TEKSTY 

Drużyna A – w pułapce własnego kultu

Niedawno internet obiegła informacja, która zelektryzowała fanów. Wszystkie portale piszące o filmach czy serialach przyłączyły się do chóru zachwytów. „A-Team” powraca! Znowu!… Tak jakby!… Wzorem nowych „Ghostbusters”, z żeńską obsadą.

Tylko czy my tego naprawdę potrzebujemy?

„Drużyna A” przybyła do Polski na ratunek ramówki w latach dziewięćdziesiątych, czasach przełomu. Po dekadach blokady kulturalnej i radosnej, pół-pirackiej kontrabandy każdą kolejną produkcję zza Wielkiej Wody witaliśmy niemal jak objawienie. Chłopaki Hannibala walczyli o naszą uwagę ramię w ramię z MacGyverem, Xeną i Renegatem. Wspomnień czar, prawda? To nic, że fabuły często konkurowały zróżnicowaniem z „Gdzie jesteś Scooby-Doo?”. To nic, że przywędrowali do nas z blisko dziesięcioletnim opóźnieniem. To znaczy – wtedy to było nic. Teraz powinniśmy na „Drużynę A” spojrzeć szerzej.

Zarówno nad Wisłą jak i w Stanach wpisywała się w pewien kontekst. Dla nas była to radosna historyjka o dobrych wyrzutkach-komandosach jeżdżących po Stanach, by oczyścić się z zarzutów. Kolejny zapalnik „american dream”, tendencji, która nasiliła się, gdy runęła tama betonowego socjalizmu.

W U.S.A. jednak było trochę inaczej. Twórcy wzięli kino epoki Reaganowskiej i wyciągnęli z niego to, co najprzyjemniejsze – kumpelską sensacyjkę o bandę twardzieli, wyrzutków stojących po stronie uciśnionego obywatela. Wycięli za to resztę, cały ten brud, moralny niepokój, brutalność i społeczny gniew, który napędzał choćby pierwsze „Rambo”.

Za sprawą „Drużyny A”  dostaliśmy ugrzecznioną, wersję „Parszywej dwunastki”, którą można sobie oglądać podczas rodzinnego obiadku. Dzień w dzień, przez pół roku. Ogólne założenia wyglądają podobnie – oddział wyrzutków z armii rusza do boju. Tyle tylko, że podczas akcji nie padają trupy, a zamiast zdrajców, złodziei i morderców w skład drużyny wchodzą wyłącznie „ci dobrzy”. Są lekko zakręceni i charakterystyczni, wręcz archetypiczni. W skład drużyny wchodzi więc wariat, narwany osiłek, uwodziciel i pewny siebie strateg. Kilka pokoleń widzów pokochało ten kwartet za wdzięk, urok, w miarę bezkrwawe naprawianie świata i uskutecznianą ze szczerym uśmiechem demolkę. Kule, niczym pociski Szturmowców z Gwiezdnych Woje, nigdy nie spowodowały śmierci. Hannibal zawsze miał plan, Buźka bajerował odpowiednią kobietę, Baracus szedł do przodu jak czołg, a Murdock… sami wiecie.

Ach, jest jeszcze ukochana czarna furgonetka Baracusa.

Dziś już tak się nie kręci. Ani filmów – ani tym bardziej seriali.

Wyobrażacie sobie, że cała draka w „Sons of Anarchy” skończyłaby się na paru kopnięciach, siniakach i postrzale w ramię? Łotry współczesnej telewizji nie okazują litości, zaś bohaterowie pozytywni – lub przynajmniej ci, którym kibicują widzowie – zazwyczaj stąpają po podobnej ścieżce. Skąpanej we krwi, wytyczonej po cienkiej lince moralnego kompromisu i ustępstw wobec pogmwatwanych sytuacji. Nowocześni bohaterowie prędzej czy później stają się ucieleśnieniem porzekadła o walce z potworami.

I jak do tego pasują wiecznie uśmiechnięci kumple z oddziału Smitha?

Ogień z wodą próbował łączyć Joe Carnahan, równo pięć lat temu.

W swojej wersji skonfrontował współćzesne, skorumpowane wojsko i służby specjalne z drużyną, która zawsze ma plan.

No i poległ dosyć boleśnie. Box Office bywa bezwzględny.

Nie zrozumcie mnie źle. „A-Team” z 2010 roku kocham miłością bezwzględną. To cudownie przesadzone kino akcji, stojące na tej samej półce co „Bez twarzy” czy „Con Air” (to ten film, w którym Nicholas Cage spotyka dobrych aktorów). Sceny z czołgiem czy psychiatrykiem budziły mój autentyczny, dziecięcy zachwyt. Radość z demolki i absurdu. Do tego dorzućmy dobrych aktorów (może z pominięciem kwestii, które scenarzysta wmusił w nowego Baracusa). Powody bezwarunkowej miłości mógłbym wymieniać długo. Po prostu zdaję sobie sprawę z mechanizmów, które uwaliły ten film. Po pierwsze, przez spory jego kawał panuje chaos, jakby producent przyszedł zaopiekować się tylko tą połową filmu, która mu się podobała.

I druga rzecz, chyba najważniejsza. Grzeczne strzelanie, gdzie nikt nie ginie przestaje być interesujące, mimo popisówek rodem z „Con Air”. Takie grzeczne kino, gdzie od strzału nikt nie ginie, nie rajcuje już nawet przedszkolaków. Mam pewne wątpliwości, czy unowocześnianie ekipy, dodawanie przedstawicielek płci pięknej poprawi sytuację. Teraz ludzie nawet od adaptacji komiksów rządają pewnej dozy realizmu. Nawet jeśli odpuszczają na potrzeby radosnych jazd w stylu „Strażników Galaktyki”, to największym mirem cieszą się na przykład filmy Nolana, posępne.

Istnieje szansa, że nowe wcielenie „Drużyny A” będzie udane. Biorą się za nie fachowcy od kina rozrywkowego. Problem w tym, że znaleźli się w sytuacji bez wyjścia. Chris Morgan, scenarzysta i producent „Szybkich i wściekłych” stoi przed wyzwaniem, któremu może nie podołać. Musi przenieść grzecznych chłopców w brudną, gorzką nowoczesność. I zamienić część z nich na dziewczynki. Jeśli pójdzie za aktualnymi trendami w serialach albo spróbuje wytyczyć nowe – to już nie będzie ta Drużyna, za którą wszyscy się stęsknili. Podkomendni „Hannibala” Smitha nie pasują do epoki brutalnego kina wojennego, gdzie propaganda miesza się z prawdą, a żołnierze są przedstawiani jako przyjaźni skauci z sąsiedztwa już chyba tylko w kolejnych „Transformersach”. Prawdziwa „Drużyna A” broni się archaicznym, grzecznym urokiem, ale nie wytrzymuje w starciu z nowoczesnymi serialami sensacyjnymi.

Tak naprawdę tylko main theme nie zestarzał się ani trochę.

Z drugiej strony wściekła na nowego Murdocka żeńska wersja B.A. Baracusa chyba warta jest zobaczenia. Niemniej, nawet zabawne fantazje wokół nowych wariacji starych postaci nie przesłonią jednego faktu.

Czas nieskalanych, lekko tylko przykurzonych rycerzy w czarnej furgonetce chyba już minął.

Powergraph
Poprzedni

Trzynasty anioł - fantastyka „z zagadką” [recenzja]

Taringa.net
Następny

Poe i Lovecraft znowu ekranizowani

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który raz nie może usiedzieć w miejscu, a kiedy indziej zaszywa się w swojej pieczarze. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wyżywanie się na macie, jak i wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, a czasem nawet i w otchłań studiów. Opublikował parę tekstów tu i tam, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych. Od 2014 regularnie publikuje w Dzikiej Bandzie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz