmierci Amy Winehouse. Przejmujący obraz medialnych czasów, w których żyjemy, ale też i niebywale szczery zapis przegranej walki z chyba wszystkimi uzależnieniami jakie istnieją.
 

Niewielu rzeczy w swoim życiu żałuję. Nawet wszystkie głupoty i podłości, jakie wyrządzałem, jestem w stanie zaakceptować jako pewien etap w życiu, przez który każdy z nas przejść musi. Taka karma. Może jedynie być mi przykro. Ale jest jedna rzecz, z którą mam problem. I choć na tle oceanu skurwysyństw jakich w życiu się dopuściłem, wydaje się być banalna, to właśnie jej żałuję najmocniej.

Był lipiec 23, rok 2011, sobota. Dzień podobny do tego, który mamy za oknem. Pamiętam, że do domu wróciłem z moim kumplem. Siedzieliśmy w kuchni pijąc masę piwa. W pewnym momencie zadzwonił telefon. Widzę – szef. Pyta czy wiem co się stało. Mówię – zgodnie z prawdą. Nie. A on, że Amy Winehouse nie żyje i na gwałt muszę napisać jakieś dwa tysiące znaków, żeby wsadzić do numeru. Ok – odparłem i choć ledwo stałem na nogach, polazłem do laptopa, żeby napisać tekst.

Napisałem. Posłałem. Pól godziny później dzwoni ówczesny naczelny „Newsweeka” Wojtek Maziarski, z kategorycznym nakazem zjawienia się w jego gabinecie w poniedziałek. Cudnie. Ledwo co się rozłączyłem, dzwoni mój szef, a tuż po nim wice-naczelna. Z pierwszej rozmowy dowiaduję się, że jestem idiotą, z drugiej, że trzeba tylko prosić o pomoc, a wszystko jakoś się ułoży.

Kochała śpiew, kochała ojca, który traktował ją jak bankomat i zabójczo zakochała się w najbardziej nieodpowiednim facecie na świecie.

To było chyba jedyne dwa tysiące znaków w moim życiu, które wywołało takie poruszenie w redakcji. A cóż tam napisałem? W zasadzie nic strasznego. Poszło o jedno zdanie: „Zmarła, bo za dużo czuła, za dużo potrzebowała i za dużo chciała. Zmarła śmiercią alkoholika – zapijając się. I ja – także prawdziwy alkoholik – też tak chcę”. Nigdy tego nie wydrukowali. Na szczęście.

Nie mam pojęcia dlaczego wydawało mi się, że takie wyznanie będzie fajne. Choć w sumie kłamię. Mam. Byłem kompletnie uwalony, uważałem że jestem zajebisty, a zapicie się na śmierć to zajebista sprawa. Był 23 lipca, Amy Winehouse umarła śmiercią alkoholika, choć akurat o tym, nie miałem wówczas bladego pojęcia. Byłem po prostu małym bucem, któremu było wszystko jedno.

W poniedziałek odbyłem szereg rozmów podczas których moje szefostwo obiecywało zaopiekować się mną podczas odwyku itp. Gdy dziś o tym myślę, to wydaje mi się, że był to jedyny dzień w moim życiu, kiedy nagle otoczyło mnie kilka osób, którym zaczęło na mnie zależeć. Nawet jeśli robili to na pokaz. Nawet jeśli zależało im bardziej na tym, żebym pisał, niż pił. Takie dni nie zdarzają się często. Tyle, że ja oczywiście nic z tym nie zrobiłem. Amy nie żyła. Ja piłem. A opinia reszty świata kompletnie mnie nie interesowała. Bo tak zazwyczaj to wygląda. Równy rok później okazało się, że wszystko było kurewsko dalekie od bycia OK.

Cała ta scenka stanęła mi przed oczyma podczas oglądania dokumentu „Amy” Asifa Kapadii. Dokumentu poświęconego Winehouse, który zadziałał na mnie jak dawno temu rzucony i zapomniany bumerang. Teraz wrócił i przywalił w łeb. Kapadia (m.in. świetny „Senna”) w swoim filmie nie zrobił ani niczego odkrywczego, ani nowatorskiego. Ale bolesnego i przejmującego już tak.

Z amatorskich nagrań jakie zostały po Amy (głównie tych, które kręciła sama, z koleżankami itp.), z wszystkich materiałów telewizyjnych (a jest ich masa, bowiem Winehouse była najbardziej obleganą gwiazdą XXI wieku) i rozmów z bliskimi stworzył intymny portret małej zagubionej dziewczynki, o wielkim sercu i całej tonie kompleksów. Kochała śpiew, kochała ojca, który traktował ją jak bankomat i zabójczo zakochała się w najbardziej nieodpowiednim facecie na świecie. A przynajmniej w jej świecie. Co byłoby gdyby nie poznała Blake’a? Co byłoby gdyby przejrzała na oczy i zobaczyła, że tata nie kocha swojej córki, ale to co córka mu daje? Tego się nie dowiemy, bo nigdy nie otworzyła oczu. Choć być może pod koniec życia, była tego bliska. Być może właśnie dlatego umarła. Uciekając od tego, co czekało ją w trzeźwym życiu.

Chciałbym, że ten film kończył się inaczej. Żeby rozpad przegrał, zwyciężyła miłość i radość. Ale nie kończy się. Żeby miłość zwyciężyła, musiałby istnieć.

Wiele już napisano o „Amy”. Że jest to przejmujący zapis współczesności – świata w którym rządzą tabliody, gotowe zabić za newsa. Że to przejmująca psychodrama o chorych relacjach rodzinnych (wspomniany bankomat). Zresztą za niekorzystne pokazanie w filmie, ojciec Amy się obraził, określając dzieło Kapadiego haniebnym. Że jest to opowieść o prostej dziewczynie, którą przygniótł talent. Wszystko to racja.

Jak dla mnie to jednak przede wszystkim film o rozpadzie. Postępującym z latami rozpadzie rzeczywistości i niezdolności do jej oceny. Wszyscy alkoholicy to przerabialiśmy. Każdy z nas tkwił w tym stanie rozpadu, bo jest to stan najwygodniejszy. Choć oczywiście śmiertelny. Amy coraz mocniej odklejała się od siebie, od tego kim chciała być, stając się kimś, kim wydaje jej się, że jest. Uproszczając – po prostu straciła samą siebie. Nawet jeśli mówiła rzeczy, które brzmiały sensownie, nawet jeśli planowała koncerty, trasę, powrót do studia. Nic z tego nie było prawdą. Rozpad wziął górę nad rzeczywistością. Kazał wierzyć jej w coś, co nie istnieje. A wtedy zaczyna się koniec. I ten metaforyczny i ten prawdziwy.

Nawet jeśli Amy świadomie podjęła pod koniec życia decyzję o odwyku. Nawet jeśli chciała coś zmienić, rozpad wziął górę nad rozsądkiem. Kazał jej uciec. Bo przecież kiedy ucieka, to problemu nie ma. Kiedy pijesz, nie masz już problemów z piciem. Kiedy bzykasz, nie masz już problemów z miłością. A potem wszystko się wali i nie ma już nic.

I o tym jest ten film. O tym jak rozpad wziął górę nad rozsądkiem i uczuciami i zaprowadził pewną dziewczynę do pustego pokoju, w którym samotnie umarła przypadkowo zatruwając się alkoholem. Przypadkowo. Często tak umieramy. Po detoksie, odtruciu organizm mamy czysty jak u dziecka, ale mózg wciąż skażony. Mózg każe pić tyle, co wcześniej. Organizm ma na ten temat odmienne zdanie.

Chciałbym, że ten film kończył się inaczej. Żeby rozpad przegrał, zwyciężyła miłość i radość. Ale nie kończy się. Żeby miłość zwyciężyła, musiałby istnieć. W pobliżu Amy był tyko rozpad, a ona nie potrafiła go pokonać. I nikt też, nie tylko chciał, ale i nie potrafił  jej pomóc.

Paweł Stępień DB
Poprzedni

Paweł Stępień – polski H.R. Giger [galeria]

Mateusz Kołek [Dzika Banda] 32
Następny

Mateusz Kołek - alternatywne, zafiksowane światy [galeria]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz