TEKSTY 

„Ekstradycja” polskich seriali, czyli Halski dwadzieścia lat później

9 listopada 1995 roku Polsce objawił się Olgierd Halski. Gliniarz, który rozpoczął nową erę w polskich serialach sensacyjnych. „Ekstradycja”, bo o niej mowa, była pierwszym od czasu „07 zgłoś się” polskim serialem, który stworzył postać porywająca tłumy.

Nie wierzę w przypadki. Wczoraj przy premierze „Paktu” przypomniałem sobie o „Ekstradycji”. Włączyłem. Pierwszy sezon składający się z sześciu odcinków oglądałem do trzeciej nad ranem. Potem grzebiąc w sieci zobaczyłem, że dziś wypada równe dwadzieścia lat od premiery dzieła Wójcika. Serialu, który autentycznie porwał miliony Polaków a z Marka Kondrata ostatecznie uczynił ikonę polskiego aktorstwa. Po zagraniu Halskiego mógł iść na emeryturę. Ta rola wyniosła go na sam szczyt.

Jak ogląda się „Ekstradycję” dwadzieścia lat później? Zacznę od minusa największego. Dźwięk. Osoby, które podpisały się tu pod udźwiękowieniem powinny dostać zakaz wykonywania zawodu. Oglądanie nocą „Ekstradycji” przypomina jakiś survival. Raz jest tak cicho, że trzeba podgłośnić wszystko na cały regulator, by chwilę później wyciszać, bowiem huk rozmów obudziłby nawet umarłego. Sześć odcinków – zero wypośrodkowania. Niektóre tak ciche, że skali głośności brakuje, inne jakby dźwiękowiec nażarł się speedów i uznał, że odda w serialu każdy odgłos natury. Łeb urywa od hałasu.

Lata 90. w polskim filmie to rozkwit specyficznie rozumianego product placementu. Jak ktoś nie wie o co chodzi – niech włączy sobie jakikolwiek film Pasikowskiego z tego okresu. Od etykietek można oślepnąć. Tu tego nie ma. Być może to efekt producenckiej opieki TVP, być może mało kto chciał pokazywać się w polskim serialu sensacyjnym. Ale „Ekstradycja” nie atakuje naszych zmysłów nachalną reklamą. Jeśli już czymś atakuje, to okropną modą, brudną, szarą Warszawą i pseudo luksusem. Czy raczej – ówczesnym wyobrażeniem tego, jak wygląda luksus. Reasumując – kicz, kiepskie skórzane kurtki i okropne sukienki. Tyle, że to nie jest wada. To po prostu wizytówka Polski okresu transformacji. Warszawska Starówka przez, którą przewalały się grupy gangsterów, plaga narkomanii, domorosłe reklamy, brzydkie samochody. I te ciuchy, które wyglądały jakby zaprojektował je oszalały pasjonat poduszek i koszul wpuszczonych w spodnie (które obowiązkowo sięgają niemal szyi, przez co pupy zarówno męskich, jak żeńskich bohaterów wyglądają dość kuriozalnie). O taką Polskę walczyli nasi rodzice.

W „Ekstradycji” wszystko wygląda dokładnie tak jak było. Ale to nie walor, nazwijmy go sentymentalny, jest tu najważniejszy. To co sprawia, że serial mimo dwudziestu lat jakie minęły od jego powstania wciąż ogląda się znakomicie, to przede wszystkim scenariusz. Ten jest tu autentycznie zaskakujący. Nie badałem nigdy historii powstania tego serialu i nie wiem czy Wójcik ulepił go z dwóch różnych projektów, ale nawet jeśli tak było – pełen szacun za konsekwencję i styl w jakim to zrobiono.

Siłą „Ekstradycji”, „Pitbulla” czy „Gliny” nie była oryginalność (bo umówmy się każda z tych fabuł, to gra z konwencją) a umiejętne wsadzenie konwencji w realia. Polska z tych seriali to ta, którą znamy. Nasza. Nieupiększona, niepodrasowana. Zwykła.

„Ekstradycja” bowiem zaczyna się jak rasowy miejski noir, z zapitym gliną i mafią w tle. Przez dwa odcinki poznajemy mroczne oblicze Warszawy. Na ulicach pełno narkomanów, a Starówką rządzi mafia. Ta sama mafia, która handluje narkotykami i masowo kradnie samochody. Tak drogie dzieci – dowcip o Niemcach przyjeżdżających do Polski na urlop, bo ich samochód już tu jest,  nie wziął się z niczego. Taka była Polska lat 90. Wójcik nie upiększa, ale też nie dramatyzuje. Jak na brudny serial o mafii i glinach nikt tu nie klnie, żeby podkreślić swoją charyzmę. Gangsterzy mówią swoim językiem, policjanci swoim a wszystko to – uwaga, brzmi wiarygodnie i po polsku. Taki cud. Tektury testowej tu nie uświadczymy, za to zaskakujący zwrot fabularny – owszem. Bo oto Wójcik przez dwa odcinki wprowadza nas w świat gangsterów ze Starówki, pokazuje jak żyją, załatwiają interesy, by nagle w pięć minut, wyciąć w pień wszystkich mozolnie konstruowanych bohaterów. Akcja wraca do punktu wyjścia. Halski zostaje z niczym. Nie wiem z czego wynikała ta wolta. Być może Wójcik nie dogadał się ze scenarzystami (po drugim odcinku wszyscy są wymienieni), być może nie podobał mu się kierunek w którym zmierzała opowieść. Tak czy siak – dobrze się stało, bo „Ekstradycja” nagle nabrała jeszcze większego charakteru i rozmachu. Już nie o gangsterów chodzi a spiski rządowe, byłych agentów i sowieckie wpływy. „Ekstradycja” doczekała się dwóch kontynuacji, ale żadna już tak nie zaskakiwała i nie miała w sobie tej energii. Ale każda była napisana jak należy. Czyli po polsku i logicznie.

Oglądając „Ekstradycję” zacząłem myśleć o tym co stało się z naszymi serialami sensacyjnymi? Dlaczego na palcach jednej ręki możemy zliczyć te znakomite – „Pitbull”, „Glina” od biedy pierwszy „Oficer”. Na palcach drugiej te przyzwoite – oparta na formacie „Krew z krwi”, „Twarzą w twarz” a nawet „Sfora”. A potem ciągnie się wielki ogonek seriali niepotrzebnych i nijakich. W ten ogonek wpisują się też niestety obie produkcje polskiego HBO.

No i właśnie – co się stało? Na pewno po aresztowaniu Lewa Rywina zmienił się układ producencki w Polsce. Największy gracz odpadł, a na jego miejsce wskoczyli ci, którzy nie mieli wcześniej siły przebicia. Przede wszystkim ekipa zebrana dookoła TVN-u, który zaczął wytyczać telewizyjne standardy. A one były bardzo proste, by nie powiedzieć prostackie. Ludzie chcą oglądać szczęście, bogatą Polskę i dzielnych bohaterów. Nie chcą języka, którego nie rozumieją, a już na pewno nie chce go producent, który nie rozumie jak się mówi do niego zdaniami podwójnie złożonymi.

Siłą „Ekstradycji”, „Pitbulla” czy „Gliny” nie była oryginalność (bo umówmy się każda z tych fabuł, to gra z konwencją) a umiejętne wsadzenie konwencji w realia. Polska z tych seriali to ta, którą znamy. Nasza. Nieupiększona, niepodrasowana. Zwykła. Taka jaką była. Ale ten model przestał się sprawdzać. Producenci bowiem uznali, że seriale sensacyjne muszą być jakieś, ale jakie, to za bardzo nie wiedzieli. Efekt? Moi znajomi, którzy pisali dla TVN scenariusze niemal postradali zmysły od bezustannych poprawek. Poprawek bezsensownych i często niszczących tekst i dialog. Ale producent wie lepiej. A ty poprawiaj. Nawet jak jesteś bestsellerowym pisarzem, który pisze najlepsze dialogi w tym kraju. Poprawiaj.

Mam w komputerze cztery scenariusze napisane przez znajomych. Dwóch znanych dziennikarzy i dwóch znanych pisarzy. Żaden nie trafił do produkcji, choć każdy jest dobry. Powody? Za przewrotne, za ambitne, za mądre. Gdzieś w latach 2000 zaczyna się era uznawania widza za idiotę. Polak nie chce rozrywki ambitnej, chce rozrywkę prostą. Nawet jeśli byłaby to prawda, to proszę szanowni producenci wytłumaczcie mi – dlaczego o „Ekstradycji”, „Pitbullu” i „Glinie” pamiętają tłumy, a o „Policjantach” czy „Kameleonie” nikt?  Kto dziś pamięta – rok po premierze o serialu „Wataha”? A to przecież mogła być druga „Ekstradycja” – zwłaszcza, że wolta fabularna była tu podobna. Po pierwszym odcinku bohater zaczyna od zera z nowymi scenarzystami. Kto zawalił? Scenarzyści donoszą, że producent, bo się nie zna i nie wie czego chce. Producent twierdzi, że scenarzyści w Polsce nie potrafią pracować jak w USA.  Z drugiej strony – może to i dobrze, że nie pracują jak w USA, bo mieszkają i piszą o Polsce.

Dwadzieścia lat temu do telewizji trafił serial, który porwał tłumy. Najprawdziwsze tłumy. Wczoraj swoją premierę miał serial, który porwał tłumy w agencjach PR. Dwadzieścia lat wystarczyło, żebyśmy wmówili sobie, że Polacy są głupi, chcą prostej i efekciarskiej rozrywki. Nie jesteśmy głupi. Jakbyśmy byli każdy kiepski serial sensacyjny jaki powstał w ostatnich dwóch dekadach byłby hitem. A nie jest.

Egmont
Poprzedni

Star Wars Legendy: Darth Vader i widmowe więzienie - gwiezdnowojenna perełka [recenzja] [komiks]

Świat Książki
Następny

Pierwszych piętnaście żywotów Harry'ego Augusta – bardzo długi Dzień Świstaka [recenzja] [książka]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz