TEKSTY 

Christopher Lee: śmierć księcia ciemności

Są takie teksty, których napisanie po prostu nie idzie – i już. Wczoraj zmarł Christopher Lee. Ikona kina, miał 93 lata. Wydawało mi się, że napisanie pożegnalnej sylwetki będzie proste. Nic bardziej mylnego.

Jeśli czegoś żałuję po moim odejściu z „Newsweeka” to przede wszystkim poczty email. Gdzieś tam w odmętach działu IT Ringer Axel Springer zaginęły listy odmowne, które otrzymywałem zwracając się z prośbą o wywiady. Jako, że jestem chłopcem wychowanym na filmie „Dracula – Książę Ciemności” Christopher Lee był od lat na szczycie mojej listy marzeń. Od zawsze.

Pierwsze podejście zrobiłem bodaj w 2006 roku. W Polsce do kin wchodził „Jan Paweł II”. Hrabia Dracula, zagrał w nim… Stefana Wyszyńskiego. Kardynała. Przewrotność losu aktora. Człowiek, który na świecie znany jest z ról doskonałych złych, gra polskiego niemal świętego. To miało być pierwsze pytanie jakie mu zadam. Poza nim miałem jakieś trzydzieści innych na liście. Przychodzi email od agenta. Cytuję z pamięci. „Szanowny panie. Jest nam niezmiernie miło, że „Newsweek” docenia popisową rolę Christophera, w tym doskonałym filmie. Niemiej jednak nie ma on czasu i jesteśmy zmuszeni odmówić.”

Bolało? Jak diabli. Ale też i ubawiło. Lee bowiem był człowiekiem wielkiej klasy, ale też i wielkiego dystansu do siebie i ról które grał. Kiedyś zapytany o najgorsze role odparł. – W złym filmie zdarza zagrać się każdemu. Nie mniej jednak aby mieć czyste sumienie warto nawet w złym filmie zagrać dobrze. Kiedy przeczytałem ten cytat, zrozumiałem czym była owa popisowa rola w doskonałym filmie.


Kolejna odpowiedź odmowna oczywiście była mniej wylewna. „NO”. A potem było dopisane coś o tym, że pan Lee nie przepada za rozmowami przez telefon. Wtedy jednak prawie się udało. Na DVD wychodziła wersja rozszerzona „Władcy…”, w której rola Sarumana została nareszcie wydłużona, po tym jak wylądowała na podłodze w montażowni. Producent zapewniał, że się uda. W końcu przywrócono w nim scenę podczas, której Lee udzielił Jacksonowi małej lekcji pokory. Kiedy reżyser długo tłumaczył mu jak ma zachowywać się gdy jego bohater zostanie pchnięty nożem w plecy, Lee ze stoickim spokojem odrzekł – Wiesz jakie odgłosy wydaje z siebie człowiek pchnięty nożem w plecy? Bo ja wiem. Nie kłamał. Był weteranem drugiej wojny. Ale był też zbyt dystyngowanym dżentelmenem by powiedzieć Jacksonowi, że bredzi jak potłuczony.

Śmierć Lee to nie tylko śmierć gwiazdy. To koniec pewnej epoki w kinie. Odszedł bowiem ostatni czynny zawodowo gwiazdor, dżentelmen i człowiek z innej epoki. Takiej, w której dystans do siebie był czymś naturalnym, a w parze z nim szło poczucie humoru. Owszem kilku wielkich jeszcze żyje (Kirk Douglas, George Kennedy), ale oni już dawno temu wycofali się z życia publicznego. A Lee z pogodą ducha godną dwudziestolatka cały czas bawił się i płatał figle showbiznesowi. A to nagrywał album heavy-metalowy, a to snuł w wywiadach opowieści o tym, że starzenie się ma sens, w końcu się kurczy i może przestać kupować ubrania szyte na miarę. – W końcu ze 196 centymetrów, zszedłem do przyzwoitych 193.

Trzeci raz odmówił mi gdy poprosiłem o wywiad w chwili gdy reaktywowało się studio Hammer. Wylądowałem z tej okazji w Londynie u boku Simona Oakesa – prezesa Hammer Studios. Mimo, że otrzymałem mailową odmowę, próbowałem nakłonić Lee do wywiadu przez Oakesa. Tylko pokręcił głową. Jak powiedział nie, to nie zmieni zdania. Ten typ tak ma.

W Hammer Studios zaczęła się wielka kariera Lee, ale już wtedy dawał się producentom we znaki. Przez lata zastanawiałem się kto wpadł na ten genialny pomysł, aby Dracula w wykonaniu Lee był małomówny i generalnie uwodził swoje ofiary (czytaj kobiety) charyzmą. No cóż. Nikt. Albo inaczej – Christopher Lee. Po latach wyznał on, że Dracula w „Księciu ciemności” nic nie mówił, bo dialogi składały się z tak koszmarnie nie pasujących do siebie słów, że wstyd było je drukować na kartce a co dopiero mówić. I odmówił… Tak narodziła się legenda.

Kiedy Hammer po latach nieobecności wracał na rynek, Oakes zaproponował Lee rolę w filmie, ale nie mówił pod jakim logo zostanie on wyprodukowany. Był to dreszczowiec „Rezydent”. Podobno dopiero w trakcie zdjęć, Lee dowiedział się, że to film Hammera. Gdy zobaczył logo rozpłakał się jak bóbr.

Hammer był nie tylko jego odskocznią do kariery. A przede wszystkim miejscem w którym pracował wspólnie ze swoim najlepszym przyjacielem Peterem Cushingiem. Zagrali wspólnie w ponad czterdziestu filmach i mówiono o nich, iż byli Flipem i Flapem kina grozy. Ale przede wszystkim byli nierozłączni i doskonale się uzupełniali. Kiedy Cushing zmarł, Lee powiedział. – Tego dnia umarła część mnie. Teraz gdzieś tam w zaświatach, jeśli istnieją, pewnie przymierzają się do niebiańskiej wersji Draculi, pijąc przy tym ciemne piwo i opowiadając sprośne żarty.  Po śmierci Cushinga był moment kiedy Lee chciał się wycofać z aktorstwa. Ale wrócił. Lubił to, co robił. I robił to dobrze. W hołdzie dla przyjaciela po latach przyjął rolę w „Gwiezdnych Wojnach: Atak klonów” i „Zemście Sithów”.

Co jeszcze? Wcielił się w jednego z najlepszych bondowskich czarnych charakterów czyli Scaramangę, pojawił w genialnym horrorze „Wicker Man”, kolegował z Timem Burtonem i występował w wielu jego filmach. Zagrał nawet Ramzesa w filmie o Mojżeszu. Trudno by wymieniać – pojawił się w blisko 300 filmach. W najnowszych zazwyczaj ukrywał wiek pod charakteryzacją, albo ubraniami. Bardzo rzadko robił wyjątek i pokazywał swoje starcze ciało.

W zasadzie tylko raz chyba. Właśnie w hammerowskim filmie. Jest w nim taka mała scenka, kiedy grany przez Lee bohater budzi się i powoli podnosi z łóżka. Aktor nie musiał udawać problemów z podniesieniem się. To widać. Podobnie jak widać wiek na jego skórze i nagich nogach. Ten jeden raz Lee zrzucił maskę i pokazał siebie. Starca. Zrobił to w swoim domu. Hammer Studios. Bo jeśli umierać to w spokoju i otoczeniu przyjaciół.

Warner Bros
Poprzedni

„Akademia policyjna”, czyli nic śmiesznego

daniel tyka db
Następny

Daniel Tyka - cyfrowe malarstwo science fiction [galeria]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz