TEKSTY 

David Bowie – małe cuda i trudne pożegnania

Był rok 1997. Zdawałem maturę. W ramach prezentu który sam sobie sprawiłem, kupiłem bilety na trzy koncerty. Pierwszy: Nick Cave w Kongresowej. Drugi Smashing Pumpkins w Katowicach. Trzeci David Bowie w Trójmieście. Plan udało się wypełnić niemal do końca. David Bowie odwołał koncert w Polsce. Mimo iż miał występować z okazji bodaj 1000-lecia Gdańska, nie udało się sprzedać biletów.

Zawsze chciałem zobaczyć na żywo Bowiego. Ten bilet do Gdańska wciąż gdzieś leży w domu rodziców. Nigdy go nie odesłałem. Na strychu, pośród szpargałów pamiętających o tym kim kiedyś chciałem być, śpi sobie spokojnie. Obok innych niespełnionych marzeń. Zawsze chciałem zobaczyć Bowiego na żywo i już nie zobaczę.

Kiedy miałem te osiemnaście lat katowałem dwie płyty. „Outside” i „Earthling”. Bowie powrócił wówczas po latach banicji (czytaj romansowania z popem) do muzyki wywrotowej i niedającej się łatwo sklasyfikować. Pamiętam jak koledzy zbywali oba albumy wzruszeniem ramion. Że to niby skok na kasę. Że Bowie podpina się pod to co popularne, bo zawsze wiedział, gdzie leżą konfitury. Może wiedział. Może się podpinał. Ale tylko on potrafił wsłuchiwać się w nową muzykę ze zrozumieniem. Jego głowa pracowała w jakiś niepojęty dla przeciętnego śmiertelnika sposób. Przetwarzała dane i wyciągała z nich nową jakość. Tak było zawsze. Tak robił z tanecznym disco, kolorowym glam rockiem, folkiem, jazz-rockiem.

Kiedyś popularna była teoria, że człowiek wykorzystuje tylko 10 procent możliwości mózgu. Naukowcy ją obalili, wyśmiali. Ale jakoś myśląc o Bowiem mam wrażenie, że należał on do nielicznej grupy ludzi, których mózgi funkcjonują w jakiś niebywały sposób. Sposób nam – szaraczkom – niedostępny.

Chciałbym wzbić się na wyżyny wylewania z siebie słów, ale jakoś nie potrafię. Jest taka grafika, którą można znaleźć w sieci. Dynamiczny GIF, który pokazuje wszystkie oblicza Bowiego. Teraz mój mózg działa trochę jak ten GIF. Atakuje milionem wspomnień. Mam dziesięć lat i słucham „Let’s Dance”, bo w roku 1988 u dziadków mieszkał brat mamy, który miał kasety z popowymi piosenkami Bowiego. Pamiętam poranek roku 2001. Wracamy po mojej szalonej imprezie imieninowej z Marcinem Sendeckim. Zapomniał wtedy kupić pieluch. Jedziemy do „Przekroju” choć powinniśmy jechać do domów. Nucimy „Space Oddity”, bo cała noc na Bemowie upłynęła nam pod znakiem Bowiego. Pamiętam skoncentrowanego na końcówce palącego się papierosa Andrzeja Sosnowskiego, kiedy nad naszymi głowami latają komary, a my siedzimy w żeglarskiej tawernie na Helu. Pani puściła nam Bowiego. Pamiętam noce w pubie „Emerald” na Alejach Jerozolimskich. Długie posiedzenia w rytm składanki The Best Of, którą włączał bezustannie Marcin. Pamiętam radość jaka mnie wypełniła, kiedy ukazała się edycja kolekcjonerska „Station to Station” – mojej po latach ukochanej płyty Bowiego.  Pamiętam zazdrość. Bo zawsze zazdrościłem Filipowi Łobodzińskiemu, że zrobił z NIM wywiad. I pamiętam ile razy mnie odmawiał. Pamiętam tę informację o zawale. Pierwsze ukłucie pod sercem. Pierwszy raz zacząłem myśleć – możesz go nie zobaczyć na żywo. Pamiętam sprzed kilku dni euforię jaka przepływała przez moje serce, gdy słuchałem „Blackstar”. Pomyślałem. Może pojedzie w miasto. Może się uda. Choć gdzieś w tyle głowy miałem wrażenie, że z tą płytą jest coś nie tak. Że brzmi jak pożegnanie. A może to tylko taka moja paranoja. Żyję w zbyt dużym napięciu. Wszędzie widzę śmierć. Teraz muszę zmienić puentę. Pamiętam jak będąc młodym gniewnym dwudziestolatkiem uważałem, że „Człowiek, który spadł na Ziemię” to najlepszy film świata. Wciąż uważam, że w dwudziestce się łapie. Pamiętam irytację jak pierwszy raz oglądałem „Zagadkę nieśmiertelności” i okazało się, że Bowie umiera na samym początku. Pamiętam jak w autobusie jadąc do liceum kłóciłem się z kolegą, który uważał, że Bowie nie robi niczego, czego Robert Fripp by już nie zrobił.

David Bowie towarzyszył mi całe życie. Podobnie jak Dylan i Cave. Kiedy o nim myślałem, myślałem w kategoriach – jest. Może zaatakujmy go wywiadem. Może coś… A teraz?  Ja wiem, że to tylko śmierć muzyka. Że wobec wieczności nie znaczy zbyt wiele. Ale śmierć Bowiego to dla mnie taka mała śmierć niespełnionych marzeń. Koniec pewnego okresu w życiu. Nie wierzę w bajki o kosmitach. W lepsze jutro i kosmos. Po prostu nie. Koniec to koniec. Ciało nie oddycha i już. I co dalej? Nic. Życie.

Pamiętam też dowcip jaki Bowie zrobił w 1998 roku światu. Nabzdyczonemu światu sztuki. Ten dowcip uwielbiam i teraz go przypomnę. Rzecz miała miejsce w Nowym Jorku. William Boyd (pisarz) wydał książkę biograficzną poświęconą postaci Nata Tate’a, malarza abstrakcjonisty, który żył między 1928 a 1960 rokiem. W promocję tytułu zaangażował się całym sercem Bowie, który zorganizował wielką imprezę jej poświęconą. Tate miał być geniuszem, który popełnił samobójstwo, ale wcześniej spalił wszystkie swoje obrazy. Na imprezę przyszli wszyscy wielcy. Dysputom i peanom na temat Tate’a nie było końca. Na koniec okazało się zaś… że Bowie z Boydem (i Gore Vidalem) postać Tate’a wymyślili. Chcieli zobaczyć jak środowisko artystyczne zjada bzdurę. Jak syci się własną próżnością, jak przyznaje do znajomości z kimś kto nie istniał. Udało się. David Bowie miał niebywałe i wspaniałe nie tylko poczucie humoru, ale i dystans do sztuki. Chciałbym żeby informacja o jego śmieci była żartem. Makabryczną grą ze światem. Chciałbym kiedyś spełnić marzenie z 1997 roku i pójść na jego koncert. Ale nie pójdę. Myślę o tym, żeby rzucić palenie.

Egmont
Poprzedni

Batman: Azyl Arkham - Zygmunt Freud spotyka Lewisa Carrolla [recenzja]

nagóręobrazek
Następny

Reklamy znanych reżyserów

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz