TEKSTY 

Dźwięki z głębi internetu cz. 1

Dziś znów przeczytałem, że muzyka umiera. Ludziom nie chce się nagrywać, słuchać, serca wkładać, że to już nie to samo, co kiedyś i w ogóle śmierć, koniec i zniszczenie. Jeśli jedyne, co dociera do was, to mainstream, to faktycznie można odnieść takie wrażenie.

A tak naprawdę, to dzieje się. Zawsze się działo. Niekoniecznie w wielkich studiach nagraniowych i na wypełnionych po brzegi arenach, ale często w garażach, pokojach i na salach prób wygłuszonych wytłaczankami po jajkach. Ludzie coś czują, a później znajdują sposób by to wyrazić dźwiękiem. I dopóki nie pozbędziemy się emocji, muzyka będzie je odzwierciedlać. Fakt, dziś nie każdy zostaje sławny tylko dlatego, że tworzy dobrą muzykę. W zalewie informacji ciężko o selektywność, a wyłowienie z rwącego nurtu rzeczy dobrych wymaga trochę więcej umiejętności. Ale żyje w błędzie ten, kto twierdzi, że muzyka skończyła się gdzieś tam w latach siedemdziesiątych//dziewięćdziesiątych/w ten poniedziałek.

Zrobiło się strasznie poważnie, więc zaczniemy od gościa, którego porwało UFO.

Jim Sullivan – Jerome

Jim Sullivan nagrał dwa albumy, po czym popadł w paranoję, rozpił się i zapadł pod ziemię. Do dziś nie odnaleziono jego ciała, jedynie puste auto po środku pustyni w Nowym Meksyku. Z racji tego, że Jim głównie śpiewał o obcych, naturalnie wokół jego zniknięcia pojawiło się mnóstwo dzikich teorii. Posłuchajcie jego chwytliwego i do bólu amerykańskiego grania.

Infradźwięki – Summer Love

Polskie, nasze, własne i takie dobre! Jest lekko i instrumentalnie, ale bez banału. Pomimo braku wokali aranżacje są na tyle ciekawe, że nie ma nudy. Łapcie pozytywne wibracje!

Ben Howard – Esmeralda

Alternatywnie i ambitnie. Rockowo, folkowo, melancholijnie, a czasem bardzo energetycznie. Jeśli jakimś cudem nigdy nie słyszeliście Bena Howarda, to jest wasza szansa, by nadrobić zaległości.

Villagers – Courage

Utwór nazywa się „odwaga”, ale równie dobrze pasowała by tu „szczerość”. Gość siedzi w fotelu z gitarą, gra i śpiewa. Więcej tu nie ma. Więcej nie potrzeba.

Puscifer – The Remedy

Puscifer balansuje na granicy pomiędzy geniuszem i absurdem. Z jednej strony ciężko brać na poważnie ich przestylizowany image, ironiczne teksty i teledyski, w których zapaśnicy lucha libre okładają się po jajach, z drugiej strony tworzą oni bardzo dorosłe i pełne piękna dźwięki.

Lost Years – Black Waves

Synthwave. Retrofuturyzm. Policjanci z Miami. David Hasselhoff. Krótko z przodu, długo z tyłu. Kokaina. Jeśli któreś z wyżej wymienionych to wasze klimaty, odpalcie ten album i poczujcie się jak w latach osiemdziesiątych.

Endless Boogie – EmptyEye

„Byliśmy gdzieś na skraju pustyni w okolicach Barstow, gdy poczułem pierwszego kopa”.

Kottonmouth Kings – Mr. Cali Man

KMK śpiewają tylko i wyłącznie o jaraniu zioła. Tej tematyce poświęcili już trzynaście albumów, o barwnych tytułach takich jak „RoyalHighness”, „High Society” czy „Mile High”,a skoro Kalifornia już zalegalizowała, nic nie zapowiada, by szybko mieli przestać.

(hed) p.e. – Here and Now

Niektórzy z was mogą kojarzyć tę nazwę z końcówki lat 90-tych i eksplozji tak zwanego nu-metalu. Hed Planet Earth zaistnieli wtedy singlami „Killing Time” i „Bartender”, ale po chwili zniknęli z mainstreamu. Kapela przeszła wiele zmian w składzie i wizerunku, ale tworzy dalej swoją unikalną mieszankę rapu punkrocka i reagge śpiewając o teoriach spiskowych i reptilianach. W tym roku ma pojawić się kolejny album.

Superjoint Ritual – Waiting for the Turning Point

Superjoint Ritual to z jeden z szesnastu tysięcy projektów Phila Anselmo, w tym przypadku obracający się w metalowo-punkowej stylistyce. Jesteście ciekawi ile energii da się upchać w dziewięćdziesięciosekundowy utwór? Skończyła wam się kawa? Spróbujcie tego.

 

Jeśli Wam mało, sprawdźcie poprzedni odcinek dźwięków z głębi internetu. A może podczas godzin spędzonych na Youtube sami odkryliście coś, o czym świat powinien usłyszeć? Nie bądźcie samolubni i podeślijcie link.

Albatros
Poprzedni

Zmuś mnie - Jack is back [recenzja]

Mucha Comics
Następny

Bękarty z Południa #1: Był to facet, co się zowie - mroczna strona USA [recenzja]

Rafał Cichowski

Rafał Cichowski

Rafał Cichowski – dziennikarz, copywriter, tłumacz i pisarz. Absolwent Wydziału Anglistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Pochodzi z Kutna, obecnie mieszka w Warszawie, gdzie pracuje w dziale kreacji jednej ze stołecznych agencji reklamowych. Twórca kampanii, spotów i haseł dla wielu rozpoznawalnych marek w Polsce i za granicą. W 2015 roku zadebiutował powieścią „2049” (Novae Res). Amator trudnych gier, amerykańskiej prozy i starych, niemieckich aut.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz