TEKSTY 

Duch, który nawiedził sielską Amerykę

„Duch” jeden z najbardziej przeklętych horrorów w historii gatunku powrócił. Tyle że w nowej wersji nie ma śladu po ataku na podstawy amerykańskiej kultury i oskarżenia wobec amerykańskiego stylu życia.

 

„Duch” („Poltergeist”) Tobe Hoopera to film szczególny. Po pierwsze, był jednym z największych hitów kinowych lat 80. i doczekał się dwóch kontynuacji. Po drugie, wywołał gigantyczny skandal, kiedy Gildia Amerykańskich Reżyserów rozpoczęła dochodzenie o to, kto naprawdę kierował pracami na planie filmu – Spielberg czy Hooper. Choć oficjalnie wciąż za reżysera uznaje się Tobe Hoopera, to jednak nikt nie wątpi, kto tak naprawdę stworzył „Ducha”. Wystarczy tylko zacząć oglądać ten film, by poczuć od razu powiew Spielbergowskiej świeżości i lekkości kręcenia, której daleko do chropowatego i mrocznego stylu Hoopera (który najlepiej pokazał się tylko raz, w „Teksańskiej masakrze piłą mechaniczną”). Po trzecie wreszcie, to jedyny film grozy, o którym mówi się że wisi nad nim klątwa.

 

Szkielety w szafie

 

Cztery osoby związane z serią zmarły w tajemniczych okolicznościach. Najpierw grająca najstarszą córkę bohaterów Dominique Dunne została zakatowana na śmierć przez partnera. Potem zmarł Julian Beck, czyli zły pastor z drugiej części serii. Tuż po nim Will Sampson, który grał indiańskiego szamana, a na końcu młodziutka Heather O’Rourke. W Hollywood mówiono, że klątwa to efekt oszczędności Spielberga. Wybitny reżyser, sprawujący oficjalnie funkcję producenta pierwszej części, wpadł bowiem na pomysł, aby w scenie, gdy JoBeth Williams odkrywa ludzkie szkielety zakopane na podwórzu, użyć… prawdziwych szkieletów, były bowiem tańsze od plastikowych. Tak rodzą się legendy…

Nic zatem dziwnego, że kiedy w 2013 roku studio MGM ogłosiło, że realizuje remake „Ducha” Internet zalała fala lamentu wielbicieli kina grozy. Po co? Kto nam to robi? Na każde z tych pytań odpowiedź jest prosta. Bo MGM ma do filmu prawa i robi to dla pieniędzy. Odświeżając klasyka napędzają koniunkturę rynkową zarówno na nowy film, jak i trzy stare części. Czy jest w tym coś złego? O ile uznajemy, że korporacje są złe i żerują na legendach, to tak. Czy jest w tym coś frapującego? Owszem. Bowiem „Duch” to jeden z tych filmów, których w zasadzie nie da się adaptować współcześnie, nie dokonując w nim radykalnych cięć. Dlaczego? Otóż oryginał to nie tylko hit, film przeklęty i produkcyjny skandal, ale przede wszystkim jeden z najbardziej przełomowych horrorów w historii kina. I nie chodzi tu o fabułę, historię czy efekty specjalne, lecz o to, jak Spielberg skonstruował w nim świat i jak pokazał Amerykę.

 

Amerykański styl życia

 

„Duch” zaczyna się niewinnie. Najpierw słyszymy dźwięki amerykańskiego hymnu, potem ujęcie „Sztandaru nad Iwo Jimą” znanego z legendarnej fotografii Joe Rosenthala. Kiedy wydaje nam się, że już bardziej amerykańsko i patriotycznie być nie może… pojawia się mała blond dziewczynka, która zaczyna rozmawiać z szumem w telewizorze. Pierwsza rysa na idealnej amerykańskiej sielance. A potem już Spielberg bawi się i żongluje amerykańskimi mitami na tyle, na ile tylko pozwala mu wyobraźnia. Po pierwszym niepokojącym obrazku z dziewczynką, sielanka powraca. Pojawia się biszkoptowy labrador (który od „Ducha” stanie się etatowym amerykańskim psem w horrorach), rodzinne śniadanie, flagi na domach, piękne ganki, równo przycięte trawniki. Kilka żarcików, jak ten z panem wiozącym piwo, kłótnia o pilota… Perfekcyjna amerykańska prowincja. A potem wszystko nagle się rozpada. Choć nie od razu.

Wielkość „Ducha” i niezwykłość pomysłu Spielberga polega na tym, że przez niemal pół filmu bawi się on widzami, rozkładając akcenty tak, że gdy wydaje nam się, iż będziemy oglądać horror, on nagle zamienia się w komedię. Jak choćby w scenie kuchennej, gdy JoBeth Williams odkrywa, że ktoś przestawia krzesła. W każdym filmie o nawiedzonym domu to wstęp do pierwszej upiornej sceny nawiedzenia. Tu – zamienia się w zabawę. Matka zakłada córce kask i pozwala, aby duch przesuwał ją w stronę ściany. Zło da się oswoić? Oczywiście do czasu. Zanim zacznie się prawdziwy horror, Spielberg wprowadzi do fabuły jeszcze jeden zaskakujący element: paloną przy dzieciach przez rodziców marihuanę.

Kiedy już wydaje nam się, że oglądamy film, w którym pokazano zwyczajną Amerykę z wszystkimi jej ułomnościami i powoli wkraczający w życie przeciętnych ludzi horror, Spielberg dokonuje kolejnej wolty. „Duch” z horroru o nawiedzanych Amerykanach, zamienia się w oskarżenie Ameryki. Tak. Te wszystkie zabawy amerykańskimi symbolami (ojciec rodziny czyta biografię Ronalda Regana) prowadzą w puencie do odwrócenia wszystkiego, co zdaje nam się, że wiemy o Ameryce. Kto bowiem ściągnął na bohaterów nieszczęście? Co sprawiło, że pojawił się demon? Dokładnie to samo, co zrobił Spielberg zastępując na planie plastikowe szkielety prawdziwymi. Zachłanność, chęć pójścia na łatwiznę i amerykańskie wyobrażenie o nieomylności i potędze. Deweloper oszukuje bowiem władze przenosząc w bezpiecznie miejsce nie cały cmentarz, a jedynie nagrobki.

Oto Ameryka – łatwy zarobek, szybki biznes. Coś takiego jak klątwa nie istnieje. A gdy wkracza ona w realny świat – winni rozkładają bezradnie ręce. Na ile będąca jawnym atakiem na amerykański styl życia konstrukcja filmu była zamysłem Spielberga, a na ile przypadkiem, nie dowiemy się zapewne nigdy. Choć w wielu swoich kolejnych filmach będzie bawił się w przekraczanie granic społecznego tabu. Pamiętacie żarty z meksykańskiej służącej i kokainy w „Goonies”, do których Spielberg współtworzył scenariusz? Kpiny z otyłych w tym samym filmie? Seksistowskie teksty, które rzucał w stronę kobiet Indiana Jones? Trochę tego było, jednak w żadnym swoim kolejnym filmie po „Duchu” nigdy tak ostro nie skrytykował Stanów i amerykańskiej podwójnej moralności. Nigdy też żaden blockbuster nie stał się przypadkiem lewackim manifestem antykonsumpcyjnym.

 

Upadek

 

Żadna z kolejnych części cyklu nie powtórzyła tej konstrukcji fabularnej. Druga była zgrabnym horrorem o demonie prześladującym rodzinę, trzecia i najsłabsza horrorem powielającym gatunkowe klisze. Jaki będzie remake? To oczywiste, że w dzisiejszych czasach poprawności politycznej „Duch” nie może być takim filmem jak oryginał. Scena, w której rodzice palą marihuanę, a potem opiekują się dzieckiem, wywołałaby masowe zawały u obrońców praw rodziny. Ale nie tylko ona. Matka, która pozwala dziecku igrać z siłami nieczystymi? Wyobrażacie to sobie? Raczej trudno. Nie wiadomo bowiem, czego dzisiejsze kino nie lubi bardziej: nieoczywistych zabaw z gatunkiem, gdy widz wyprowadzany jest w pole i manipuluje się jego nastrojem, czy przekraczania granic poprawności politycznej. Przez chwilę – tak. Przez blisko pół seansu? Zbyt ryzykowne.

Zresztą MGM nie ukrywało, że tym razem zrealizują prosty horror. Po to zatrudniono jako podwykonawców speców z wytwórni GhostHouse Sama Raimiego. By nowy „Duch” był horrorem, a nie popkulturową grą z podwójną amerykańską moralnością. I to widać. PO wszelkich niewygodnych scenach nie ma tu śladu. Co ciekawe, w Polsce i dla ludzi wychowanych na początku lat 80. w szarym PRL-u amerykański horror o rodzinie nawiedzonej przez złośliwego ducha nigdy nie był odbierany jako film o podwójnym dnie, a raczej jako powiew świeżości i nowości. Horror przecież wówczas kojarzył się u nas głównie z prostymi gotyckimi opowiastkami rodem z wytwórni Hammer, a nawiedzone domy, jeśli się pojawiały, to w bardziej klasycznym i pozbawionym postmodernistycznych zabaw ujęciu („Zemsta po latach”, „Horror Amityville”). Być może przez to „Duch” odbierany był w Polsce jako film proamerykański. Ciepła, prorodzinna opowieść o rodzinie walczącej o dom, z powiewającymi sztandarami w tle. Nic bardziej mylnego. Dom zapadł się, sztandary wraz z nim, a na koniec nikt nie włączył hymnu i amerykańskiej telewizji. Tyle że mało kto na ten upadek zwrócił uwagę. Przeoczył go chyba nawet sam Spielberg.

Jim Silke DB
Poprzedni

Jim Silke - amerykański ninja pin-upu [galeria NSFW]

Wydawnictwo Komiksowe
Następny

Azymut #1: Poszukiwacze zaginionego czasu - zjawiskowa fantasy [recenzja]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz