TEKSTY 

Charlize Theron – Królowa zmian

Charlize Theron jest obecnie na fali. Rządzi w kinach, gra nietuzinkowe i zróżnicowane role. Zmienia się do niemal każdej – i w każdej ważniejszej zostawia część siebie. Niedawno wystąpiła w „Mrocznym zakątku”, filmie, do którego najprawdopodobniej musiała podejść bardzo osobiście.
Doświadczenie – wszystkie te traumy, upadki i próby podźwignięcia – zbudowało z Theron kobietę, która potrafi zagrać wszystko.

Grana przez nią Libby Day była świadkiem morderstwa całej rodziny. Zeznawała przeciwko bratu podejrzanemu o popełnienie zbrodni i musiała nauczyć się z tym wszystkim żyć. Swoją egzystencję obróciła w biznes, wegetowała na pół gwizdka z dotacji od współczujących ludzi. Dopiero gdy na jej drodze pojawiła się mania rozwiązywania niewyjaśnionych zabójstw, zaczęła odczuwać wolę walki. Theron oddała to wszystko bezbłędnie. Wystarczyło spojrzeć na jej twarz, by ujrzeć ciężar, niepewność i zwątpienie, które bohaterka nosi w sobie każdego dnia. A także powolną przemianę w kobietę biorącą sprawy w swoje ręce. Nie ma w Hollywood drugiej aktorki, która wczułaby się w rolę Libby Day lepiej niż Charlize Theron. Dlaczego? To proste – ona podobną historię przeżyła.

Miała szesnaście lat. Mieszkała z matką i ojcem na farmie w Benoni, w RPA. Nie przelewało im się, a ojciec przyszłej aktorki był alkoholikiem, który wyładowywał życiowe frustracje na rodzinie. Pewnej nocy kiedy znów zaczął katować młodą Charlize i jej matkę, kobieta nie wytrzymała. Sięgnęła po broń i zastrzeliła go. Obyło się bez procesu. Władze w Johanessburgu uznały, że kobieta zabiła męża w obronie – siebie i córki. Charlize mała wówczas dwie drogi ucieczki od traumy. Mogła zacząć pić, albo zrobić coś konstruktywnego. Wybrała balet i kino. Jako nastolatka maniakalnie pochłaniała filmy w pobliskim kinie dla zmotoryzowanych.

Od bezustannego życia w cieniu tragedii uratował ją przypadek. Wysłała zgłoszenie na casting dla modelek. Wygrała roczny konrakt w Milanie, we Włoszech. Wyjechała tam razem z matką. Rok później przeniosły się do Nowego Jorku.  Miała zostać baletnicą, ale złamała nogę. Miała wtedy dziewiętnaście lat. Matka, która nigdy nie zwątpiła w talent córki, kupiła jej bilet w jedną stronę do Los Angeles. – Leć i ich pokonaj. Poleciała. A potem zdarzył się cud.

Była modelka i baletnica stała akurat w kolejce do banku, próbując zrealizować czek z innego stanu. Urzędnik odmówił pomocy, z odsieczą przyszedł dopiero sympatyczny pan stojący za Theron. Wyjaśnił, co powinna zrobić i zostawił wizytówkę. Wizytówkę, która dała nam aktorkę. Sympatyczny pan nazywał się bowiem John Crosby. Był agentem z Hollywood. Nawet on zapewne nie wiedział, że właśnie odkrył talent.

Doświadczenie – wszystkie te traumy, upadki i próby podźwignięcia – zbudowało z Theron kobietę, która potrafi zagrać wszystko. Na potrzeby roli przeistoczy się nie do poznania – choćby w potwora. Nim jednak dano jej zabłysnąć musiała przebrnąć przez trudne początki. Najpierw zagrała pozbawioną kwestii mówionych czcicielkę złego w „Dzieciach kukurydzy III”. To tam w tłumie statystów wypatrzył ją ceniony producent i scenarzysta John Hertzfeld, który właśnie przymierzał się do kinowego filmu – „Dwóch dni z życia doliny”. Nikomu nie znana Theron nagle trafiła między ówczesne gwiazdy z Jamesem Spaderem i Dannym Aiello na czele.

Jej rola nie była zbyt skomplikowana i jak łatwo się domyślić – opierała się głównie na zjawiskowej urodzie młodej aktorki. Od tamtej pory była obsadzana w rolach typowych kobiet-ozdób. Do ratowania, zdobywania i patrzenia. To na pewno nie było spełnienie marzeń, ale nie ma tego złego. Dzięki „Dwóm dniom w dolinie” uniknęła fatalnego występu w „Showgirls”, który najprawdopodobniej pogrzebałby jej karierę (brała udział w castingu do filmu Verhoevena).

 

Trampoliną, dzięki której Theron wyskoczyła z tej szufladki, okazał się występ w „Adwokacie Diabła” jako Mary Ann Lomax, przykładna partnerka obiecującego prawnika (Keanu Reeves), którą przytłaczająca sytuacja obraca w strzęp człowieka. Zarówno psychicznie – jak i fizycznie. Na potrzeby roli dała się sukcesywnie oszpecać, co w połączeniu z postępującym lękiem, histerią i szaleństwem postaci dawało piorunujący efekt. „Adwokat…” okazał się jednym z największych hitów 1997 roku (160 milionów przychodu) i otworzył drzwi Theron do prawdziwej kariery. W ciągu następnych trzech lat wystąpiła u boku Johnnyego Deppa („Żona astronauty”), Bena Afflecka („Uwikłany”), Roberta DeNiro („Siła i honor”) a nawet samego sir Michaela Caina w Oscarowym „Wbrew regułom”. W przypadku tego filmu pierwszy raz zaczęto mówić o Theron jako oscarowej kandydatce.  I tak miało być przez najbliższe kilka lat. Theron wbijała się na szczyt.

Nie rozmieniła przy tym sukcesu na drobne. Szła pod prąd, nie wybierała łatwych rozwiązań. Posyłała do kosza lukratywne propozycje udziału w super-produkcjach. Odmówiła na przykład występu u króla pirotechnicznego porno, Michaela Baya – w kasowym „Pearl Harbour”. Zamiast blockbustera wybrała dramat, „Sweet November”, w którym znów grała z Keanu Reevesem. Na przekór trendom, na przekór faktowi, że to remake, na przekór krytykom – film Pata O’Connora odniósł spory sukces i przyniósł przyzwoite zyski. Co ciekawe – droga, jaką przebyła i wybory, których dokonywała przywodzą na myśl inną damę Hollywood – Michelle Pffeiffer. Obie panie zaczynały jako modelki, obie zawróciły z tej drogi w porę, by zbudować karierę na nietuzinkowych rolach. Obie też wymknęły się z szuflady, w którą próbowano je wrzucić.

W końcu nadszedł rok 2003. Theron uznawana za symbol seksu i najpiękniejszą nową aktorkę w Hollywood wciela się w postać morderczyni Aileen Wuornos w biograficznym „Monster”. Na potrzeby filmu Patty Jenkins Theron przeobraziła się całkowicie. Przybrała na wadze. Weszła w historię, którą napisało życie. Oddała bezbłędnie swój pierwowzór, prostytutkę skazaną na śmierć za seryjne morderstwo. Chodziła jak potwór Frankensteina, pozszywany ze strzępów ludzkich emocji. Budziła współczucie wizerunkiem zniszczonej, odartej z marzeń, naiwnej i odrzuconej kobiety, której pozostały już tylko pobocze drogi i ludzie-wraki zgłaszający się po płatną miłość na przednim siedzeniu sedana. Przerażała, gdy w oczach Aileen budziło się szaleństwo, gdy zza prostackich manier wychodziła agresja, gniew i desperacja. Jednocześnie potrafiła wydobyć mnóstwo ciepła wobec partnerki, którą uwiodła. Występ w „Monster” był zwycięstwem absolutnym. Rola Aileen przyniosła Theron statuetkę Oscara za najlepszą rolę kobiecą.

Niestety, sukces miał swoją cenę. W życie aktorki z butami wkroczył szwadron paparazzich. Polowali na każdy ruch gwiazdy z aparatami w garści. Choć ona sama starała się nie dostarczać plotkarskim pismom i portalom treści. Przez dziewięć lat była związana z irlandzkim aktorem Stuartem Towsendem. Jako Afrykanka wspierała organizacje pomagające walczyć z plagą HIV i AIDS na kontynencie. Wspierała małżeństwa tej samej płci i organizacje nawołujące do ochrony praw zwierząt. Dobra i wrażliwa córka swojej doświadczonej przez życie matki. Ponieważ nie mogła mieć dzieci, adoptowała dwójkę. Paparazzi prześcigali się w zdobyciu ich zdjęć. W 2014 roku artystka udzieliła wywiadu dla Britain’s Sky News, gdzie porównała zachowanie paparazzich do gwałtu.
Po sukcesie „Monster” trochę zwolniła, ale wciąż błyszczała w kolejnych rolach – czy to jako Żona w „Drodze” czy na planie „W Dolinie Elah”. Próbowała swoich sił w wysokobudżetowej fantastyce, ale „Aeon Flux” okazało się wielkią klapą. Lepiej w kinach poradziła sobie  utrzymana w konwencji fantasy „Królewna Śnieżka i Łowca”. To dzięki Charlize Zła Królowa zyskała ludzką twarz, a jej dramat odpowiednio wybrzmiewał między wierszami. Theron odnalazła się nawet w „Prometeuszu”. Znowu zagrała zimną przywódczynię, władczą damę  skrywającą sekret. Pokazała jednak, że nawet taka korpo-bestia zdolna jest do ludzkich uczuć. Musimy tylko wybaczyć jej postaci, że nie potrafi uskoczyć w bok.

Dziś okres słabszych filmów – bo nie spadku formy przecież – ma najwyraźniej za sobą. Świadczy o tym choćby „Mroczny zakątek”, czy  „Mad Max: Fury Road” George’a Millera. Wystąpiła tam jako Furiosa i szturmem podbiła serca widzów. Rola była na tyle wyrazista, że wielu chciałoby zobaczyć ją w osobnym filmie. Odgrywała pierwsze skrzypce na równi z Maxem, choć ze względu na wyrazistość postaci – mogło się wydawać, że kradnie większość scen. Dokonała trudnej sztuki, przekonująco łącząc w jednej roli nieugiętą wojowniczkę i empatyczną, momentami troskliwą opiekunkę grupy.  Na tyle, na ile pozwala świat, który tworzy tak pokręconych ludzi jak Max. Przy tym, znowu była to kobieta okaleczona, z trudną przeszłością. Theron wypadła bardzo ludzko, jak na tak przerysowany obraz. Nie dała się przy tym zagłuszyć rykom potężnych V8 ani na chwilę.

Idzie pod prąd.  Jest zaangażowana w każdą nową rolę i potrafi przeobrazić się jak kameleon, byle tylko wypaść w filmie jak najlepiej. Dobiera bardzo zróżnicowane propozycje. Potrafi grać mocno, intensywnie, ale i subtelnie, na delikatnych niedopowiedzeniach. Wiedziała, kiedy zmienić swoje życie, na przekór strasznym początkom. Przebyła długą i krętą drogę. Potrafiła przekuć traumy w doświadczenie, które pozwoliło jej pogłębić, wzmocnić grę aktorską – czy to w „Monster” czy w „Mrocznym zakątku”.  Tak rodzą się królowe.

Caliber Media Company
Poprzedni

Bone Tomahawk – diabeł tkwi w szczegółach [recenzja] [film] [western] [horror]

IFC Midnight
Następny

Backcountry - polowanie na człowieka [recenzja]

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który raz nie może usiedzieć w miejscu, a kiedy indziej zaszywa się w swojej pieczarze. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wyżywanie się na macie, jak i wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, a czasem nawet i w otchłań studiów. Opublikował parę tekstów tu i tam, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych. Od 2014 regularnie publikuje w Dzikiej Bandzie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz