TEKSTY 

Czwarty sezon „House of Cards”, czyli czego pragnie Claire Underwood?

Po roku oczekiwania i powszechnie uznawanym za słabszy trzecim sezonie, „House of Cards” wraca z ciekawszą i lepiej skonstruowaną fabułą, w większym stopniu skoncentrowaną na postaci pierwszej damy USA.
Trzeba przyznać, że scenarzyści w czwartym sezonie mocno się postarali i w dużym stopniu udało im się przywrócić gęsty klimat i wciągającą fabułę z dwóch pierwszych. Nowa odsłona podzielona jest na trzy, widoczne akty, które prowadzą nas do ostatniej, genialnej i wywołującej ciarki na plecach sceny.

„Claire” było ostatnim słowem jakie padło w finale trzeciego sezonu, niczym zapowiedź tego, na kogo będzie skierowana uwaga scenarzystów w kolejnej odsłonie serialu. Finałowy odcinek sprzed roku zaprezentował szereg napięć między prezydencką parą, które zakończyły się deklaracją Claire o zostawieniu męża i to w samym środku kampanii. Trzeci sezon przyniósł również porcję gorzkich potknięć w polityce urzędującego na najwyższym stanowisku Franka Underwooda. Ostateczny cel, który bohater starał się osiągnąć makiawelicznymi sposobami w dwóch pierwszych sezonach, w chwili kiedy już został zrealizowany,  momentami zaczął go przerastać. Być może stąd wrażenie odbiorców, że nie wszystko w trzecim sezonie działało jak trzeba – wrażenie będące odzwierciedleniem trudnych rządów Franka Underwooda i rzeczywistości, która nieustanie rzuca mu pod nogi polityczne, czy za sprawą Claire – emocjonalne kłody. Wskutek tego główny bohater znajduje się w sytuacji, w której wcześniej raczej go nie widzieliśmy. Ale przecież dobrze wiemy, że Underwood potrafi skutecznie radzić sobie nawet z najcięższymi problemami. Pytanie – czy tak naprawdę dalej chcemy jego zmagania oglądać? Czy po prostu formuła serialu już się w pewien sposób nie wyczerpała?

Trzeba przyznać, że scenarzyści w czwartym sezonie mocno się postarali i w dużym stopniu udało im się przywrócić gęsty klimat i wciągającą fabułę z dwóch pierwszych. Nowa odsłona podzielona jest na trzy, widoczne akty, które prowadzą nas do ostatniej, genialnej i wywołującej ciarki na plecach sceny, w której małżeństwo Underwoodów wspólnie, a nie jak wcześniej jedynie w wykonaniu Franka, burzy czwartą ścianę nawiązując kontakt z odbiorcą. Tym razem ostatnim słowem padającym w serialu jest „terror” i jasno zapowiada ono, czego możemy spodziewać się w piątej odsłonie, na którą niestety trzeba będzie czekać ponownie cały, długi rok. Piszę „niestety”, ponieważ twórcy zakończyli sezon w najciekawszym chyba momencie fabuły, do którego prowadziły trzy, wspomniane powyżej, budujące podwaliny pod końcowe, emocjonujące wydarzenia akty.

Zaczyna się ciekawie, od znaczącej sceny. Powraca w niej w osobie dziennikarza Lucasa Goodwina bohater przez jakiś czas nieobecny i wydawałoby się już zapomniany, kiedyś związany z zamordowaną przez Underwooda Zoe Barnes. Goodwin to jedna z najważniejszych ofiar Franka, odbywająca w więzieniu karę za niepopełnione winy – w tym właśnie miejscu rozgrywa się  pierwsza scena serialu. Do Goodwina nagle uśmiecha się los. W zamian za wyciągniecie od partnera z celi obciążających zeznań zostaje uwolniony z więzienia i objęty programem ochrony świadków. Były dziennikarz nie wytrzymuje i zamiast pozostawać w ukryciu, decyduje się na ponowne otwarcie śledztwa w sprawie Underwooda, tyle że tym razem przeprowadzanego w prawdziwie desperacki sposób. Jego działania będą miały olbrzymie konsekwencje nie tylko dla prezydenckiego małżeństwa, ale i dla  najważniejszych graczy w wyścigu o Biały Dom.

Równolegle z historią Goodwina rozgrywa się wątek szukającej okazji do odegrania ważniejszej roli w polityce kraju, nie mniej ambitnej od męża, Claire Underwood. Wydawałoby się, że po traumatycznym przeżyciu w Rosji, bohaterka jest w stanie przejść jakąś wyjątkową, wewnętrzną przemianę i obserwując przez pewien czas jej zachowanie, widz odnosi nawet takie wrażenie. Po raz pierwszy na ekranie widzimy kogoś z bliskiej rodziny pierwszej damy, a mianowicie, jej jak się później okazuje, chorą na raka matkę (znakomita i znacząca rola Ellen Burstyn). Obie panie nie widziały się od lat, nie darzą szczególną sympatią, także z tego względu, że matka wręcz nie znosi (i jest w stanie się z tym obnosić) małżonka Claire. Te kolejne informacje na temat faktów z przeszłości pierwszej damy oraz  wydarzenia, w które angażuje się bohaterka wciąż jednak nie oddają wszystkich niuansów jej osobowości. W  duszy małżonki Franka Underwooda- to zresztą widoczne było od pierwszego sezonu – kobieca wrażliwość walczy (i niemal każdorazowo przegrywa) z niezaspokojoną ambicją. Bowiem czego tak naprawdę pragnie Claire Underwood?

To wielce zasadne pytanie na tym etapie serialu, ponieważ wydaje się, że z kolei całą prawdę o duszy i pragnieniach Franka Underwooda zdążyliśmy już poznać. Natomiast to, co dzieje się w skomplikowanym wnętrzu pierwszej damy wciąż nie zostało do końca ujawnione. To postać pomyślana wręcz z szekspirowskim sznytem, po mistrzowsku – także w warstwie wizualnej. Chłodna, ukrywająca emocje (a także umiejętnie je wygrywająca), dystyngowana, nieprzystępna blondynka. Robin Wright czasem jednym spojrzeniem potrafi oddać całą gamę skrywanych zazwyczaj uczuć (scena z hulającym po Białym Domu dzieckiem republikańskiego kandydata!) i jest znacznie bardziej zagadkowa, niż jej przerażający, psychopatyczny mąż (o tak, Kevin Spacey ma w tym sezonie kilka scen niczym z prawdziwego horroru, szczególnie kiedy musi przejść do użycia ostatecznych środków, co w jego przypadku równa się niepohamowanemu przekroczeniu konwersacyjnych granic). Natomiast o Claire wciąż jeszcze jesteśmy w stanie chwilami myśleć, jak o nie do końca zepsutej, tkwiącej w niewoli toksycznego związku i politycznego uwikłania kobiecie. Czy to jednak właściwe wrażenie? Czy to naprawdę toksyczny, wampiryczny związek (a tak, mamy nawet w nowym sezonie scenę, w której Frank zostaje nazwany wampirem)? Twórcy nie dają łatwych odpowiedzi na krążące w głowach odbiorców wątpliwości i tak naprawdę świadomie manipulują sympatiami widza. Dzięki ich zabiegom wizerunek bohaterki wciąż nie przekracza granicy, którą już dawno przekroczył wizerunek jej męża. O tak, przecież najprościej  byłoby uznać, że to również pełną gębą psychopatka, tyle że nadal wydaje nam się, że wciąż tli się w niej iskierka prawdziwego człowieczeństwa i potrzeba zwykłego, ludzkiego ciepła. Uczuć tych pierwsza dama z jakichś zadawnionych, ukrytych głęboko w sobie powodów nie okazuje, ani nie ujawnia. Czy to dobry trop?  Czy raczej błądzimy i  na pytanie czego pragnie Claire Underwood, należy śmiało odpowiedzieć – bo może do tego jedynie sprowadzają się  ambicje bohaterki  –  żeby wszystko układało się po jej myśli?

Faktem jest, że bardziej niż polityczne, w nowym sezonie mocniej angażują odbiorców tego rodzaju emocjonalne wątki. Z tych politycznych najciekawiej wypada, szczególnie w trzecim akcie opowieści, postać Willa Conwaya, prowadzącego w sondażach republikańskiego kandydata na prezydenta w bardzo dobrym wykonaniu przystojnego Joela Kinnamana. Dobrze, że scenarzyści nie pokusili się w tym przypadku o nakreślenie kontrastującej z Underwoodem figury szlachetnego polityka (to zadanie wypełniła konkurująca z Underwoodem o demokratyczną nominację Helen Dunbar), tylko stworzyli portret młodego, acz już świetnie znającego bezwzględne reguły politycznej gry wilka. Scena, w której dwóch opozycyjnych kandydatów spotyka się prywatnie, by rzekomo omówić ważkie dla bezpieczeństwa kraju i świata sprawy winna przejść do filmowych annałów – panowie zamiast zajmować się nie cierpiącymi zwłoki zagadnieniami najpierw zwyczajnie się przekomarzają, a potem grają sobie w gierkę na telefonie. W ogóle polityka służy tu, jak zresztą wcześniej w tym serialu, do osobistych rozgrywek, a stopień poszczególnych, politycznych  manipulacji może ponownie przyprawić widza o zawrót głowy. Momentami twórcy zahaczają o aktualne, znane nam z naszej rzeczywistości zagadnienia, jak kwestia ustawy o dostępie Amerykanów do broni, czy zagrożenia ze strony ISIS (tu jako ICO) dla światowego ładu, ale to wszystko dlatego, żeby fabuła miała ręce i nogi, żeby w jakiś sposób nawiązywała do prawdziwych wydarzeń, żeby coś się działo i widz pozostawał zainteresowany. Ważniejszy bowiem jest tu ów emocjonalny obraz poszczególnych bohaterów, a ważniejszy dlatego, bo umożliwiający w tym cynicznym z ducha serialu polemikę jego twórców z oczekiwaniami widzów, przyzwyczajonymi i ostatecznie przychylającymi się ku pocieszycielskim rozwiązaniom.

Rzecz jasna, z tym przyzwyczajeniami widzów w dobie serialowych antybohaterów wcale już nie jest tak prosto. Był Dexter, był doktor House, byli jeszcze inni, ale twórcy tych dzieł ostatecznie uciekali przed końcowymi konsekwencjami prowadzenia swych postaci. Widz zawsze dostawał w finale światełko w tunelu. W przypadku Underwoodów takim światełkiem, moralnym zadośćuczynieniem dla odbiorcy, miałby być zapewne ich przewidywany, końcowy upadek. Czy na to właśnie czekają niektórzy z nas? Owszem, upadek Franka Underwooda zapewne usatysfakcjonował by wielu, choć niespodziewana wolta twórców w czwartym odcinku serialu, zapowiadająca intrygujący, drugi akt, potrafiła wykrzesać dla tej postaci nawet odrobinę współczucia u odbiorcy.  Ale czy upadek Claire bądź podobnego jej postaci, niejednoznacznego, walczącego ze swoimi demonami i wyrzutami sumienia za straszne, popełnione czyny (a może po prostu chorego psychicznie) Douga Stampera, również by nas satysfakcjonował?

Wszystko sprowadza się do zadanego wcześniej pytania – czego pragnie Claire Underwood? Powraca w tym sezonie postać pisarza Toma Yatesa – dzięki niemu może wydawać nam się, że Claire pragnie także od kogoś innego bliskości i zrozumienia. Bliskość? Ok. Ale zrozumienie? Zrozumienie właściwie  czego? Kim jest ta kobieta w głębi duszy i jakie są jej prawdziwe pragnienia? Wydaje nam się, że doskonale wiemy – władza, pieniądze, stanowisko, poważanie przez męża i resztę świata. Tylko, że to wciąż za mało. I dla widza i dla niej. A także, no dobrze, niech będzie – dla jej męża. Oboje, ponownie zjednoczeni po małżeńskim kryzysie,  wpatrują się w nasze oczy w ostatniej scenie ostatniego odcinka, składając jednoznaczną, cyniczną deklarację.  Zapewne czegoś w zamian oczekują. Akceptacji, przyklaśnięcia, czy też naszego uzasadnionego, moralnego oburzenia? Przez to, że są tak fascynujący, dostają i to, i to. A dostają dlatego, że ich pragnienie jest tak naprawdę nie do ogarnięcia, wręcz irracjonalne. Tym pragnieniem jest, żeby za każdym razem była jakaś przeszkoda do pokonania, bądź granica do przekroczenia i żeby nie było temu końca – do tego stopnia, że pewnie zacieraliby ręce z radości nawet wówczas, gdyby przed Białym Domem wyładowali wrogo nastawieni, dysponujący przeważającymi siłami kosmici. Dlatego z taką łatwością potrafią nie tyle manipulować i krzywdzić innych, co gdy tylko wymaga tego od nich dwojga sytuacja – rzucić się w przepaść. Czy za każdym razem są przekonani, że tam na dole czeka ich bezpieczne lądowanie? Czy też, kto wie, może w skrytości ducha pragną po części czegoś jeszcze – poprzedzonego szaleńczym,  nieosiągalnych dla innych lotem, spektakularnego upadku. Ech, brzmi ładnie, brzmi dobrze, brzmi właściwie. Takie już są te pocieszycielskie rozwiązania.

Uroboros
Poprzedni

Star Wars - Battlefront: Kompania Zmierzch - niezłe military s-f [recenzja]

Roadrunner Records
Następny

Incarnate - Killswitch Engage jak wino [recenzja]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz