TEKSTY 

Bruce Springsteen – zwyczajna ikona

Nie handluje swoim wizerunkiem. Nie flirtuje z prasą brukową. Nigdy nie był alkoholikiem i nie demolował pokoi hotelowych. Za to od pond trzydziestu lat ma status ikony popkultury. Bruce Springsteen właśnie wydał kolekcjonerską edycję płyty „The River” i wystąpił w dokumencie HBO „The Ties That Bind”.

Przez godzinę nie robi nic innego, jak siedzi na ławce przed garażem swojego domu i opowiada. Czasami chwyta za gitarę i gra. Czasami z kamerą przenosi się do kuchni. To wszystko. Wydawałoby się, że nie ma nudniejszej formuły dokumentu, niż gadająca głowa. Chyba, że przed kamerą stawia się Bruce’a Springsteena.

Thom Zimny twórca dokumentu „The Ties That Bind” nie mógł wymarzyć sobie lepszego rozmówcy. Pierwsze kilka sekund filmu. Springsteen mruży oczy jakby przenosił się w czasie i po chwili zaczyna mówić – taa… miałem wtedy trzydzieści lat… Tak zaczyna się opowieść o powstawaniu płyty „The River”. Wydany siedemnastego października 1980 roku dwupłytowy album wyniósł Springsteena na szczyt. Co ciekawe, wówczas kiedy był nagrywany, nikt nie myślał o nim w tych kategoriach. Szefowie Sony Music, choć dziś do tego się nie przyznają, przez „The River” zarwali pewnie kilkanaście nocy, martwiąc się o to, kto ich zatrudni, gdy album ujrzy światło dzienne. Bo nagrywanie „The River” było piekłem, którego nic nie zapowiadało.

Rock to radość i zabawa, ale też i ból odrzucenia, samotność, ciężkie życie. Kiedy byłem w stanie zrozumieć ten paradoks, mogłem oddać całe jego piękno.

Po wydaniu w 1978 roku albumu „Darkness On The Edge Of Town” Springsteen wrócił z trasy koncertowej i powoli zabierał się za pracę nad nowymi piosenkami. Jak wspomina w dokumencie – „Darkness…”, który było mroczną podróżą w głąb małomiasteczkowej Ameryki, zamykał pewien etap w twórczości muzyka. Do tej pory opowiadał cudze historie wcielając się w piosenkach w sfrustrowanych Johnnych, Jimmych i Samów. Ten rodzaj narracji przyniósł mu sławę, społeczny szacunek (w końcu śpiewa o życiu, prostych ludziach), a też wyznaczał pewną granicę, która oddzielała jego – Bruce’a Springsteena – od bohaterów piosenek. Springsteen, zaś czuł, że jeśli ma odnieść sukces spektakularny i zdobyć Amerykę, musi dokonać zmiany. Była ona prosta, choć paradoksalnie niebywale skomplikowana w realizacji. Bruce bowiem musiał zatrzeć granicę między sobą, a postacią z piosenki. Nie opisywać świata, przestać go obserwować, a po prostu w nim być. Tak narodziło się „The River”. Pierwszy album Bossa, na którym zaczął śpiewać o sobie. Po latach powie – Większość swojego życia spędziłem mierząc odległość między amerykańskim snem, a amerykańską rzeczywistością. Aby jednak przeprowadzić swoje badania skutecznie, najpierw musiał po szyję w szarości amerykańskiego życia się zanurzyć.

„Hungry Heart” niemal nie weszło na płytę „The River”, bo Boss uważał, że to zbyt ładna piosenka.

Nic więc dziwnego w tym, iż czując w sobie potrzebę zmiany Springsteen zaczął pracować nad nowymi piosenkami w niespotykany dotąd sposób. Najpierw wspólnie ze swoim przyjacielem i gitarzystą Stevenem van Zandtem uznali, że sami wyprodukują „The River”. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie drobny szczegół – ani Steven, ani Bruce nie mieli bladego pojęcia o produkcji. – Wyszliśmy z założenia, że zawsze można kogoś o coś zapytać – śmieje się dziś Springsteen. I faktycznie pytali, a koszt sesji leciał w górę.

Planowany miesiąc sesji nagraniowych zamieniał się powoli w niemal rok, a piosenki wciąż nie były gotowe. – Kiedy wchodziłem do studia nie wiedziałem czego chcę, a potem z upływem czasu, klarowała się we mnie myśl. To ma być dziki, korzenny album. Płyta nie tyle rockowa, co po prostu surowa. – wspominał w wywiadach Boss.

Faktycznie. O ile na swoich wcześniejszych albumach Boss i jego E Street Band, eksperymentowali z brzmieniami, konwencjami i stylistykami, tak „The River” przypomina monolit. Od otwierającego krążek „The Ties That Bind” po zamykające „Wreck on the Highway” ten album to rock’n’rollowa petarda. Springsteen i jego zespół wracają tu mocno do lat 50. rockabilly, czasów kiedy proste rockowe piosenki wyrażały emocje całego pokolenia. – Rock to radość i zabawa, ale też i ból odrzucenia, samotność, ciężkie życie. Kiedy byłem w stanie zrozumieć ten paradoks, mogłem oddać całe jego piękno. – wspomina.

Dobrze, ale na czym miało polegać owo piękno i dlaczego wydawcy mieli zarywać przez Bossa i E Street Band noce? Ano z prostego powodu. Raczej dwóch. Po pierwsze nagranie tego albumu kosztowało milion dolarów! Po drugie Springsteen uznał, że nie można go wydać inaczej jak… podwójny krążek. Dwie płyty – podwójna cena. Milion do odrobienia na dzień dobry. Ta płyta wedle wszelkich badań marketingowych skazana była na porażkę. Sukces – nawet zważając na rosnącą popularność Bossa nie mógł się zdarzyć. I kiedy szefowie Sony mierzyli garnitury do jesionek, album ukazał się i… sprzedał w dziesięciu milionach egzemplarzy. Bruce Springsteen, do tej pory pretendujący do miana amerykańskiego boga rocka, został nim oficjalnie. Cztery lata później wraz z wydaniem „Born in the USA” stanie się bytem wyższym od boga. Ale zanim do tego dojdzie, Boss będzie musiał oswoić się z nowym statusem. Bowiem od wydania „The River” wszystko się zmieni. Wielkość sal koncertowych, rozpoznawalność, status. Wszystko. Poza jednym – Brucem Springsteenem.

W historii amerykańskiej rozrywkowej muzyki trudno znaleźć drugi taki przypadek jak on. Nie dość, że na płytach w zasadzie od początku kariery działa pod prąd trendom, to jeszcze całe życie zachowuje się tak jakby nie był gwiazdą rocka.

Nowa trasa koncertowa i o wiele większe sale – narodziny boga.

Nigdy nie demolował hoteli, nie wdawał się w spektakularne romanse (poza jednym, kiedy rozwodził się z pierwszą żoną, początkującą aktorką, by finalnie pobrać się z obecną Patti Scialfa, która wówczas żadną gwiazdą nie była, a początkującą wokalistką pochodzącą z równie małego miasta jak Boss) nie uzależnił od alkoholu, narkotyków, hazardu, seksu czy czego tam można. Więcej, będąc na samym szczycie, uznał, że mieszkanie w Los Angeles jest nie dla niego i wraz z rodziną, wyprowadził się… do miasteczka z którego pochodzi. Tam ponoć do dziś chodzi do miejscowej siłowni i można spotkać go w parku. Bez ochrony. Po prostu zwykły Bruce.

Jedyne co tak naprawdę dla niego się liczyło to muzyka. Od swojego debiutu, czyli roku 1973 roku bezustannie nad nią pracuje. Wielu biografów podkreśla, iż pracoholizm Springsteena (jego jedyny prawdziwy -izm) wynikał z faktu, że Bruce był prostym chłopakiem z przedmieść. Nie miał wykształcenia, nie ukończył w sumie żadnych ważnych szkół. Cudem skończył liceum, ale na rozdanie świadectw nie poszedł. Mając świadomość braków edukacji Springsteen uczył się po swojemu – w trasie z zespołem, w barach i podczas podróży po Stanach. To wtedy zaczął czytać książki, poznawać poezję i kształcić własny język, który potem sprawi, że będzie pisał jedne z najlepszych tekstów w historii rocka.

Zapewne to właśnie szkoła życia umożliwiła mu płynną transformację z tego, który opowiada w piosenkach o innych, w pierwszoosobowego narratora snującego opowieść o sobie. Nawet jeśli pożyczał historie od innych. To w końcu małżeństwo siostry Bruce’a posłużyło za wzór do opowieści tytułowej na płycie, czyli „The River”. Oto pewien młody chłopak robi dziecko szkolnej miłości. Ich życie miało wyglądać inaczej, ale recesja, ciąża, dom i trwanie… Wszystko, co wydawało się ważne, rozpłynęło się w powietrzu. Ja udaję, że o niczym nie pamiętam, ona udaje, że na niczym jej nie zależy… Ta piosenka boli. Rozrywa serce i rozdrapuje rany. Nic zatem dziwnego, że gdy siostra Bossa usłyszała ją pierwszy raz podczas koncertu, najpierw chciała zapaść się ze wstydu pod ziemię, a potem płakała. Długo płakała.

Nie obraziła się na brata. Nie mogła. Podobnie jak większość Amerykanów poczuła, że ta piosenka pokazuje prawdziwe oblicze Ameryki. Prawdziwe życie, wyśpiewane przez chłopaka, który wygląda i zachowuje się jak przeciętny facet. O nieprzeciętnej wrażliwości i zmyśle obserwacji.

 

Uroboros
Poprzedni

Star Wars - Battlefront: Kompania Zmierzch [patronat]

Albatros
Następny

Zagubieni wśród hiacyntów - sztuka wybaczania [recenzja]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz