TEKSTY 

Blaski i cienie współczesnych antologii serialowych

Czy powrócą kiedyś do telewizji seriale pokroju „Strefy mroku”, „Opowieści z krypty”, czy „Po tamtej stronie”?  Dzisiejsze serialowe antologie to produkt zupełnie inny niż te legendarne produkcje. Inne w formie, fabule i założeniach.
W malutkim stadku współczesnych serialowych antologii, drugi sezon „Detektywa” jest niczym czarna, niechciana i wyśmiewana przez wszystkich owieczka.

Kiedyś było po prostu po bożemu. W amerykańskiej telewizji przez dziesięciolecia powstało dziesiątki serialowych antologii, których forma była prosta i klarowna. Każdy odcinek był inną historią, z innymi bohaterami, a nawet z gospodarzem programu. Dzisiaj te stare produkcje kojarzą nam się przede wszystkim z przywołanymi w nagłówku telewizyjnymi opowieściami niesamowitymi, ale istniały również choćby antologie westernowe (pochodząca z lat pięćdziesiątych „Death Valley Days”).  Z czasem tę formułę  wyparły praktycznie całkowicie procedurale – za sztandarowy, bo dobrze znany i popularny także na naszym rynku można tu uznać „Z Archiwum X”. Procedural, czyli ci sami bohaterowie, w każdym odcinku jakaś inna sprawa do rozwiązania i dodatkowo jakiś wątek przewodni, do którego najczęściej wraca się w kluczowych epizodach, najczęściej pod koniec sezonu. Wielbiciele seriali ostatnio dość często narzekają na wszechobecną proceduralność, ale to się powoli zmienia i twórcy zaczynają kłaść coraz większą wagę na ciągłość historii, przykładem niech będzie ewolucja „Agentów T.A.R.C.Z.Y.”. Niemniej, w dzisiejszym serialowym krajobrazie niemal zupełnie zabrakło miejsca dla formy klasycznej, zbierającej pod jednym szyldem różnorodne historie antologii. Na całe szczęście, w ich miejsce pojawiły się całkiem interesujące hybrydy.

Jaskółką zmian był kilka lat temu „American Horror Story”, produkcja znakomicie wyczuwających serialowe trendy (w dorobku także „Glee”) Ryana Murphy’ego i Brada Falchuka. „Murder House” wielu widzów zaciekawił, skonsternował i zaszokował. Skonsternował także mnie samego. Po pierwszym epizodzie, nadmiernie przeładowanym motywami i schematami z katalogu filmowej grozy, odpuściłem dalsze oglądanie. Okazjonalnie wracam do pierwszej odsłony „AHS”, ale wciąż (nie wiem, czy mam się bić w piersi, czy nie, z tego powodu), nie obejrzałem jej do końca. Sam pomysł na serię jest genialny w swej prostocie – poświęcić każdy sezon na jeden motyw z klasyki horroru. Przerobić je na dzisiejszą modłę, czyli postmodernistycznie wymieszać składniki, sprawnie wszystko zmontować, generalnie – bawić się odniesieniami do tego co dobrze znane fanom gatunku, przepuszczając to przez filtr współczesności. Dlatego też, horror w wykonaniu Murphy’ego i Falchuka wygląda nieco inaczej. Jest wariacki i nieuporządkowany. Zamiast budować stopniowo atmosferę grozy, od razu wali z piąchy w twarz. Owszem, twórcy stawiają również na klimat, ale to klimat specyficzny, wręcz chory. Skutkiem tego, „AHS” jak na kontrowersyjne dzieło przystało, posiada tyle samo  zalet, co wad.

Wśród zalet można umieścić klimatyczną czołówkę serialu i przede wszystkim wykorzystywanie tych samych aktorów, często w drastycznie różnych rolach w kolejnych odsłonach antologii. Nadaje to ekscentrycznego smaku, trochę kłóci i drażni się z przyzwyczajeniami widzów, ale wypada ciekawie, a w przypadku niektórych wykonawców nawet efektownie. Być może dla części aktorów to wyczerpujące doświadczenie, na przykład Jessiki Lange nie ma już w nowym sezonie, inni, po większej roli w jednej serii dostają mniejszą w kolejnej (swoją drogą ciekawe, ile zdrowia i cierpliwości kosztowała Sarah Paulson rola syjamskich bliźniąt we „Freakshow”). Minusem jest dla mnie rozciągnięcie każdej historii na pełny sezon. W pewnych momentach każda z odsłon traciła swój charakterystyczny urok i tempo, i nie obywało się bez odcinkowych zapychaczy. Po prostu prawdą jest, że filmowy horror, aby dobrze wybrzmieć nie powinien trwać zbyt długo, stąd urok starych antologii, gdzie mieliśmy z miejsca, na jednym posiedzeniu całą historię wraz z puentą. W „AHS” czekanie na puentę znacznie się wydłuża i być może nie uderza w nas ona z taką siłą, z jaką powinna. Najlepsze opinie zbiera, podobnie zresztą jak cały sezon, ta z „Asylum”,  w którym po totalnych wariacjach (nawet kosmitów tam wcisnęli), mieliśmy na koniec nagłe, niespodziewane i świetnie się sprawdzające wyciszenie. Obecnie emitowany jest piąty już sezon serialu, „Hotel”. W szokowaniu twórcy zawieszają sobie poprzeczkę coraz wyżej, znowu szarżują i odmieniają stylistykę, zobaczymy, czy te eksperymenty nie obrócą się przeciw nim.

Z tych samych założeń co Murphy i Falchuk wyszedł Nick Pizzolatto, tworząc serial „Detektyw”. Każdy sezon to osobna, długa historia z detektywami, w oryginale określonymi mianem „true”.  Historia kryminalna, w stylu noir, choć nie do końca, bo w pierwszym sezonie twórca hojnie czerpał z klasyki opowieści niesamowitych, balansując nawet na granicy plagiatu (pożyczony Żółty Król z prozy Chambersa i nihilistyczne monologi Cohle’a od Thomasa Ligottiego). Wyszło z tego coś unikalnego, wyszło też na jaw, że główną inspiracją Pizzolatto jest właśnie klasyka literatury gatunkowej. Drugi sezon miał być jego wizją dokonań autorów pokroju Rossa Macdonalda. I w tym przypadku niestety wszystko się rozsypało, z ekranu wiało nudą i widzianą już wielokrotnie w innych klasykach kryminalnego noir sztampą (znowu umoczony burmistrz, seksualne orgie itd.). Być może pierwszy sezon, dzięki perfekcyjnie wykreowanemu nastrojowi i wspaniałym rolom Matthew McConaugheya i Woody’ego Harrelsona wyszedł aż za dobrze, podnosząc następcy poprzeczkę zbyt wysoko. Średnio sprawdzili się główni aktorzy drugiego sezonu, choć Colin Farrel starał się jak mógł. Całość w ogóle nie angażowała emocjonalnie, widzowie mieli w nosie dramatyczne przecież losy poszczególnych bohaterów. Może gdyby twórcy poszli ścieżką kreatorów „AHS” i obsadzili w nowych rolach aktorów z pierwszego sezonu wyszłoby to lepiej, ale na taki eksperyment niestety nie było szans. W malutkim stadku współczesnych serialowych antologii, drugi sezon „Detektywa” jest niczym czarna, niechciana i wyśmiewana przez wszystkich owieczka.

A teraz pytanie za sto punktów – czy podobny los może czekać najnowszą odsłonę „Fargo”? Serial w zeszłym roku w wielu plebiscytach rywalizował z pierwszym sezonem „Detektywa” o palmę pierwszeństwa i właśnie przyszedł dla niego czas weryfikacji. Sam pomysł na antologię inspirowaną filmem braci Coen wydawał się cokolwiek niedorzeczny. A jednak wyszło to znakomicie, może dlatego, że „Fargo” nie jest tak śmiertelnie poważne jak „Detektyw”. Twórcy serialu pożyczyli sobie z filmowego pierwowzoru ogólny schemat historii, czarne poczucie humoru, mroźny klimat i w przeważającej większości nierozgarniętych bohaterów. Ale dodali również coś od siebie, rodzaj metafizycznego niepokoju, którego w pierwszym sezonie dostarczała tajemnicza i niejednoznaczna, miejscami jakby wyjęta zupełnie z innego gatunku postać grana przez Billy’ego Boba Thorntona.

Taki wyróżnik mamy również w najnowszym sezonie, który absurdalno-małomiasteczkowy klimat „Fargo” wnosi na jeszcze wyższy poziom.  Chodzi  mianowicie o jak na razie delikatnie wplatane w fabułę odniesienia do gości z kosmosu, krążących gdzieś nad naszymi głowami w latających spodkach. Przyznam, że to najbardziej intrygujący, w parze z fascynującymi zabawami formalnymi motyw w nowej odsłonie „Fargo”, który z miejsca przynosi narzucające się same z siebie skojarzenia z „X-Files”, ale i klasycznymi antologiami sprzed dziesięcioleci. Sama historia na razie nie jest tak interesująca i dobrze nakreślona jak ta z pierwszego sezonu, bo ileż razy można wałkować ten sam schemat? Plus brak tu wyróżniających, wybijających się ponad stawkę, granych przecież przez niezłych aktorów postaci. Cóż, Martin Freeman i Billy Bob Thornton to jednak klasa sama w sobie. Znowu przypadek podobny jak w „Detektywie”, ale „Fargo” z numerem dwa mimo wszystko radzi sobie lepiej.

Najwięcej wspólnego z przywoływanymi we wstępie tytułami antologii sprzed dekad, ma brytyjski mini serial „Black Mirror”. Tak, można uznać, że mamy w nim do czynienia z antologią jednoodcinkowych opowieści niesamowitych, ale takich na miarę dwudziestego pierwszego wieku, starających się eksplorować naszą niedaleką przyszłość i zagrożenia, które niesie ze sobą cywilizacyjno-naukowy postęp. Wynika z nich, że im więcej narzędzi mających ułatwiać i regulować życie dostanie człowiek do rąk, tym bardziej to życie sobie i innym będzie uprzykrzał. W „Black Mirror” mamy wizje przenikliwe, niebezpieczne i szokujące (choćby pamiętny, pierwszy epizod z premierem Wielkiej Brytanii, który by uratować życie członkini rodziny królewskiej jest zmuszony do dokonania pewnego, przechodzącego wyobrażenie aktu).  Z wszystkich wymienionych tu tytułów mam ten serial za najważniejszy, powinien obejrzeć go każdy inteligentny człowiek. Dodatkowym smaczkiem jest prawdziwie przerażający odcinek specjalny,  wypuszczony przy okazji poczciwych, rodzinnych świąt Bożego Narodzenia. Wspominam też tu o „Black Mirror”, ponieważ platforma Netflix zadeklarowała jakiś czas temu, że będzie kontynuować brytyjską produkcję, na której całość składają się raptem dwa trzyodcinkowe sezony i ów odcinek świąteczny.  A to, jak na tak znakomity serial, stanowczo za mało.

A co w przyszłości? W  2016 roku dwa podobne tytuły. Drugi sezon bardzo dobrego „American Crime”, w którym bardziej niż kryminalna zagadka liczyły się socjologiczno-obyczajowe obserwacje. Ma być nowa historia, ponownie społecznie zaangażowana i co najważniejsze – ci sami aktorzy w nowych rolach. Ciekawe, czy znowu na ekranie będzie królować Felicity Huffman? Natomiast panowie od „AHS” mają współtworzyć „ACS” – czyli „American Crime Story”. Pierwszy sezon ma opowiadać o sprawie O.J. Simpsona,  czyli z pewnością będzie kontrowersyjnie. Można zatem orzec, że przybierające w ostatnich latach nową formę, serialowe antologie radzą sobie całkiem nieźle. To głośne i ważne tytuły, szeroko komentowane, z przewagą zalet nad wadami i po prostu rozszerzonym pojęciem antologii. Chciałoby się jednak powrotu tego, co było kiedyś, jakiejś odnowionej „Strefy Mroku”. I tak naprawdę, jakoś jestem o to spokojny. Mody się zmieniają i czasem stara formuła po długiej nieobecności niespodziewanie powraca, nierzadko okazując się dla nowych widzów, nowych wyznawców fenomenem. Trzeba po prostu być cierpliwym.

 

Medusa Distribuzione
Poprzedni

„The Beyond” czyli życie pozagrobowe

TNT
Następny

Bibliotekarze, Sezon 2 – Gdyby Indy wybrał bibliotekoznawstwo... [recenzja]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz